Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
poniedziałek, 16 stycznia 2012

 

Ostatnie gotowania, wyglądają jak żywcem wyjęte, z "Kuchni pełnej niespodzianek" duetu Mann i Materna. Niby wiem czego mogę się spodziewać, ale na końcu zawsze jest drapanie po głowie, i pytanie "czy ja to lubię?". W całej tej masie przepisów, które przerabiamy, są hity i kity. Wczoraj na przykład była wieprzowina z winem ryżowym i sama nie wiem, czy ja to lubię? Dlatego kity, z oczywistych względów, pomijam. Skupię się na hitach. 

 Jednym z nich, jest przepis na wołowinę z zieloną fasolą. Zresztą umówmy się, wszystko co zawiera w sobie polędwicę wołową, musi być świetne. I już i koniec i kropka. W oryginale, serwowana jest ze swoistego rodzaju ostrym ryżem, ale ilość chilli, przyswojona przez nas, w ostatnich 2 tygodniach, dawno przekroczyła jakiekolwiek normy. To prawdziwy cud, że oprócz zatartych oczu, nie ma innych strat w organiźmie. 

 

Potrzebujemy

350 gram polędwicy wołowej, pociętej w cieniutkie paseczki

2 łyżki oleju arachidowego do smażenia

1 słodką cebulę, pokrojoną na ćwiartki

1 czerwoną paprykę, pokrojoną w paski

4 zielone fasole mamut, pokrojone na 4 cm paski i zblanszowane przez parę minut w gorącej wodzie

2.5 cm imbiru, obranego ze skórki i posiekanego

kolby mini kukurydzy

6 łyżek sosu ostrygowego

2 łyżki jasnego sosu sojowego

1 łyżeczka cukru trzcinowego

świeża kolendra

 

Na gorącym woku, smażymy przez pół minuty cebulę, paprykę, kukurydzę, fasolę i imbir, potem dodajemy wołowinę i smażymy kolejne 3-4 minuty, aż mięso się zrumieni. Dodajemy sos ostrygowy, sojowy, cukier i smażymy kolejne 3 minuty.  Do tego ryż (jaśminowy oczywiście) i świeża kolendra.

 

Tak, to jest hit.


piątek, 13 stycznia 2012

 

Po paru dniach gotowania w tajskim stylu, odkryłam, że dodanie do czegokolwiek chilli, kolendry, cebuli dymki, sosu rybnego i oleju sezamowego, czyni to coś tajskim daniem. Kupiłam więc papier ryżowy i zrobiłam pierożki. Takie dim sumy. Po paru próbach odkryłam, że po pierwsze, papier musi mieć najmniejszą średnicę (16cm), trzeba robić małe kulki do nadzienia, i że chiński koszyczek do gotowania na parze, był zakupem roku. Pierożki wyszły takie śliczne i smaczne, że nawet Piotr, który na zmianę z moim mężem, robi wszystkie piękne zdjęcia na tego bloga (te mniej piękne robię ja) i zazwyczaj klnie, że coś jest niefotogeniczne, teraz się chyba nawet uśmiechał pod nosem. No po prostu są cudne!

Ponieważ dopiero się z nimi mierzyłam, potraktowałam je jako przystawkę. 

 

Zanim zaczniemy cokolwiek robić, musimy zmoczyć wszystkie dostępne w domu ścierki, i przy ich pomocy namoczyć płaty papieru. Nie wiem jak mam opisać ten skomplikowany proces. Może tak. Moczymy ściereczkę (czystą), kładziemy w pionie na blacie, na górze układamy płat papieru i przykrywamy tą częścią która jest wolna. Na górę już zawiniętej pierwszej ściereczki,kładziemy kolejny płat papieru. Na to kładziemy kolejną ściereczkę i na jej górnej części kładziemy papier, zawijamy wolną częścią i tak dalej. Papier się moczy około 10 minut i w tym czasie możemy przygotować nadzienie.

 

0.5 kilograma mielonej łopatki wieprzowej

łyżka oleju sezamowego

łyżka sosu rybnego

dwie łyżki jasnego sosu sojowego

posiekana papryczka chilli

dwie posiekane cebule dymki

garść posiekanej kolendry

garść posiekanych białych części od kapusty pekińskiej

3 posiekane grzyby shitake

zgnieciony ząbek czosnku

sparzone zielone części cebuli dymki do zawiązania pierożków u góry

 

Sos do maczania (można zrobić na początku, żeby składniki pięknie się zmacerowały)

2 łyżki sosu rybnego

1 łyżka octu ryżowego

4 łyżeczki wody

2 łyżeczki cukru

łyżka sosu sojowego

1 posiekana papryczka chilli

posiekany ząbek czosnku

wszystko razem mieszamy, odstawiamy na trochę

 

I teraz musimy pamiętać o dwóch ważnych rzeczach. Papier ryżowy jest bardzo cienki i delikatny, więc kuleczki mięsa muszą być malutkie, żeby zdążyły się ugotować, zanim ciasto się rozpadnie. Gotują się mniej więcej 7 minut, ale to tak naprawdę jest bardziej kwestia oceny wzrokowej w trakcie gotowania. Na przykład Patka wszystkie dostała na wpół surowe :)

Mieszamy mięso ze wszystkimi składnikami, za wyjątkiem papieru ryżowego. Ściereczki z zawartością papieru, cyrkowym ruchem, odwracamy do góry nogami, tak, żeby te płaty które są na dole, były na górze (chodzi o stopień rozmięknięcia).

 

Bierzemy płat papieru, układamy na środku małą kuleczkę z mięsa (piłeczka od ping-ponga jest optymalną wielkością) zawijamy ciasto do góry, zakręcając je delikatnie i zawiązujemy u góry szczypiorkiem. Wkładamy do koszyczka w którym będziemy je gotować, stawiamy do woka na którym już się gotuje woda i parujemy pod przykryciem 7 minut. Zestawiamy na talerz i czekamy na jęk zachwytu i dowody uznania.

esz... jutro też zrobię


wtorek, 10 stycznia 2012

 

Doczekałam się dnia, kiedy własna babka, przywitała mnie słowami: "i co wnusiu, czas się poodchudzać?" Spodziewałam się takiego komentarza od moich sióstr, Patki, albo zniechęconego męża, ale od własnej babci??? No trudno, widać osiągnęłam masę krytyczną, żarty się skończyły, kobyłka stanęła u płota, a mleko rozlało. Szybko zweryfikowałam noworoczne postanowienia i zamiast ograniczenia palenia, ograniczeniu wina oraz byciu milszą dla domowników, stanęło na odchudzaniu.

Jest jeden problem, bo jest takie słowo, którego nienawidzę i które powoduje u mnie wysypkę i ogólne zniesmaczenie, to słowo to "musisz". Więc na nic diety od Pani Agaty, diety Atkinsa, Dukana i gwiazd Hollywood, na które "musiałabym" przejść na 17 miesięcy. Na nic radosne truchtanie po parku. W grę wchodzi tylko coś super extra cool. I coś dietetycznego z natury.Tajskie jedzenie. 

 

Na pierwszy ogień, poszła klasyczna zupa Tom Yum. Tylko nie jakieś fafarafa z mleczkiem kokosowym i na paście "Blue Dragon", ale zrywająca trzy warstwy z języka i niszcząca kubki smakowe zupa, której przepis wygląda, jak receptura organicznego środka chwastobójczego. Jest wspaniała, prawdziwie tajska, surowa i pachnąca. I ma 3 kalorie, bo składa się głównie z octu i chilli.

 

Dla 4 osób potrzebujemy:

2 świeże, posiekane, czerwone chilli z nasionami oczywiście

6 łyżek octu ryżowego

litr wywaru z warzyw albo kurczaka

2 laski świeżej trawy cytrynowej, potłuczone 

4 łyżki stołowe jasnego sosu sojowego

1 łyżka cukru trzcinowego

sok z połowy lemonki

2 łyżki oleju 

jedną pierś z kurczaka (drobno pokrojoną) albo/i 10 krewetek

400 gram pokrojonych grzybów, mogą być małe pieczarki, shitake, boczniaki

pęczek posiekanej cebuli dymki 

3 garście posiekanej kapusty pekińskiej (która będzie udawała bok/pak choi)

 

Zaczynamy od zalania chilli octem ryżowym. Odstawiamy do lodówki na godzinę w kwasoodpornym naczyniu.

W garnku gotujemy wywar, z trawą cytrynową, sosem sojowym, cukrem i sokiem z lemonki/limonki. Przez 30 minut.

Na patelni, albo na woku, podsmażamy szybko kurczaka i krewetki jeżeli są surowe. 

Do gotującego się wywaru dodajemy chilli z octem, grzyby, połowę posiekanej dymki i gotujemy kolejne 10 minut. 

Dodajemy zawartość woka.

Przed podaniem dodajemy krewetki - jeżeli kupiliśmy gotowane, kapustę pekińską i pozostałą dymkę.

 

Jedyną osobą przy stole, która się nie zakrztusiła i nie zaczęła jęczeć " Jessssuuu, jakie to ostre!!!" była Patka. Żelazna Patka.


20:51, gastromat , zupy
Link Komentarze (1) »