Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
poniedziałek, 31 marca 2014

Wyobraźcie sobie, że wstajecie rano i ktoś Wam mówi, że na pewno się uda. Ale nie tak po przyjacielsku z poklepaniem po ramionach, tylko ktoś w stylu Boga, kto prostu wie, że się UDA. Cokolwiek sobie wymyśliłyście, zakończy się pełnym sukcesem. Co wtedy byście zrobiły? Wystartowały w talent show? Zmieniły pracę? Wyprowadziły się do Teksasu? Tyle możliwości i każda się uda.

Jak byłam mała, chciałam być specem od efektów specjalnych, ale pomysł wydawał mi się na tyle absurdalny, że nawet do niego nie podeszłam. Gdzie bym teraz była? Pewnie gdzieś w Los Angeles, z sześcioma zerami na koncie i widokiem na ocean. Ale założyłam, że się nie uda, więc się nie udało. No innej opcji nie ma. Jak poczytamy biografie wielkich tego świata, wydaje się, że ich pomysły były z kosmosu. Kto wierzył Jobbsowi, że w garażu wyprodukuje komputer, który stanie się obiektem pożądania i wyznacznikiem statusu zyciowego? On w to wierzył, na tyle głęboko, że chyba mu Pan Bóg rano powiedział, UDA się! Wiem, że to banalne, ale kurcze, tak to chyba działa. 

A co by było, gdybym wystartowała na przykład w Masterchefie? Nic, bo bym nie wystartowała. Nie byłabym w stanie poddać się krytyce ludzi spoza mojego najbliższego otoczenia. Jeden tekst Magdy Boskiej, zabiłby mnie na miejscu i zniechęcił do kuchni na resztę moich dni. Dlatego podziwiam ludzi, którzy nie poddają się. Takich którzy chodzą całe życie na castingi, wierząc, że ktoś ich w końcu zatrudni i dostaną Oscara. Wszystkich tych, co wierzą, że można zjechać na nartach z ośmiotysięcznika, zrzucić 50 kilo w rok, czy wyprowadzić się na Fiji i otworzyć tam szkołę jogi. To musi być wielka wolność, radość i satysfakcja. 

Mam swoje poletko rzeczy, z którymi walczę, i nie wiem czy wytrwam, czy się uda. Jedną z tych rzeczy są ciasta! Kompletnie nie rozumiem procesu pieczenia, wychodzi mi jedno ciasto na 20, i coś czuję, że mój ostatni wyskok był naprawdę tym ostatnim. Umiem upiec kajmakowego mazurka, sernik w stylu nowojorskim, ciasto marchewkowe i to by było na tyle. To co ja wyprawiam z blachami i mikserami, przechodzi ludzkie pojęcie. Ostatni mój wyczyn, dotyczył banana bread, ciasta które jamajskie dzieci pieką przed wyjściem do szkoły. Ale gdzież tam, mój był z zakalcem, za słodki i nikt, no po prostu nikt mu nie podołał. Czytam przepisy, sprawdzam 100 razy i tylko mewy się cieszą, bo wszystko ląduje w Bałtyku. A co by było, gdybym żyła w przeświadczeniu, że mam rękę do ciast i zakalec nie jest spowodowany moim upośledzeniem cukierniczym, tylko na przykład złą mąką? Pewnie niezrażona, piekłabym dla przyjemności a lepienie kolorowych maccarons (tak to się chyba nazywa), byłoby czynnością tak prostą, jak ładowanie zmywarki. Więc prawda jest taka, że nikt nam nie powie, że się UDA. Musimy same skupić się na tym co nam wychodzi albo znaleźć coś co nam się mega i totalnie podoba i po prostu zwalać niepowodzenia na złą makę. Ja mam tak z mięsami i rybami. I nawet jak kompromituję się, podając na święta indyka bez skóry (nie powinno się słuchać Julii Child, i przewracać indyka w brytfannie co 30 minut. po którymś razie indyk przywiera razem ze skórką i trach, podczas kolejnego obrotu, jednym zgrabnym ruchem skalpujemy całego ptaka. Indyk wygląda jak preparat anatomiczny dla studentów weterynarii i jest najsuchszą rzeczą we wszechświecie) to nie robi to mnie żadnego wrażenia i piekę dalej.

I mam taką uwagę, jak już widzimy, że coś komuś wychodzi, to trzeba go bezkrytycznie chwalić. Tłuc w głowe, że co prawda jesteś mądrą księgową, ale tak naprawdę, florystyka w twoim wydaniu jest mistrzostwem świata i okolic. Może pomożemy komuś zmienić jego życie i bedziemy jego porannym Bogiem, co to go klepie i mówi UDA się. Na bank się uda. Może nie teraz, zaraz, ale się uda. Na pewno.

Póki co, powiew świeżości i radości od Wojtka, który wpadł na curry i pokazał mi coś, co według niego było parafrazą naszego gotowania. Płakałam, śmiałam się, klaskałam, dzieci przyszły i radość była ogólna i wartka niczym kipiące mleko. Więc jak nie wiecie czy się uda, to nic. Złapcie się jakiegoś zdania i do przodu! I tak musimy gotować, inaczej bez sensu. 

http://www.youtube.com/watch?v=Qg8q1VjjeWo

22:11, gastromat
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 listopada 2013

Ile razy słyszałyście, że czegoś nie wolno robić, bo skończy się to źle? Przy oglądaniu ilu filmów, wiedziałyście, że złowieszcza muzyka zwiastuje koniec miłych historii a mimo to oglądałyście dalej? Po którym razie wiedziałyście, że angażowanie się w rzeczy typu rozstania znajomych, ingerencja w kłótnie dzieci, czy zwracanie uwagi dresiarzom na ulicy, powinny być ostatnią taką akcją w waszym życiu? Ile razy słyszałyście, że jesteśmy tym co jemy a jadłyście chipsy i narzekałyście na stan bioder i cery? Niby wszystko wiemy ale jakoś tak wychodzi, że wychodzi źle i na koniec i tak jesteśmy zaskoczone.

Na pewno warto żyć zdrowo, pić zieloną herbatę z miodem i jadać siemię lniane. Opłaca się witać męża z ułożonymi włosami, mieć swoje zajęcia i hobby. Super jest robić karierę która nie koliduje z życiem rodzinnym. Cudownie mieć znajomych od których nic się nie chce a jak oni chcą od Ciebie, umieć asertywnie odmówić. Fajnie jest być "w punkt". Prawda jest jednak taka, że popełniamy te same błędy i miotamy się pomiędzy tym co powinno być a co tak naprawdę jest. 

Przez ostatnie parę tygodni, praca (bardzo miła), rzuciła mnie w miejsca gdzie jedzenie było podłe a nocleg twardy. Po dwóch tygodniach przebywania w ostrych warunkach, odkryłam zmiany na/w swoim ciele. Po raz pierwszy w życiu, zrozumiałam, że złe jedzenie, brak snu, i najpiękniejszy nawet stres, mogą powodować bardzo brzydkie skutki. I pojawiło się pytanie, jak sobie radzić? Kiszona kapusta? Cudownie, ale nie pomaga. Czerwone owoce? Jakoś tak nie bardzo. Łosoś na parze i jego zbawienne Omega 3 też nie działają. Więc co? Łatwo się rozwalić w parę dni i nie można się odbudować w 4 tygodnie? Przecież to bez sensu. Skoro mamy takie boskie organizmy, samoregenerujące się cuda natury, czemu tak łatwo się utytłać a tak ciężko się odbudować?

Czytając z uwagą artykuły o "życiodajnych" produktach myślimy sobie, że miska kaszy jaglanej rano, brak cukru na co dzień i codzienne ćwiczenia zmienią nasze życie. Ale nie do końca tak jest. Trzeba iść dalej. Połączyć to wszystko w jedną, spójną i konsekwentną całość. Nauczyć się odmawiać sobie nie tylko czerwonego wina, ale także natłoku złych myśli, wzajemnych zależności i samobiczowania. Mam wrażenie, że czasami prościej zrezygnować z trzeciej kawy niż z telefonu do kogoś kto, pogryzie, przeżuje i na wpół strawioną wypluje na chodnik. Więc jak detox to taki z prawdziwego zdarzenia a nie tylko kasza i ekologiczne warzywa. Wiem, że łatwiej powiedzieć trudniej zrobić. Przecież nie pójdziemy do szefa i nie przekażemy mu luźnej uwagi, że jest idiotą. Ale są ludzie i sytuacje, które w sumie wymagają jednej decyzji. Skoro ktoś nam nic nie daje a tylko zabiera-wyeliminujmy go, tak jak eliminuje się biały cukier. Skoro po winie czujemy, że nasza cera walczy o wodę to czemu pozwolić sobie na rozmowy które dostarczają zmarszczek? Totalna niekonsekwencja, której skutkiem są nieprzespane noce i kolejne nadprogramowe kilogramy. 

W związku z powyższym zapełniłam szuflady komosą, soczewicą i zasiałam jeszcze więcej ziół na parapecie. Tym razem będę konsekwentna. 

Sałata z komosą ryżową według Ottolengh'i.

szklanka komosy, ugotowanej na sypko

obrane i pokrojone awokado

pęczek rzodkiewek

garść rukwi wodnej

garść czerwonej bazylii

ugotowany we wrzątku przez 2 minuty świeży bób, zahartowany w lodowatej wodzie

Dressing, według Ottolenghi jest zbyt wyrazisty jak na nasze warunki, sok z całej cytryny, plus jej miąższ, rozgniecione z ząbkiem czosnku, łyżką oliwy i szczyptą soli. Jak dla mnie zdominował smak sałaty i wystarczy dać dwie łyżki oliwy i zrezygnować z cytrynowego miąższu i już jest cudownie. 

Komosę studzimy, mieszamy z pozostałymi składnikami, polewamy dressingiem. Wymaga trochę więcej pracy, niż zwykła sałata, ale warto. Jak detox to na poważnie. Żeby organizm nie dostał szoku, zjadłam ze smażonymi stynkami. 

 

wtorek, 17 września 2013

Dzieci wróciły do szkoły, nudzi mi się. Powinnam sprzątać, pisać i gotować, ale tak strasznie mi się nudzi, że nic mi się nie chce. Powinnam pojechać na grzyby, pakować się do Warszawy, odrobić zaległości wszelakie. Ale nic z tego, nuda. W kuchni to samo, wszystko już było, nuda. Pal pies, jak jest bałagan w mieszkaniu, mąż nie uważa, że jestem sprzętem AGD. Ale już nuda i bałagan emocjonalny na kolacjach dla przyjaciół to jest skandal.

Z pomocą przyszła maszynka do makaronu, Ale Gośka i świeże grzyby od taty. Gosia zagniotła ciasto, ja zrobiłam prawdziwkowy sos, i zaczęło się. Ten chce kręcić korbą, Rafałowi zabrakło ściereczek, dzieci chcą kroić na paski. Cudo! Przez dwie godziny, każdy miał zajęcie, mężczyźni się uaktywnili, dzieci sypały mąką i co najważniejsze-wszystko inne było bez znaczenia. Ten makaron wszedł nam w krew, robią go sąsiedzi, kobiety i dzieci. Nieistotny jest stan konta, upodobania kulinarne i pora dnia. Wyszło nam kulinarne darcie pierza, praca u podstaw, mnóstwo śmiechu i zabawy. I wiecie co, taki makaron to wolność, staropolskie radzenie sobie po kobiecemu w każdej sytuacji. Baza do pierogów i podłoże do testowania nowej oliwy.

Musimy tylko ignorować artykuły o szkodliwości glutenu, porównania do białej śmierci i wypierać świadomość, że od samego patrzenia rosną biodra a narządy wewnętrzne szwankują. Mówi się trudno i je dużo buraków. 





Przepis od Gino Di'Campo. 

400 gram mąki (super jest semolina)

3 jajka

szczypta soli

dwie łyżki oliwy

ciepła woda aż zabierze ciasto

silne dłonie męża albo Ale Gośka

Ciasto wyrabiamy i chowamy na 20 minut do lodówki



Wyciągamy cudowną maszynkę," rozkminiany" ją w godzinę, wołamy dzieci, robimy nie za cienkie płaty. Ciasto trzeba podsypywać mąką, i wysuszyć. Idealny moment na wykończenie dodatków i zagotowanie wody. Makaron gotuje się bardzo krótko, i nie smakuje jak Barilla. Jest polskim makaronem od babci, pachnącym jajkami. 

Dodam, że z nudów i braku rozsądku przygarnęłam dwa kotki :) 

wtorek, 03 września 2013

 

Po raz kolejny, praca mojej siostry rzuciła mnie w objęcia ukochanej Stolicy. Tym razem awansowałam i z osoby noszącej torby IKEA, zostałam osobą trzymającą przez trzy dni parasol nad pewnym, znanym, polskim aktorem. Prestiż minus 100, ale nic to, bo wyrobiłam sobie triceps i mam u niego dług w postaci 3 paczek papierosów. Oprócz muskulatury, dorobiłam się jeszcze udaru słonecznego i fioletowego paznokcia. Dodam, że zarobiłam za ten parasol pieniądze. Jednym słowem - było warto.

Blichtr filmowego świata działał krótko. Aktorzy z mojej młodości zostali gwałtownie zepchnięci z piedestału w dniu, w którym na środku trawnika przed Pałacem Ujazdowskim, spostrzegłam GO! Oto On, Brad Pitt polskiej działki i Mick Jagger sałaty - PAN ZIÓŁKO! Miłość mego życia.

Przez pierwsze 15 minut klepałam coś bez sensu na temat uwielbienia, filii w Trójmieście i planowanego fan klubu, po czym taneczny krokiem zaczęłam wirować wokół skrzynek z zieleniną. Czerwona z wrażenia i upału, pokrzykiwałam błyskotliwie uwagi w stylu "o bosche pomidory!" albo "o jessssu, jarmuż!!!". Kasia widząc mój obłęd w oczach i taniec Derwiszów odbywający się na oczach tłumu, kupiła cokolwiek i zażenowana zachowaniem młodszej siostry, zakopała się ze wstydu pod ziemię. Po otrzymaniu na odchodne prezentu w postaci mini cukinii z kwiatkami (bardzo romantycznie), uznałam, że Pan Ziółko chce dołączyć czym prędzej do zakopanej Kasi i w imię miłości, oddaliłam się uznając, że dalsze strasznie pozostałych kupujących nie ma sensu. Nieprzytomna ze szczęścia, niosłam dumnie torby, knując w głowie pomysł na filię w Gdyni i mój w niej udział. Po 4 godzinach gapienia się na karczochy, dałam się namówić na ugotowanie cennych darów i ich konsumpcję. Miejscem profanacji dzieł spod ręki Pana Ziółko, została kuchnia w pewnym uroczym mieszkaniu, gdzie płacząc kroiłam warzywa, nienawidząc w duchu Kasi i Małgosi za to, że je zaraz zjedzą. Z rozpędu zrobiłam brokułowe pesto i wypiłam butelkę wina. Kolejną zresztą.

Chętnie podzieliłabym się przepisem na pesto, w końcu jest to blog z założenia kulinarny, ale nie jestem w stanie, bo go zwyczajnie nie pamiętam. 

Tyle się wydarzyło przez te dwa warszawskie tygodnie, że po powrocie poszłam sobie na grzyby celem zebrania myśli i kozaków. Już kiedyś pisałam, że las w Nawiezi jest kompletnie dzikim tworem natury i choć piękny, to bywa dość ciężkawy do spacerowania. I tak sobie szłam, rozmyślając o mojej Warszawie, że aż wlazłam na legowisko dzików. Aktualnie zamieszkałe. Ponieważ byłam sama, one wielkie i mało przyjazne, próbowałam sobie przypomnieć w trakcie szaleńczego biegu, wszystkie programy z National Geographic o atakach dzików na ludzi i wpaść na jakieś sensowne rozwiązanie.  Ale jedyne co wymyśliłam to udar mózgu i zawał serca.

Jednym słowem działo się, dzieje i mam nadzieję - dziać się będzie, bo życie jest krótkie, można umrzeć na udar albo zostać zjedzonym przez dziki, ale wszystko to jest lepsze niż umarcie z nudów, co jeszcze do niedawna mi groziło. 

Dodam jeszcze, że oczywiście obfotografowałam Pana Ziółko i poznałam Panią Ziółkową, ewidentnie rozbawioną nagłą napaścią wielbicielki. Nie opublikuję ich zdjęć, bo nie wiem czy sobie tego życzą. Ale to przemili ludzie, pełni pasji i radości. Może rozważą moją propozycję filii gdyńskiej? Byłoby brylantowo i byłaby szansa na brokuły gałązkowe. 

środa, 10 lipca 2013

Padam. Literalnie padam na twarz. Dzieci podejrzanie szybko rosną i z roku na rok, zajmowanie się 4 dzieci jest po prostu wykańczające. No chyba, że to ja się starzeję? Może być i tak. Noszenie 20 kilogramowej torby na plażę, dwie pralki prania co godzinę, 3 zmywarki dziennie, uff.

Z przyjazdem rodziny, pojawiła się masa ludzi, którzy chcieli wykorzystać fakt, że jesteśmy w komplecie i trzeba było powyciągać rodowe zastawy i obrusy. Było to idealna okazja, żeby nareszcie powolutku "ogarnąć" książkę Ottolenghi'ego. Ponieważ nie mogłam się na nic zdecydować, uznałam, że najrozsądniej będzie dokonać dojrzałego wyboru i wylosować przepis na "chybił trafił". Strona z jagnięciną była piękna, problem w tym, że ja nie jadam. Drugi strzał-przegrzebki. Hmmmm, bardzo smaczne na pewno, same w sobie są cudowne, problemem jest to, że nie mieszkam w Bretanii a u nas ciężkawo z zakupem. Do trzech razy sztuka i pach! Porowe frittaty. Nawet jest obok przepis na sos. Fantastycznie!

 

Dodałyśmy od siebie grzanki z masłem szałwiowym, sałatkę z pomidorów z octem i hummus od Wojtka na przystawkę.

Po 3 godzinach na plaży, z dziećmi i Kasią, targaniu zakupów i 22 kilogramowej torby (doszło 2 kilo piachu) dotarłyśmy do domu, otworzyłyśmy butelkę białego wina i zaczęłyśmy misterną logistykę eleganckiej kolacji na bazie porów. 

Przepis jest prosty, ale wymaga czasu ponieważ poszczególne rzeczy muszą wystygnąć, więc następnym razem będę mądrzejsza i przygotuję sobie wszystko "na zaś". Poza tym, ryzykowne w długim gotowaniu z Kasią jest to, że człowiek wypija kieliszek wina a tu nagle 3 butelki. 

Najpierw należy zrobić sos, bardzo piękny, subtelny i w oszałamiającym kolorze pistacjowych lodów. 

100 gram greckiego jogurtu

100 gram kwaśnej śmietany

2 zgniecione ząbki czosnku

2 łyżki soku z cytryny

3 łyżki oliwy z oliwek

pół łyżeczki soli

20 gram posiekanej natki pietruszki

30 gram posiekanej kolendry

Wszystkie składniki należy zmiksować w blenderze i schować do lodówki. 

Teraz pora na pora

3-4 pory (około pół kilograma) umyte i posiekane

3 -4 małe, słodkie, młode polskie cebule albo zagramaniczne szalotki

150 ml oliwy z oliwek

1 świeże czerwone chilli, posiekane i pozbawione większości pestek

25 gram natki pietruszki

łyżeczka nasion kolendry (ja rozgniotłam w moździerzu)

łyżeczka sproszkowanego kuminu

1/4 łyżeczki sproszkowanego tumericu

1/4 łyżeczki cynamonu

1 łyżeczka cukru

1/2 łyżeczki soli

1 całe jajko plus 1 ubite białko z jajka 

120 gram mąki z łyżeczką proszku do pieczenia

150 ml mleka

55 gram roztopionego masła

Ponieważ gości było sporo (6 osób), ja podwoiłam proporcje

Na patelni podsmażamy na połowie oliwy pora z cebulą, aż będą miękkie. To zajmie jakieś 10-15 minut. Przekładamy do dużej miski, dodajemy zieleninę, przyprawy, sól i cukier. Odstawiamy do wystygnięcia.

W osobnej misce, łączymy wszystkie pozostałe produkty, za wyjątkiem piany z białek. Dodajemy masę z warzywami na końcu delikatnie wprowadzamy pianę z białek.

Rozgrzewamy patelnię, smażymy małe placuszki. 

(żeby ułatwić sobie życie, przygotowałam dwa talerze wyłożone ręcznikami papierowymi, rozgrzałam piekarnik do 50 stopni i kolejne partie frittat chowałam po prostu do piekarnika, do momentu aż wszystkie nie będą gotowe)

Do tego, sałata z pomidorów, grzanki i hummus, zwany u nas komisem. 

I tak nam to wszystko pięknie wyszło, za wyjątkiem zdjęć, ale to jest bez znaczenia, bo co było to minęło. Dzieci się rozjechały, siostry też, teraz pozostaje świętowanie w rytm piosenki Kazika o tym jak to "wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni" 

sobota, 15 czerwca 2013

Warszawa jest cudowna. Można przejść most Poniatowskiego i się zmęczyć, można obejrzeć wystawę koło Bristolu i się wzruszyć. Za każdym razem jak wracam ze Stolnicy, to sobie myślę, że u nas to jest taka straszna prowincja. Ale taka sytuacja, hemoglobina, trwa tylko parę godzin, potem uzmysławiam sobie, że to są dwa całkiem różne miejsca, inna jest ich energia i przeznaczenie. Bardzo odkrywcze, prawda?

Temat jest wartki jak Wisła po czeskich powodziach i długi jak ulica Świętojańska. Warszawa na przykład ma Zamek Królewski i Pana Ziółko http://panziolko.pl/, za to my mamy plaże i plaże. Na naszą korzyść przemawia fakt, że linia brzegowa nie zmieni się w następnym milionleciu, ale spokojnie możemy pokusić się na własną uprawę warzyw i ziół. Oczywiście nie osiągniemy nigdy rozmachu i splendoru Pana Ziółko, ale na mikroskalę, to może się udać. 

Od zawsze hodowałam na parapecie własną kolendrę. Po pierwsze ciężko ją znaleźć w sklepach, a jak już nawet się udało, to trwała w doniczce jeden dzień i umierała w suchych konwulsjach. A taka z nasionek, rośnie i rośnie i nawet kwitnie. Po kolendrze pokusiłam się na kapustę Bok-choi. Tu nie odniosłam spektakularnych sukcesów, ale nie poddałam się i wysiałam białą botwinę. I tak, od listopada mam imponujący wachlarz świeżych liści, który sam się prowadzi i służy mi smakiem oraz dostępnością. Wysiałam trzy nasiona, z czego jedno się przyjęło i w zupełności wystarczy. Teraz kombinuję ze zwykłymi burakami i już się rozglądam za endywią, rucolą i fioletowymi ziemniakami. Dodam, że nie posiadam hektara żyznej gleby, a jedynie własny parapet i dobre chęci. 

Ten mini sałato-zielnik jest niezbędny do popróbowania przepisów z książki mojej nowej miłości kulinarnej, Pana Yotam'a Ottolenghi. Trafia w mój gust, przemawia do mnie organicznym głosem i wywołuje podskoki radości. Jedynym brakującym ogniwem pomiędzy nim a mną, są wyżej wymienione sałaty i zioła, talent, światowe uznanie i własna restauracja. Ale tak poza tym, to można działać. 

Na fali nastawiłam jeszcze zakwas na chleb i karmię go teraz pieczołowicie, trzymając w ciepełku i mieszając łyżką. No zobaczymy.

środa, 05 czerwca 2013

Starałam się ostatnio wytłumaczyć mojemu znudzonemu synowi, że jak ja jeździłam na wakacje, to nie było telefonów, laptopa z internetem i dvd. Nie było wyjazdów na lody i dmuchanych basenów. Siedziałyśmy z siostrą przed domem, bawiłyśmy się w sklep, rebusy pisane na piasku, jadłyśmy rabarbar z cukrem i NIGDY nam się nie nudziło. Jasiek pomyślał chwilę i stwierdził "no to niefajnie miałyście". Czyżby?

Większość z nas, spędziło wakacje na podwórku albo u dziadków na wsi. Główną atrakcją było sterczenie pod blokiem, gra w gumę, sianokosy, młode jaskółki w oborze i ognisko nad jeziorem. Nieważna była pogoda, bez znaczenia brak boisk i pustka w sklepach. Wartością byli rówieśnicy, wakacyjne miłości i kartki pocztowe słane we wrześniu.

I to mi pozostało. Uważam, że lepiej pojechać w 6 osób do Pułtuska, niż samemu na Hawaje.

Moje życie towarzyskie to szalony, kalifornijski, rollercoaster. Są odważni, którzy trwają przy mnie od 30(sic!) lat, są i tacy, co się pojawiają i znikają. Wracamy do siebie po latach, celowo i przez przypadek.  Spieramy się o wychowanie dzieci, żywienie, seks, wróżki, stroje, fryzury, ryby i wnęki w łazience. Trzymamy za rękę jak kogoś porywa kosmos i życie staje się nie do zniesienia. 

Są moje szurnięte siostry, z którymi muszę się raz na jakiś pokłócić. Są ich przyjaciele, dla których warto pojechać do Warszawy albo wysłuchać alkoholowych zwierzeń z norweskiego tarasu. Jest sławna Gośka. Jest Wojtek, który MUSI, po prostu MUSI mnie codziennie wysłuchać. On ma taki obowiązek i nic na to nie poradzę i nie interesuje mnie czy ma na to czas i ochotę.

Są tacy, co przyprawiają Kubę o zawał, bo nasze wspólne lata były szalone. 

Są przyjaciele z młodych czasów, którzy przyjeżdżali do Sycowej Huty polonezem Mateusza, dachowali (przypadkowo oczywiście), a potem wracali bez przedniej szyby. I tak im to ekstremum weszło w krew, że teraz się wspinają na Mount Everest i biegają maratony.

Jest piękne sopocko-artystyczne towarzystwo, dziewczyny jak różowe kwiaty, które przeganiały mnie po różnych wystawach i dzięki którym, można było palić papierosy z Rolandem Toporem.

Jest też tajemnicze, fascynujące, towarzystwo lekarsko-ekonomiczne. Wyczesani w kosmos faceci, w idealnych fryzurach, otoczeni przyjaciółmi, dobrą energią i z którymi trzeba się umawiać z rocznym wyprzedzeniem. Ale jak już wyskrobią godzinę w miesiącu to jest fantastycznie i warto czekać.

To coś, co łączy wszystkie te relacje, to poczucie wiecznej młodości. Siedząc z Magdą na pomoście nie myślę o kredycie, myślę o tym jak ją Gośka wypchnęła na środek jeziora bez wioseł. Patrząc na Zuzię, nie widzę 23 latki, tylko szkraba siedzącego u Hanki przy stole i siorbiącego pomidorówkę. Piotr nie pracuje i nie wspina się, Piotr jest Poposem ma obciachową fryzurę i łoś u niego zamieszkał.

Jednym słowem, przy pewnych osobach nie przekroczyłam mentalnie 20stki i bardzo mi z tym dobrze. 

To wielkie szczęście, być 37 letnim dzieckiem, siedzieć 1 czerwca na tarasie u Taty i jeść tajną, dziecięcą potrawę, przygotowaną specjalnie dla mnie. Tylko dla mnie, dla Królewny.

W tym miejscu, wybaczam Maksowi, że zjadł mi trochę,  bo Maks ma 5 lat i on też w sumie miał dzień dziecka. 

Walczak, specjalnie dla Ciebie, w drodze wyjątku, tajny przepis na paprykarz. Krok po kroku. 

4 podudzia z kurczaka. 

2-3 cebule, posiekane

4 zgniecione ząbki czosnku

duuuużo słodkiej papryki w proszku

mąka do obsypania 

śmietana

Musisz mieć patelnię i garnek.

Umyj kurczaka, osusz. Włóż do miski, posyp obficie papryką w proszku, nalej troszeczkę oleju, żeby papryka nie "fruwała".

Rozgrzej patelnię, nalej olej i obsmaż krótko podudzia (jeny co to za nazwa), podsmażone przełóż do garnka. Jak już wszystkie będą gotowe, to zalej je zimną wodą, tak żeby je przykryła i zacznij dusić. Na tej samej patelni, usmaż cebulę i czosnek, pewnie będziesz musiała dolać trochę oleju, ale nie rób tego, daj masło i jak już cebula będzie mięciutka, nasyp na nią łyżkę mąki. Taka a'la zasmażka się zrobi. Nalej na patelnie trochę wody, "wypłucz" to co się przykleiło na dnie i przelej do garnka. I teraz przykryj garnek i zostaw to wszystko na małym ogniu. Za godzinę powinno wszystko się rozpaść, mięso od kości, skóra od mięśni. Musisz to powyciągać, tak żeby zostało samo mięso. Teraz wypadałoby trochę posolić i zabielić łyżką stołową śmietany. Jak wyszło za mało paprykowe, to nie dosypuj proszku bezpośrednio, tylko rozpuść paprykę na maśle i dopiero dodaj. Nie będzie gorzka.

Moja droga, przepis jest tajemny, choć banalny. Jakby co, call me

 

czwartek, 09 maja 2013

Dostałam kiedyś piątkę z biologi, bo wiedziałam, że niedawno odkryty zwierz z gatunku parzystokopytnych to okapi a kalafior nie jest niczym innym jak kwiatem. Biorąc pod uwagę fakt, że rzecz się działa w czasach kiedy lekcje odbywały się przy świecach a nie w dobie wujka Google, był to nielada wyczyn. I teraz się zastanawiam co jeszcze nie jest tym, na co wygląda. Mój ukochany karczoch, też jest kwiatkiem, żeby było śmieszniej, jest w sumie ostem. Takim samym jak ten, którego tępimy kiedy buszuje w zbożu. Genialna sprawa. Po przeczytaniu listy rzeczy na które karczochy pomagają, dochodzę do wniosku, że powinnam zjadać ich 6 kilogramów dziennie. Minimum. Karczoch, tak jak jarmuż, ma mnóstwo cudownych właściwości ale co najważniejsze, błogosławiony wpływ na wątrobę. Dla ludzi takich jak ja, którzy pod pojęciem higienicznego trybu życia, rozumieją częste kąpiele i pranie odzieży, karczoch jest zbawieniem, bardzo zresztą smacznym. 

Wbrew obiegowej opinii, karczochy nie są trudne w przygotowaniu, i nie mają aż tak strasznie dziwacznego smaku. Uważam, że są bardzo wykwintne. Pięknie wyglądają na talerzu (zaraz po jajku sadzonym i świeżych truskawkach) i wiem, że czasami można je kupić w Polsce. 

Moje co prawda przyjechały ze słonecznej Italii, ale jakby głębiej poszukać, to znajdą się pewnie gdzieś na lokalnych targach. Ponieważ teraz jest na nie sezon, aż się prosi, zjeść choć jeden talerz na kolację. 

Tu wklejam bardzo obrazowy link, jak się za nie zabrać http://www.youtube.com/watch?v=Dg1t7Ad_O9M a potem gładko przechodzimy do ich doprawiania. 

Ponieważ jest to warzywa dość delikatne w smaku, proponuję żeby zrobić tak:

Obrane i ugotowane karczochy, w zależności od kształtu można albo przekroić wzdłuż albo uciąć łodygę (nie wyrzucać, jest pyszna) i postawić (na sztorc)

Przygotować mieszankę do farszu, ze świeżego chleba typu ciabatta albo bagietka. Chodzi o to, żeby pieczywo było miękkie i aromatyczne. 

Dwie szklanki miąszu z pieczywa, włożyć do miksera, dodać pół szklanki oliwy z oliwek, garść natki pietruszki, szklankę parmezanu i posiekaną papryczkę chilli. Krótko zmiksować, nawet nie musi być gładka masa, chodzi o to, żeby się wszystko ładnie połączyło. 

Ułożyć karczochy w żaroodpornym naczyniu, powpychać mieszkankę pomiędzy listki karczocha, polać z góry odrobiną oliwy, przykryć folią aluminiową i piec przez 30-40 minut w temperaturze 190 stopni, sprawdzić czy są miekkie. To jest w sumie największy problem tych cudownych warzyw, że potrafią być nieprzewidywalnie "drewniane", ale poza tym, są po prostu świetne! No i ta wątroba!

Tagi: karczochy
11:18, gastromat
Link Komentarze (2) »
wtorek, 07 maja 2013

Mogłabym nie mieć kalendarza, a i tak wiedziałbym, że jest wiosna. Po pierwsze, nie widać torów, bo liście pięknie je zasłoniły. Po drugie, piegi spowodowały, że wyglądam jak indycze jajo. Po trzecie, ojciec płacze w słuchawkę, że trawnik na wsi zjedzony, a kuna czeka na kolejny poród korzystając z naszego dachu. Po czwarte, z niezrozumiałych powodów, dopada mnie depresja i chodzę i marudzę. 

Marudzę bo: pomimo zaklęć i obietnic, ciągle nie mam figury nadającej się do bikini. Ba, nawet do bikini z sarongiem zawiązanym na szyi. 

Bo nie wydałam książki kucharskiej, nie zostałam prezesem banku, ba, nawet nie skończyłam remontu.

Bo nie nauczyłam się tego, że wsparcie leży zupełnie gdzie indziej, ba, włażę w rejony gdzie dostaję emocjonalnego kopa, zamiast iść ku ciepłu i światłu emitowanemu przez rozsądnych przyjaciół. 

Jak już wszystko zawiedzie i po raz kolejny otrzymam figę z makiem i kopa, pozostaje wyjście ostateczne. Telefon do Gośki. Nie jest to sprawa łatwa ani przyjemna. Nie wykonuje się tego telefonu, ot tak po prostu. Bo to nie jest zwykła rozmowa, to jest moczenie w lodowatej emocjonalnej wodzie, psychiczny boot camp i ogólnie - zero litości. Możemy gadać przez rok o tortach, dzieciach, mieszkaniach, filmach i planach na wakacje, ale Ta rozmowa to jest inny wymiar rozmów damsko-damskich. 

Zaczyna się niewinnie, od lekkiego szlochu, narzekania na to, że tata w sumie zawsze niezadowolony, że siostra nie rozumie, mąż nie chwali, blog się sam nie pisze, ciasto opadło, wołowina twarda, nie mam na buty, nie mam czasu, figury, dobrze obciętych włosów, pomysłu, cierpliwości etc. Gośka jest spokojna. Przytakuje gdzie trzeba, dopyta, upewni się czy tata na pewno nie chwali i czy to na pewno jest TA rozmowa i ten kaliber. Jej rozwiązania są zazwyczaj rozsądne i przemyślane. Genialne w swej prostocie i wykonaniu. Nie masz figury? Ćwicz, nie pij wina, idź na spacer do Sopotu albo dalej. Nie wydałaś książki kucharskiej? Pisz jeszcze więcej, poświęć na to 5 godzin dziennie, staraj się, udzielaj. Tata niezadowolony? No cóż zawsze był i pewnie będzie. Ciasto nie wyszło, nie musi. Nie masz na buty? Nie pij wina, będziesz miała. I tak dalej. Ale ja się bronię. Zaczynam od przerywników "ale Gośkaaaa, ja to wiem , ale...". Czuję po głosie, że druga strona coraz bardziej poirytowana, ale jeszcze wyrozumiała, po przyjacielsku ciepła i kiwająca głową. Aż na kolejne "ale Gośkaaaa" otrzymuję syk, spod którego wyłania się zwrot "jeszcze raz powiesz, ale to jeszcze raz "Gośka, ale", to porozmawiamy inaczej!" I to zazwyczaj skutkuje. 

I tak to już w życiu jest. Proste rozwiązania są najlepsze. Przyjaciele od lat, będą przyjaciółmi na lata. Wiosna na wsi, będzie urocza jak się skupimy na zapachu jeziora i kwiatkach, a nie na dezaprobacie ojca. Figura będzie lepsza, jak po prostu schudniemy albo zaakceptujemy fakt, że nie mamy tak jakbyśmy chciały. Nie otrzymujesz czegoś od kogoś-nie oczekuj tego, może on po prostu nie może ci tego dać. Nie przejmuj się, że setny raz podajesz sałatkę z kalafiora. Skoro jest pyszna i wszystkim smakuje, to po co psuć. Za rok, będziemy jedli coś innego, będą inne problemy na wiosnę. Tata niech sobie narzeka - byle by był i narzekał w zdrowiu. Pozostaną tylko wiosenne piegi, ale one też nie mogą być takie tragiczne, skoro mąż je kocha, a Rysiu chce im koniecznie zrobić zdjęcie. Wiosno przybywaj, ale Gośkaaaa pomogła!

Byłabym zapomniała! "NieśmiertelnaSałatkaZKalafioraKtórąWszyscyJedząOdCzasuKoalcjiuNiewiarów"

Starty na tarce o grubych oczkach surowy kalafior

Jedna starta czarna rzepa albo biała rzodkiew

Dwa kubeczki śmietany 18%

4 łyżeczki chrzanu

2 łyżeczki świeżego estragonu

sól

Wszystko razem wymieszać. Tatah!

środa, 27 marca 2013

Dzisiaj z zupełnie innej beczki. 

Raz na jakiś czas, zdarza mi się opuścić rodzinne pielesze i udać do Warszawy. Tam, na różnych planach filmowo/reklamowych udaję, że pracuję nosząc torby z IKEA pełne ubrań i paląc prasowane koszule. Jest z tego dużo śmiechu, wstawanie o absurdalnych godzinach i wysłuchiwanie komend reżysera w stylu "Robert, czesz wąsa" albo "czy można rzucić tę kurę z lewej strony roweru". Z czyjejś potrzeby, zainteresowania, ze zlepku scenek, ustawień kamery, statystów, ubrań, pudru i oświetlenia powstaje 10 sekundowe cudo. Ale poprzez pre-produkcje, produkcje i post-produkcje, odbywa się to cudacznie. 

Na przykład fakt, że piwo pewnej marki, nie jest dość piwne i trzeba użyć innego. Albo, że czesi grają polaków, a niemcy czechów. Droga do pubu jest w rzeczywistością ulicą w Klasztorze Szarytek, a -20 stopni o 4.00 nad ranem w Warszawie imituje Kazimierz nad Wisłą popołudniową wiosną.

I po powrocie pomyślałam, że to podobnie wygląda w domach ludzi co prowadzą blogi (w moim na pewno). 

Najpierw mamy pomysł na potrawę. Czekamy na odpowiedni moment, czyli odpowiednich gości i zaczynamy. Ciężko przecież podawać przepis na zupę pomidorową z literkowym makaronem, albo w odwrotnej kolejności, karmić dzieci krabem w cieście. Umawiamy się więc z ludźmi i karmimy ich nową rzeczą. Wychodzi nam grupa docelowa. 

Potem szukamy pomysłów na wykonanie potrawy. Można poczytać o piecach tandoori, ale co z tego? Przecież ich nie wybudujemy na potrzeby jednego wpisu.  Szukamy czegoś, co można kupić, przygotować i zjeść. To się nazywa pre-produkcja.

Potem pojawia się kwestia zdjęć. Większość z nas blogerek wie dokładnie kiedy mamy tzw. "golden hour" w naszej kuchni i kiedy warto robić zdjęcia. To są zdjęcia, produkcja i czesanie wąsa przez Pana Roberta. 

Potem mamy post-produkcję. Czyli ze zdjęć zrobionych w golden hour wybieramy jedno, pamiętamy co nam mówił fotograf co to wyjechał do San Francisco, sprawdzamy jeszcze raz przepis i mamy gotowy post na blogu. Ufff. 

Tak na marginesie, czy wiedziałyście, że istnieje taki zawód jak stylista piwa? Istnieje, jest niemcem, mikserem emulguje coś w pojemnikach, dolewa do wypastowanych szklanek, umie je oszronić i ustawić na barze tak, że napis jest najbardziej czytelny. Zarabia milion na godzinę, jest super zasadniczy i z nikim nie rozmawia.

Ergo, nie martwcie się, że Wasza potrawa nie wygląda jak ta na zdjęciach. Może nie do końca smakuje tak jak sobie wyobrażałyście. Za tym zdjęciem stoi ekipa ludzi, panowie od oświetlenia, produkcji, sponsorzy, super panie od toreb IKEA i pudru, a przed zdjęciem stoi ktoś, komu się ono podoba. Albo i nie. Ale warto próbować. I pamiętajcie, że większość zdjęć Wielkanocnych powstaje w grudniu, dania są opryskane oliwą i po zdjęciach lądują w lodówce, czekając na przyjście gości. 

Wesołych Świąt!

22:31, gastromat
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8