Kategorie: Wszystkie | kuchnia tajska | podróże | zupy
RSS
poniedziałek, 06 lutego 2012

Egzotyczny miesiąc, wlókł się niemożebnie. Potykałam się co chwilę, a to o brak odpowiednich produktów, naczyń i wiarygodnych przepisów, a to o brak świeżej kolendry i konieczność gotowania osobnych potraw dla dzieci. Zweryfikowałam mnóstwo smaków, przyzwyczajeń kulinarnych i musiałam w sumie, nauczyć się na nowo gotować. Bałam się, że wok się pali, że chilli może nas zabić i musiałam się bronić przed zrobieniem curry dla Patki, bo ja po prostu nie przepadam za mlekiem kokosowym. 

Mam jednak parę wolnych wniosków.

Po pierwsze:  Wszystko co zrobiłam, było w sumie bardzo łatwe i szybko można "załapać" co z czym i po co. Po paru przepisach, odkryłam, jaki smak daje świeże, a jakie, tłuczone chilli, po co się dodaje ocet, i dlaczego gotowce do smażenia na woku, są totalnie beznadziejne w smaku.

Po drugie: Znalazłam bardzo fajne sklepy internetowe, bez których byłoby mi bardzo ciężko. Pierwszy z nich to www.kuchniachinska.pl, w którym kupiłam boski wok i koszyczki do gotowania na parze. Drugi to www.przepisychinskie.pl który pomógł mi znaleźć przyprawy, octy i oleje, rzadko spotykane w polskich sklepach. Na pewno będę tam zaglądać. Zwłaszcza, że wszystko co kupiłam wystarcza na "paręnaście" gotowań, i teraz zarówno ja jak i Patka, w której kuchni to wszystko się dzieje, możemy po prostu otworzyć lodówkę i powiedzieć "dzisiaj będzie pad thai", i już.

Po trzecie: Potrawy były bardzo piękne, i nawet wybredny Piotr, który robi im zdjęcia, po raz pierwszy nie wywracał oczami, przy kolejnych miseczkach. 

Po czwarte: Jako jedyna nie schudłam! Po miesiącu jadania 5 minutowych potraw,  Patka wygląda jak Kate Moss, Kuba jak Sam Worthington, Piotr jak Bradzia Picia, a ja ciągle wyglądam jak Magda Gessler. Zaczynam poważnie zastanawiać się nad kokainą z rana albo opaską gastryczną.

Po piąte: Jedynym powodem, dla którego odstawiłabym teraz, palenie, wino, i przełożyła kosztowny remont, jest nieprzeparta wprost chęć powrotu do Tajlandii. Zwłaszcza teraz, kiedy moi ukochani podróżnicy-Kasia i Rafał, wrócili z kolejnej azjatyckiej wyprawy i przywieźli mi piękne zdjęcia, które tu zamieszczam za ich zgodą i błogosławieństwem.

Dzisiaj, podaję ostatni planowany przepis, niestety bez zdjęcia finalnej potrawy. Po prostu była tak genialna, że zjedliśmy ją, zanim Piotr zdążył powiedzieć "idę po aparat". 

Tradycyjnie dla 4 osób. Kate, Sama, Brada i Magdy

6 pojedynczych piersi z kurczaka, albo 8 wyfiletowanych bioderek (czerwone mięso jest według mnie o niebo lepsze) pokrojonych w kosteczkę 2,5 cm na 2,5 cm.

7,5 cm świeżego utartego imbiru (imbir można mrozić, nawet się lepiej trze i zawsze jest pod ręką)

2 łyżki oleju sezamowego

4 łyżki oleju arachidowego

1 cebula lub dwie szalotki, pokrojone w piórka

2 ząbki zgniecionego czosnku

6 małych pieczarek

łyżeczka soli

połowa małej albo 1/4 dużej kapusty pekińskiej, posiekanej

pęczek posiekanej cebulki dymki

4 łyżki jasnego sosu sojowego

po łyżeczce sosu rybnego i cukru palmowego

50 gram orzechów nerkowcach, uprażonych

ryż albo makaron ryżowy

Marynujemy kurczaka z imbirem i olejem sezamowym, wstawiamy do lodówki na 2-3 godziny

Na woku podgrzewamy olej, dodajemy cebulę i czosnek i smażymy szybko na średnim ogniu, tak żeby czosnek się nie spalił. Dodajemy kurczaka, podkręcamy ogień i smażymy kolejne 3 minuty. Dodajemy grzyby, sól, połowę kapusty pekińskiej i połowę dymki. Smażymy kolejne 4 minuty. Potem polewamy sosem sojowym, sosem rybnym, posypujemy cukrem i smażymy prze 2-3 minuty. Na końcu dodajemy orzechy i pozostałą część dymki. Proste, pyszne, chyba moje ulubione. 

 

 

piątek, 03 lutego 2012

Przyszedł czas na klasyk nad klasykami. Sławne tajskie pad thai, które jest potrawą tyle łatwą, co bardzo trudną. Składniki są tak proste jak się da i w związku z tym, diabeł tkwi w szczegółach. W tym wypadku, ten szczegół, to makaron. Okazało się, że makaron ryżowy, też można rozgotować, można kupić taki, który jest słabej jakości. Można przesmażyć go na woku, doprowadzając całość, do konsystencji brei. Im dłużej czytałam rady innych blogowiczów, na temat tej potrawy, tym bardziej czułam się bezradna. W sumie, jedyne co łączyło przepisy, był wyżej wymieniony, gruby makaron, jajka i surowe orzeszki ziemne. Tak jak w polskim bigosie, niby tylko kapusta, mięso i grzyby - ale co dom to inna potrawa i sekretne dodatki. 

Wybrałam przepis z "Thai kitchen" dla M&S, ale to nie jest moje ostatnie słowo, bo chodzi mi po głowie pad thai z blogu: http://www.shesimmers.com/2011/05/pad-thai-recipe-part-one-pan-and.html. Jak zrobię, to napiszę coś więcej. Póki co, przepis basic.

Tradycyjnie-dla 4 osób

duże opakowanie makaronu ryżowego wstążki, namoczonego na 10 minut w wrzątku

2 łyżki oleju arachidowego

4 posiekane cebule dymki

2 rozgniecione ząbki czosnku

2 posiekane papryczki chilli (użyłam czerwonych i zostawiłam pestki)

pokrojona w paseczki polędwiczka wieprzowa (moja miała około 300 gram)

250 gram ugotowanych krewetek bez pancerza

sok z jednej limonki

2 łyżki sosu rybnego

2 rozmącone jajka

garść  zblanszowanej zielonej fasolki (można opuścić, dziury w niebie nie będzie)

szklanka obranych, surowych, orzeszków ziemnych, posiekanych

garść posiekanej kolendry

Na gorącym oleju smażymy przez 2 minuty cebule, czosnek i chilli. Nie mają się usmażyć, bardziej olej ma przejść ich smakiem. Dodajemy polędwicę i smażymy kolejne parę minut aż leciutko zbrązowieje. Dodajemy krewetki, sok z limonki, sos rybny i jajka. Mieszamy energicznie i smażymy aż jajka się zetną i pokryją cuda w woku. Dodajemy odsączony makaron, orzeszki i smażymy przez kolejne 30 sekund. Posypujemy kolendrą. Proste, pyszne, bardzo klasyczne. Jednak chodzi mi po głowie, ten przepis z "shesimmers", a tam jest pasta z tamandarynowca, więc smak będzie inny. No nic zobaczymy. Chciałam od razu ucałować, moją grupę podróżników, która utknęła w śniegu, w dalekiej Malej Losinj. U nas nie jest  lepiej! I obiecuję, że poprawię gatunek drzewa i jego odległość od działa.

 

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Ostatnie gotowania, wyglądają jak żywcem wyjęte, z "Kuchni pełnej niespodzianek" duetu Mann i Materna. Niby wiem czego mogę się spodziewać, ale na końcu zawsze jest drapanie po głowie, i pytanie "czy ja to lubię?". W całej tej masie przepisów, które przerabiamy, są hity i kity. Wczoraj na przykład była wieprzowina z winem ryżowym i sama nie wiem, czy ja to lubię? Dlatego kity, z oczywistych względów, pomijam. Skupię się na hitach. 

 Jednym z nich, jest przepis na wołowinę z zieloną fasolą. Zresztą umówmy się, wszystko co zawiera w sobie polędwicę wołową, musi być świetne. I już i koniec i kropka. W oryginale, serwowana jest ze swoistego rodzaju ostrym ryżem, ale ilość chilli, przyswojona przez nas, w ostatnich 2 tygodniach, dawno przekroczyła jakiekolwiek normy. To prawdziwy cud, że oprócz zatartych oczu, nie ma innych strat w organiźmie. 

Potrzebujemy

350 gram polędwicy wołowej, pociętej w cieniutkie paseczki

2 łyżki oleju arachidowego do smażenia

1 słodką cebulę, pokrojoną na ćwiartki

1 czerwoną paprykę, pokrojoną w paski

4 zielone fasole mamut, pokrojone na 4 cm paski i zblanszowane przez parę minut w gorącej wodzie

2.5 cm imbiru, obranego ze skórki i posiekanego

kolby mini kukurydzy

6 łyżek sosu ostrygowego

2 łyżki jasnego sosu sojowego

1 łyżeczka cukru trzcinowego

świeża kolendra

Na gorącym woku, smażymy przez pół minuty cebulę, paprykę, kukurydzę, fasolę i imbir, potem dodajemy wołowinę i smażymy kolejne 3-4 minuty, aż mięso się zrumieni. Dodajemy sos ostrygowy, sojowy, cukier i smażymy kolejne 3 minuty.  Do tego ryż (jaśminowy oczywiście) i świeża kolendra.

Tak, to jest hit.

piątek, 13 stycznia 2012

Po paru dniach gotowania w tajskim stylu, odkryłam, że dodanie do czegokolwiek chilli, kolendry, cebuli dymki, sosu rybnego i oleju sezamowego, czyni to coś tajskim daniem. Kupiłam więc papier ryżowy i zrobiłam pierożki. Takie dim sumy. Po paru próbach odkryłam, że po pierwsze, papier musi mieć najmniejszą średnicę (16cm), trzeba robić małe kulki do nadzienia, i że chiński koszyczek do gotowania na parze, był zakupem roku. Pierożki wyszły takie śliczne i smaczne, że nawet Piotr, który na zmianę z moim mężem, robi wszystkie piękne zdjęcia na tego bloga (te mniej piękne robię ja) i zazwyczaj klnie, że coś jest niefotogeniczne, teraz się chyba nawet uśmiechał pod nosem. No po prostu są cudne!

Ponieważ dopiero się z nimi mierzyłam, potraktowałam je jako przystawkę. 

Zanim zaczniemy cokolwiek robić, musimy zmoczyć wszystkie dostępne w domu ścierki, i przy ich pomocy namoczyć płaty papieru. Nie wiem jak mam opisać ten skomplikowany proces. Może tak. Moczymy ściereczkę (czystą), kładziemy w pionie na blacie, na górze układamy płat papieru i przykrywamy tą częścią która jest wolna. Na górę już zawiniętej pierwszej ściereczki,kładziemy kolejny płat papieru. Na to kładziemy kolejną ściereczkę i na jej górnej części kładziemy papier, zawijamy wolną częścią i tak dalej. Papier się moczy około 10 minut i w tym czasie możemy przygotować nadzienie.

0.5 kilograma mielonej łopatki wieprzowej

łyżka oleju sezamowego

łyżka sosu rybnego

dwie łyżki jasnego sosu sojowego

posiekana papryczka chilli

dwie posiekane cebule dymki

garść posiekanej kolendry

garść posiekanych białych części od kapusty pekińskiej

3 posiekane grzyby shitake

zgnieciony ząbek czosnku

sparzone zielone części cebuli dymki do zawiązania pierożków u góry

Sos do maczania (można zrobić na początku, żeby składniki pięknie się zmacerowały)

2 łyżki sosu rybnego

1 łyżka octu ryżowego

4 łyżeczki wody

2 łyżeczki cukru

łyżka sosu sojowego

1 posiekana papryczka chilli

posiekany ząbek czosnku

wszystko razem mieszamy, odstawiamy na trochę

I teraz musimy pamiętać o dwóch ważnych rzeczach. Papier ryżowy jest bardzo cienki i delikatny, więc kuleczki mięsa muszą być malutkie, żeby zdążyły się ugotować, zanim ciasto się rozpadnie. Gotują się mniej więcej 7 minut, ale to tak naprawdę jest bardziej kwestia oceny wzrokowej w trakcie gotowania. Na przykład Patka wszystkie dostała na wpół surowe :)

Mieszamy mięso ze wszystkimi składnikami, za wyjątkiem papieru ryżowego. Ściereczki z zawartością papieru, cyrkowym ruchem, odwracamy do góry nogami, tak, żeby te płaty które są na dole, były na górze (chodzi o stopień rozmięknięcia).

Bierzemy płat papieru, układamy na środku małą kuleczkę z mięsa (piłeczka od ping-ponga jest optymalną wielkością) zawijamy ciasto do góry, zakręcając je delikatnie i zawiązujemy u góry szczypiorkiem. Wkładamy do koszyczka w którym będziemy je gotować, stawiamy do woka na którym już się gotuje woda i parujemy pod przykryciem 7 minut. Zestawiamy na talerz i czekamy na jęk zachwytu i dowody uznania.

esz... jutro też zrobię

wtorek, 10 stycznia 2012

Doczekałam się dnia, kiedy własna babka, przywitała mnie słowami: "i co wnusiu, czas się poodchudzać?" Spodziewałam się takiego komentarza od moich sióstr, Patki, albo zniechęconego męża, ale od własnej babci??? No trudno, widać osiągnęłam masę krytyczną, żarty się skończyły, kobyłka stanęła u płota, a mleko rozlało. Szybko zweryfikowałam noworoczne postanowienia i zamiast ograniczenia palenia, ograniczeniu wina oraz byciu milszą dla domowników, stanęło na odchudzaniu.

Jest jeden problem, bo jest takie słowo, którego nienawidzę i które powoduje u mnie wysypkę i ogólne zniesmaczenie, to słowo to "musisz". Więc na nic diety od Pani Agaty, diety Atkinsa, Dukana i gwiazd Hollywood, na które "musiałabym" przejść na 17 miesięcy. Na nic radosne truchtanie po parku. W grę wchodzi tylko coś super extra cool. I coś dietetycznego z natury.Tajskie jedzenie. 

Na pierwszy ogień, poszła klasyczna zupa Tom Yum. Tylko nie jakieś fafarafa z mleczkiem kokosowym i na paście "Blue Dragon", ale zrywająca trzy warstwy z języka i niszcząca kubki smakowe zupa, której przepis wygląda, jak receptura organicznego środka chwastobójczego. Jest wspaniała, prawdziwie tajska, surowa i pachnąca. I ma 3 kalorie, bo składa się głównie z octu i chilli.

Dla 4 osób potrzebujemy:

2 świeże, posiekane, czerwone chilli z nasionami oczywiście

6 łyżek octu ryżowego

litr wywaru z warzyw albo kurczaka

2 laski świeżej trawy cytrynowej, potłuczone 

4 łyżki stołowe jasnego sosu sojowego

1 łyżka cukru trzcinowego

sok z połowy lemonki

2 łyżki oleju 

jedną pierś z kurczaka (drobno pokrojoną) albo/i 10 krewetek

400 gram pokrojonych grzybów, mogą być małe pieczarki, shitake, boczniaki

pęczek posiekanej cebuli dymki 

3 garście posiekanej kapusty pekińskiej (która będzie udawała bok/pak choi)

Zaczynamy od zalania chilli octem ryżowym. Odstawiamy do lodówki na godzinę w kwasoodpornym naczyniu.

W garnku gotujemy wywar, z trawą cytrynową, sosem sojowym, cukrem i sokiem z lemonki/limonki. Przez 30 minut.

Na patelni, albo na woku, podsmażamy szybko kurczaka i krewetki jeżeli są surowe. 

Do gotującego się wywaru dodajemy chilli z octem, grzyby, połowę posiekanej dymki i gotujemy kolejne 10 minut. 

Dodajemy zawartość woka.

Przed podaniem dodajemy krewetki - jeżeli kupiliśmy gotowane, kapustę pekińską i pozostałą dymkę.

Jedyną osobą przy stole, która się nie zakrztusiła i nie zaczęła jęczeć " Jessssuuu, jakie to ostre!!!" była Patka. Żelazna Patka.

czwartek, 22 grudnia 2011

Nadszedł ten dzień! Dzisiaj trzeba namoczyć grzyby, których wywar, przemieni zakwas w barszcz. Na litr zakwasu, wystarczą dwie, spore, garście suszonych grzybów, ale można namoczyć więcej. Trzeba je opłukać i namoczyć na noc w wodzie, tak, żeby przykrywała grzyby. I teraz są dwie szkoły. Ja je gotuję, w tej samej wodzie w której się moczyły, dolewam tylko szklankę świeżej. Trochę to trwa, ale nie wymaga doglądania. Miękkie grzyby, można, a nawet trzeba zużyć do uszek, pierogów z kapustą, albo postnego bigosu. Ponieważ ja sama suszę grzyby, w pyle i igliwiu, przecedzam dla spokoju wywar przez gazę. Zakwas łączymy powoli z wywarem z grzybów. Ponieważ każdemu wyjdzie trochę inaczej, trzeba dolewać powoli i próbować, czy już jest pyszny i pachnący. U nas tego barszczu się nie zakwasza. Żadne tam octy ze śliwek i inne cuda. To jest barszcz zen. Tam jest sól i zapach wigilii. Po prostu nie wolno go zagotować, przez chwilę podgrzewamy na małym ogniu. Barszcz będzie pachniał ziemią i świętami. Całuję i Wesołych Świąt.

Lalou poprosiła mnie o dipy, które mogłaby wykorzystać na imprezach. Traktowałam je do tej pory, jako coś, co robię, kiedy Królewna jest na diecie i jemy tylko surowe warzywa. Pozostałym przy stole, co akurat się nie odchudzają, podaję je, żeby nie umarli z głodu. A pisząc o głodzie, przypomina mi się, opowieść Sobowtóra Bohdana Smolenia. Po 4 dniach w samochodzie, zeszło Panom na rozmowy o starych czasach. Ponieważ każdy z nich kiedyś pływał, były to oczywiście morskie opowieści. Ciężko złapać ich język, ale i tak płakałam ze śmiechu. Dodam jeszcze, że tonacja opowieści była utrzymana w tonie wykładu z fizyki. Lata były 70-dziesiąte. A było to tak...

"Poszedłem kiedyś pływać, na Pewexy (zagraniczna bandera). Załoga była arabska, ale byli bardzo grzeczni, tylko stary był angolem. Tzn. był grekiem, ale mieszkał w Anglii. Też był grzeczny. Wypływaliśmy z Casablanki i szliśmy na Kanary. Siedziałem sobie w maszynowni, w samych szortach i pepegach, bo upał straszny. Jak już mi się kończyła nocna wachta, to zacząłem wypełniać papiery. I to było dziwne, bo zawsze papiery wypełniałem na górze, u siebie. Teraz wiem, że to mi uratowało życie. I wychodząc, słyszę straszny huk. Ciemno się zrobiło, bo czasy były takie, że przepiąłem akumulatory i światła na pokładzie nie było. Czuję, że leje się woda przez burtę. Lecę do siebie na górę, otwieram drzwi do kajuty a tam dziura. Nie ma nic, tylko dziób intruza (statek z którym doszło do kolizji). Dlatego siedząc na dole, żyję. Zostało tylko biurko. Więc ja hyc do szuflady, złapałem dokumenty i lecę budzić załogę i na mostek do starego. Pobudziłem towarzystwo, woda się leje, my po kolana w tej wodzie, ja w tych pepegach. Wspinam się na górę, otwieram drzwi, a tam stary leży. Pewnie od tego uderzenia, upadł i walnął się w głowę. No to ja go cucę, lecę znowu na dół, i patrzę, a te araby, wracają po swoje rzeczy, bo nie po to tyle pracowali, i nakupowali tych pierdół, żeby to teraz zostawić. Ja krzyczę, toniemy, oni krzyczą coś do mnie. Udało nam się w końcu dotrzeć na pokład, ale jak tu teraz nadać s.o.s, jak nie ma akumulatorów? Na szczęście jakiś Kanadyjczyk nas zauważył i zaalarmował straż. Okazało się, że załoga na tym intruzie, pijana była i przywalili w nas, bo my w sumie po ciemku szliśmy. No bo te akumulatory wyłączone. No dobra, co tu robić. Udało nam się z kambuza, wyjąć puchę maki. Mąka była sucha, beczka metalowa, więc te araby wpadły na pomysł i zrobił z tej beczki taki piec, ja skombinowałem taką podstawę z metalu, żebyśmy statku nie podpalili i dawaj tą mąkę z wodą, i takie z niej placki smażyli. I my te placki jedliśmy. I te placki, to w sumie, bardzo dobre były. I tak je jedliśmy, przez dwa tygodnie. I cały czas staliśmy szczepieni z tym intruzem, bo nie mieli nas jak rozdzielić".

Potem były dalsze perypetie, opowieść o handlu wymiennym z turkami, ze statku obok, i że nikt im nie chciał pomóc. Że jak już ich zdjęli, to zaaresztowali ich w hotelu. Że bankiet były w polskiej ambasadzie, i on w tych pepegach i szortach na ten bankiet. Że co prawda Pani Konsul dała mu pieniądze na nowe ubranie, ale on jej kupił za to kwiaty, bo mu się wydawało, że nie wypada z pustymi rękoma przyjść. Że potem kazali im wrócić na ten statek i oni płyną taką wielką łodzią wojskową, i jak dopływali do "jednostki" to ona zaczęła tonąć. I, że on zadzwonił do żony i mówi jej "nasz statek zatonął ale ja nie". Myślałam, że umrę. 

I jak teraz myślę, o tych plackach, to tak sobie myślę, że jakby mieli pasty, to mogliby z tymi plackami zaszaleć.

Pasta z grochu. Jest bardzo podobna w smaku do hummusu, choć przepis jest z Cypru.

Szklankę suchego grochu moczymy w wodzie przez noc. Wodę wylewamy, dolewamy świeżą tak żeby przykryła groch, wkładamy całą cebulę, listek laurowy, solimy i gotujemy do miękkości, dolewając wodę co jakiś czas. Jak groch będzie miękki, cebula rozgotowana, to miksujemy wszystko z łyżeczką oliwy i łyżeczką soku z cytryny. Przepis tyle banalny, co genialny. Jadłam to cudo u Joanny Lawson i biło hummus na głowę.

Pasta z pstrąga. Pyszna, można jeść z plackiem na statku, ale cudowna jest z surowymi warzywami pokrojonymi w słupki.

 

125 gram wędzonego pstrąga miksujemy z 50 gramami serka Philadelphia, łyżeczką chrzanu, 2 łyżeczkami soku z cytryn, 2 łyżeczkami oliwy i szczyptą białego pieprzu.  To też kradzione od Joanny.

Pasta z niebieskiego sera. Ostra i nie do końca smakuje jak pasta z sera. Najlepsza z tortillą.

125 gram niebieskiego sera rozgniatamy widelcem ze 100 gramami serka Philadlephia, dodajemy 100 ml kwaśnej śmietany i 35 gram posiekanych drobno papryczkek Jalapenos. I już. Pyszne i ostre.

Muszę jeszcze kiedyś napisać o Ogniomistrzu Kurasiu. Ale do tego będę potrzebować przepisu na zestrzeloną choinkę. Zestrzeloną z 4 kilometrów.

08:09, gastromat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 grudnia 2011



„Słuchaj, to może chociaż powiesz jakie miałeś przezwisko w szkole? Nie miałem. No to powiedz nam na przykład, co najbardziej lubisz jeść? Hmmmmm...nie wiem, ale chyba lobstera. A co to jest lobster? Ja wiem, ja wiem, to taka polędwica! Nie, lobster to taki duży rak. Łeeeeee, ja tam z owoców morza najbardziej lubię śledzie.”

To zapis, kultowej już, rozmowy, pomiędzy moimi przyjaciółkami a tajemniczym milionerem, który startował do mnie w konkury. Miała miejsce 127 lat temu, ale tego lobstera zapamiętam sobie do końca życia.

Zapamiętam go jeszcze (lobstera, nie milionera), jako smak cudownej zupy, którą kiedyś jadłam, nie pamiętam tylko gdzie.

Ponieważ w Lidlu jest tydzień produktów luksusowych i gotowany homar, kosztuje tyle co nic, postanowiłam olśnić moich przyjaciół i samą siebie.

W większości przepisów które znalazłam, lobster musiał żywy (odpada z wielu powodów), musiało być go dużo albo trzeba było mieć koniak, który miał się palić żywym ogniem (taaaaaaa). Połączyłam więc parę przepisów w jeden i wyszła mi delikatna, pachnąca zupa.

Nawet Szprocia jadła!

 

 

Na wyszukaną zupę potrzebujemy

lobstera (ja miałam już ugotwanego)

litr bulionu z kurczaka lub warzyw

dwie puszki pomidorów

garść świeżej bazylii

dwie szalotki, albo jedną cebulę

dwa ząbki czosnku

kieliszek wytrawnego białego wina

200 ml śmietanki kremówki

sól, pieprz 

W bulionie gotujemy ugotowanego lobstera, ponieważ jest już ugotowany, gotujemy go tylko 30 minut. Gdyby jednak nie był ugotwany, gotujemy 1,5 godziny, aż się ugotuje.

Na patelni, na odrobinie oliwy, smażymy pokrojoną cebulę i czosnek. Mają się udusić a nie usmażyć. Dolewamy wino (resztę, tradycyjnie wypijamy, dlatego nie wyobrażam sobie akcji z płonącym koniakiem), czekamy 5 minut aż wyparuje. Dodajemy pomidory, bazylię i gotujemy 30 minut. 

Łączymy pomidory z wywarem z lobstera. Czerwonego raka, rozcinamy wzdłuż, wyobrażając sobie, że jesteśmy Gordonem Ramsey'em. Wyciągamy mięso z odwłoka. Rozłupujemy szczypce. I teraz rada za milion dolarów. Nigdy, ale to przenigdy, nie wolno walić z impetem, młotkiem do mięsa, w szczypce! No chyba, że macie w planach mycie głowy, ścian, wszystkich sprzętów kuchennych oraz pranie.

Zupę miksujemy, dodajemy śmietankę, i mięso z lobstera. Robimy szybciutko grzanki z oliwą, i jemy z nabożnością. Po uwagach męża, że zupa smakuje jak lepsza pomidorowa tylko, że z rybą, strzelamy focha na 3 dni.

 

22:24, gastromat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 grudnia 2011

To było moje drugie podejście do zupy Pho. Mogłabym spokojnie stanąć na rogu i ją sprzedawać. 

Kości pieczonej kaczki, kurczaka, mogą być też kości od pieczonego rostbefu, no po prostu jakieś kości, zalewasz litrem wody.

Dodajesz anyż (ja dałam dwie gwiazdki), cynamon (ale korę, nie jest wtedy taki deserowy), upieczoną jak do rosołu cebulę, upieczony imbir (tak z 5 cm), wkładasz całą limonkę, posiekane chilli (ja dałam czerwone i jeszcze nie mogłam się oprzeć i spróbowałam czy dość ostre - błąd), znalazłam jeszcze zamrożone shitake i też dodałam.

Gotujesz aż wszystko się rozpadnie. Dodaj jeszcze sos rybny. Na oko łyżkę. Próbujesz jakie pyszne, jak nie, to dzwonisz do mnie. Jak nie jest dość słone, to dodaj sos sojowy. Jak nie jest dość słodkie, sos chilli.

Za pierwszym razem usmażyłam pierś kaczki na krwisto i cienko pokrojoną dodałam do miseczek z zupą. Wczoraj zrobiłam wersję z polędwicą. Pokroiłam ją na przezroczyste plastry, moim super bajeranckim nożem i włożyłam surową na 5 minut do gotującej się jeszcze zupy. 

Ugotowałam makaron ryżowy. Posiekałam kapustę pekińską. Kolendrę i dymkę. Wszystko razem do miseczki. Kochana, bajka! Czułam się jakbyśmy znowu siedziały, wiesz gdzie. Buziaki! Widzimy się za niedługo!

Tagi: zupa Pho
10:01, gastromat
Link Dodaj komentarz »

 

Jestem w tym tygodniu Elżbietą Dzikowską i podróżuję z moim Tonym przez Europę.

Tak naprawdę, to siedzę głównie w samochodzie i oglądam autostrady, ale i tak jest fajnie. Mogę potem powiedzieć, że Zagłębie Ruhry o tej porze roku, prezentuje się wyjątkowo atrakcyjnie a Walonia, wygląda majestatycznie we mgle. Wczorajszy wieczór, spędziłam w uroczym hotelu przy autostradzie, starając się odgadnąć gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. Piłam całkiem niezłe Chablis z kubka do mycia zębów i oglądałam film o pomocach domowych w powojennej Ameryce. W tym momencie Tony przeciął ciszę stwierdzeniem „aaa, nieeee to luz, przecież ja wiozę rolki popychaczy, a nie głowice!". Po chwilowej konsternacji, domyśliłam się, że chodziło o określenie czasu jaki mamy do wykorzystania w Paryżu. My czyli ja. Nie opłaca mi się jechać do centrum, więc spędzę ten czas na grze w kulki. Ale zawsze będę mogła powiedzieć, że ZNOWU byłam w Paryżu. Po paru dniach mogę powiedzieć, że byłam również w Bawarii, Karyntii, Słowenii i Włoszech. To nic, że tylko przejazdem.

Mamy przyjaciół którzy dużo podróżują, egzotycznie, samodzielnie, i w ogóle tak, że nic tylko usiąść i zazdrościć. Problem w tym, że oni totalnie się nie nadają do opowiadania relacji z podróży! Są dyskretni, wyważeni i zawsze na miejscu. Do głowy by im nie przyszło, nawet wspomnieć o tym, że byli na lotnisku pod Paryżem. Oni wracają z 4 tygodniowej podróży po Indiach, i opowiadają o tym, że spotkali tam znajomych, że ładnie, dobra kuchnia, zróżnicowany krajobraz etc.. I po dwóch godzinach, pod koniec kolacji, jak już rozmowa zeszła na telefony komórkowe, Kasia mówi do Rafała „o to taki sam telefon jak ten, którym wzywaliśmy pomoc, jak nas napadli w górach Nepalu”. Zapadła cisza, którą przerwał odgłos widelców wypadających z dłoni, brzęk tłuczonego szkła i okrzyki „jak to???” „kiedy???”. Wtedy dopiero, następuje prawidłowa opowieść o wyprawie do Azji, że ich napadli, grozili kałasznikowem i maczetą, żądali pieniędzy, straszyli że wrócą po wschodzie słońca i jak nie będzie dolarów to kaput. Teraz pojechali do Indonezjii, ale coś czuję, że jak wrócą to opowiedzą nam o tym, jakie pyszne było jedzenie, widoki, i, że ludzie mili. Ale tego, że na przykład Kasia, spadła z wodospadu i nurt rzeki porwał ją do sąsiedniej wsi nie opowiedzą. Powiedzą o tym za rok, przy okazji spotkania na wsi, jak któreś z dzieci poślizgnie się i wpadnie do dmuchanego basenu.

W związku z częstymi podróżami, Kasia jest mistrzynią kuchni azjatyckiej, z naciskiem na kuchnie tajską, i robi genialnego kurczaka z sambal oelek. 

Do tej bajecznie świeżej i pachnącej potrawy potrzebujemy:

0,5 kilograma czerwonego mięsa z kurczaka ( pierś jest trochę bez smaku ) który marynujemy z łyżeczką utartego imbiru

2 ząbki roztartego czosnku

4 posiekane cebule dymki

1 czerwoną paprykę

500 gram posiekanej kapusty pekińskiej ( powinna być bok choi, ale niestety ciężko ją dostać )

3 łyżki soku z limonek

100 ml. sosu chilli

1 łyżkę sosu rybnego

2 łyżeczki brązowego cukru

2 łyżki sosu sojowego

1 łyżkę sambal oelek

świeżą kolendrę i mięte

 

1. na gorącej patelni lub woku podsmażamy szybko kurczaka z imbirem ( w celu uniknięcia spalenia siebie i kuchni, trzeba dodać trochę oleju, najlepiej palmowego, albo orzechowego )

2. dodajemy czosnek i paprykę, podsmażamy 2 minutki ( wskazane jest mieszanie )

3. dodajemy sok z limonek, sos chilli, sos rybny, sambal oelek, sos sojowy ( mieszamy, mieszamy, jeszcze minutkę )

4. dodajemy kapustę ( ja dodałam jeszcze 2 pieczarki, wydawało mi się, że poprawię smak, ale to chyba nie było konieczne )

5. posypujemy kolendrą i dymką

Trzeba odrzucić wszystkie uprzedzenia i nie bać się krótkiego czasu przygotowywania. Oprócz mięsa, wszystkie pozostałe produkty, powinny pozostać praktycznie surowe. W przeciwny wypadku, uzyskamy brunatną masę, z fragmentami ciągnącej się rozgotowanej kapusty. A tego byśmy nie chcieli.

 

 
1 , 2 , 3