Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
czwartek, 24 listopada 2011

 

Wieść gminna niesie, że jestem leniwa. Do 30-stki starałam się walczyć z tą opinią, w końcu się poddałam. Natury nie oszukasz. 

Potrafię wstać 2 godziny przed wszystkimi, tylko po to, żeby się polenić. Potrafię ugotować obiad w 20 minut, a potem udawać, że ciągle się gotuje i znowu się polenić. Nauczyłam dzieci sprzątać i wmówiłam im, że to niezła zabawa. Męża chwalę za gruntowne porządki i potem patrzę jak odkurza za meblami. Pracując ze sławną siostrą, potrafię łazić po planie filmowym, w błocie, przez 18 godzin, tylko po to, żeby potem bezkarnie odpoczywać (czyli się lenić). Tylko, że leniem trzeba umieć być. Wymaga to organizacji i przygotowania. I odpowiedniej dawki trików. W innym wypadku, umarlibyśmy z głodu pod stertą prania i brudnych naczyń.

Podstawą jest tajemniczy rozkład dnia, tak żeby nikt nie był w stanie zweryfikować co właściwie robimy. Można wtedy spokojnie ukraść dla siebie godzinę czy pięć. Warto jest urządzić mieszkanie tak, żeby ciężko było zweryfikować czy jest czysto czy też może jednak nie. Odpadają podłogi na wysoki połysk i ciemne kafle. Nie można też, mieć zbyt pustych wnętrz, bo to wymaga odkurzania raz na parę dni, a tak wystarczy odkurzać przy okazji świąt. Cudownie sprawdzają się wszelkiego rodzaju kosze i pojemniki. Można w 5 minut wszystko tam wepchnąć i już. Posprzątane.

Pranie robię codziennie i wtedy wszyscy wiedzą, że zajmuję się domem. Kwestie prasowania ograniczyłam do minimum, a to co zostaje, zawożę do pralni i tłumaczę mężowi, że tak jest taniej i lepiej. Zdarza mi się przygotować banalną kolację dla znajomych i zwalić brak pomysłów i czasu na własne dzieci. Nawet jeżeli one w tym czasie, przebywają u dziadków. Więc jest to sztuka, którą ja opanowałam do perfekcji. Piszę o tym ze spokojem, bo tak naprawdę, na koniec dnia, wszystko i tak jest zrobione, załatwione, ugotowane i ogarnięte. 

Po powrocie Kuby z Chorwacji, zrobiłam u Piotra i Patrycji kolację, na którą zaprosiłam naszych przyjaciół, a oni swoich i Shreka. 

 

 

Kuba przywiózł z podróży delikatesy, miałam więc bazę w postaci fantastycznych włoskich salami, świeżego prosciutto, serów z Chorwacji i wina z Biedronki. I jedyne słuszne piwo na taki wieczór - Birra Moretti.

 

Żeby nie było tak biednie i bez inicjatywy, i żeby nie przeginać z wygodnictwem, postanowiłam, że przygotuję focaccie. Kiedyś piekłam je namiętnie, dla ciężarnej Majki, uznałam więc, że zrobię je z zamkniętymi oczami. I takie właśnie wyszły. Pośmialiśmy się nad płaskim plackiem, przyznałam się z gracją, że dałam ciała, więc Patka upiekła swoją i do tego quiche z pieczarek. Wspaniale prawda? Zrobiło mi się głupio, więc przygotowałam kolejną. Ta na szczęście wyszła. I tym oto sposobem, przyjęłam gości (nie u siebie w domu), wybawiłam się, nagadałam, poznałam Shreka, napiłam wina po kokardy, a to wszystko za cenę przygotowania włoskiego chlebka.

 

 

Na foccacie potrzebujemy:

kilogram mąki

pół litra ciepłej wody

opakowanie suchych drożdży ( 7 gramów )

czubatą łyżkę soli

łyżkę oliwy z oliwek

Na wierzch focacci potrzebujemy:

2 łyżki oliwy z oliwek

łyżkę wody

W kwestii smaku, mamy nieskończone możliwości. Ja zrobiłam z rozmarynem i solą morską, ale możemy dodać płatki chilli, czarny pieprz, pomidorki koktajlowe, bazylię, oliwki, etc.

 

W dużej misce mieszamy mąkę, drożdże, sól i wodę, wyrabiamy ciasto. Minimum 10 minut. W sumie to im dłużej tym lepiej, bo gluten z mąki się wytrąca, ciasto zyskuje na lekkości i ma lepszą strukturę. Odstawiamy na godzinę w ciepłe miejsce, żeby drożdże się nakarmiły i rozrosły w koloniach. Wyrabiamy jeszcze raz, żeby usunąć nadmiar powietrza. Smarujemy blachę oliwą, nakładamy ciasto. Patka robi małe placki, a ja kierowana lenistwem, jeden duży. Zostawiamy jeszcze na 40 minut, aż ciasto znowu urośnie. Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Ugniatamy focaccie palcami, tak żeby na wierzchu pojawiły małe wgłębienia. Wstawiamy do piekarnika. Pieczemy przez około 20 minut, ale lepiej się skupić (poleniuchować) i wpatrywać w ciasto, czy się aby nie przypala. Teraz w miseczce przygotowujemy mieszankę oliwy z wodą, najlepiej roztrzepać je razem, tak żeby uzyskać mleczną emulsję. Zaraz po wyjęciu, gorące ciasto smarujemy miksturą, posypujemy solą morską, rozmarynem, albo tym na co mamy ochotę.  

 

Ponieważ jest to w sumie czasochłonna ale nie pracochłonna potrawa, można w tym czasie pić wino albo kawę, siedzieć przed komputerem i oglądać House'a, rozmawiać na gadu z Madziulą. Po prostu morze możliwości, jak to się u nas w Gdyni mawia.

Aż się ciśnie na usta, "nie mogę spać, bo trzymam kredens"


19:12, gastromat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 listopada 2011

Mam dwie siostry i brata. Z bratem utrzymuję kontakty stosunkowo letnie, za to z siostrami, nad wyraz gorące. Jak w każdej szanującej się rodzinie, od wzmianki w kronice kryminalnej, ratuje nas fakt, że rozmawiamy głównie przez telefon. Kultywujemy wielopokoleniową tradycję kłócenia się w kółko o to samo. Są też oczywiście okresy dobre, w których nie możemy bez siebie żyć i te na szczęście występują zdecydowanie częściej.

Nasza najmłodsza siostra, wyjechała parę lat temu do słonecznej Skandynawii. Bardzo lubię Oslo, sama kiedyś tam mieszkałam, uznałam więc, że czas najwyższy, pokazać to niewiarygodnie piękne miejsce, mojej córce. Nasza najstarsza, super zajęta siostra, znalazła parę dni wolnego w swoim napiętym kalendarzu i spotkałyśmy się wszystkie nad fiordami.

Ciężko mi ocenić, czy Oslo jako miasto, zmieniło się przez te parę lat. Była taka mgła, że miałyśmy problem ze znalezieniem własnych dzieci na podwórku a co dopiero mówić o urokach architektury i krajobrazu. 

Za to miłym zaskoczeniem były sklepy z jedzeniem. Nie to żeby kiedyś, nie można było kupić jedzenia, problem w tym, że było go niewiele. Pamiętam, że szybko nauczyłam się obchodzić na przykład bez mięsa. Nie zrobiłam tego dla zdrowia, tym bardziej dla ideologii. Po prostu to, co można było kupić, było tak ohydne, że nie dało się tego jeść. Sztuczne wędliny w kolorze malinowym i napompowane mięso, wyglądające jak pomalowane farbami. Można było dostać tylko sznycle i białe kurczaki, w modnym kolorze "arktyczna świeżość". Rynek nabiałowy był zmonopolizowany przez jedną firmę - Tine. Były dwa rodzaje mleka, dwa rodzaje śmietany, jogurt truskawkowy i ser który smakował jak wędzone mydło. Z warzyw i owoców dostępne były głównie hiszpańskie ziemniaki oraz bezsmakowe, nowozelandzkie jabłka z naklejką. Po roku wróciłam chuda jak patyk i z objawami niedoboru żelaza we krwi. Za to miałam boskie włosy i fantastyczną cerę. Wszystko to zasługa ryb i owoców morza, które z wymienionych wyżej powodów - jadałam na śniadanie, obiad i kolacje. Nie piłam też wina ani żadnych innych alkoholi, ponieważ każdy kto był kiedykolwiek w Oslo, wie, że sklepy monopolowe są chyba dwa, otwarte przez 4 godziny dziennie i to dwa razy w tygodniu. 

Teraz jest szałowo.

Emigranci, którzy tam tłumnie przybyli, zwabieni bogactwem ropy naftowej, przywieźli ze sobą, całe dobro tego świata. A to, w połączeniu z dobrami natury zastanymi na miejscu, przeobraziło to pustkowie w coś na kształt kulinarnego Nowego Jorku.

W sklepie z radosnym hindusem za ladą, zobaczyłam skrzynki z kapustą bok choi, 50 rodzajów chilli, dojrzałe żółtawe mango wielkości arbuza i rzeczy o których nie miałam pojęcia, że są hodowane na świecie. W sklepie rybnym, rumiana norweżka, nienaganną, angielszczyzną, tłumaczyła subtelne różnice pomiędzy wielkością odwłoków w krewetkach.  Czyste szaleństwo. Czułam się jak Makłowicz w podróży. 

 

Na pierwszą kolację upiekłyśmy, mało oryginalnie- łososia. Był tak wspaniały, że można go było spokojnie zjeść na surowo popijając wodą z kranu. 



Za to drugiego dnia, na sławnym nabrzeżu Aker Brygge, kupiłyśmy dorsza. Ale nie takiego zwykłego dorsza którego pamiętamy z kotletów rybnych w przedszkolu. To był kawał ryby z głową. Pan rybak nie walczył z Unią Europejską, nie odławiał 20 centymetrowych dorszyków które właśnie odłączyły się od mamy. Za to miał kombinezon Helly Hansen i czapkę z dużym rondem. Koszt dorsza - 30 złotych. 

Po krótkiej wymianie zdań, dwóch kłótniach i butelce wina, zrobiłyśmy do niego marynatę z oliwy, soku z limonki, świeżego chilli, imbiru, czosnku i soli morskiej.

Włożyłyśmy go po prostu do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni, na 20 minut i zjadłyśmy widelcem, oszczędzając sobie ceregiele z talerzami i bon tonem. 

Teraz, kiedy moje siostry doprowadzają mnie do takiego szału, że mam ochotę zabić najpierw jedną a potem drugą, posiedziałabym na zamglonym tarasie i zjadła z nimi dorsza.

 

 

 

 

21:55, gastromat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 listopada 2011

 

No i po Beaujolais nouveau. W tym roku, wino było równie straszne jak w poprzednich latach. 

Tak się wczoraj złożyło, że Patka z Piotrem obchodzili 17(!) rocznicę ślubu, a Kuba wracał z zagranicznych wojaży, więc powodów do świętowania było aż nadto. Prawda jest taka, że nam niewiele trzeba, żeby siedzieć razem, pić wino i gotować, ale wczorajszy dzień był naprawdę wyjątkowy.

 

Po pierwsze, uważam, że to wspaniałe, że ludzie w tak młodym wieku, po tylu latach bycia razem, ciągle tak bardzo się kochają, maja dużo ładnych dzieci, fantastycznie wyglądają i są dla mnie niebywałym wsparciem i inspiracją. Jest to powód do radości i świętowania.

Po drugie, nie lubię jak mój mąż wyjeżdża. Głównie dlatego, że się denerwuję, bardzo tęsknię i niestety, trochę mu zazdroszczę. Za to uwielbiam jak wraca, w lodówce pojawia się szampan, prosciutto, parmezan, marcepan i inne różności. Pod ścianą stoi wino w ilościach hurtowych a dzieci siedzą obłożone słodyczami i wyglądają jakby miały kolejną wigilię w tym roku. To również jest powód do radości i świętowania.

Po takim wieczorze, kiedy ciężko się wstaje doświadczając skutków świętowania, wołowina w winie staje się potrawą magiczną. Jest trochę jak staropolskie remedium na kaca. Czym się strułeś tym się lecz. 

Ilości które podam, pozwolą nakarmić 4 osoby i jeszcze zostanie trochę do podjadania na zimno, z kawałkiem bułeczki.

 

Kilogram wołowiny pokrojonej w sporą kostkę, najlepiej takiej z tłuszczykiem. Ja użyłam udźca.

Kilogram szalotek albo czerwonej cebuli

3 łodygi selera naciowego

Puszka pomidorów

Łyżeczka koncentratu pomidorowego

Wołowina powinna się marynować co najmniej 6 godzin, idealnie jak poleży w lodówce przez noc.

 

Marynata:

duża szklanka czerwonego wina, nie ma co żałować

1/5 szklanki octu z czerwonego wina 

3 kawałki cynamonu

4 goździki

2 liście laurowe

4 ziarenka ziela angielskiego

łyżeczka gałki muszkatułowej

pieprz

wszystko pięknie razem mieszamy, zalewamy wołowinę i czekamy.

Jak wołowina się zamarynuje, odsączamy ją z winnej marynaty (płynu nie wylewać!) 

Na gorącej patelni obsmażamy ją partiami, przekładamy do garnka o grubym dnie.

 

Na tej samej patelni podsmażamy na maśle z odrobiną oliwy, cebulę i pokrojony seler, to również przekładamy do garnka.

Zalewamy wszystko czerwoną marynatą, dodajemy puszkę pomidorów i koncentrat.

Garnek przykrywamy, i gotujemy na wolnym ogniu przez prawie 2 godziny. 

Pod koniec solimy. Mięso wchłonie wino, cebula się rozpadnie zagęszczając sos, seler doda świeżości a cynamon spowoduje, że smak będzie intensywny. Poezja.

 

Dobrym remedium na kaca, jest poranny telefon od przyjaciółki, że jest w okolicy i wpada na kawę. Idę doprowadzić się do porządku!


08:44, gastromat
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 listopada 2011

 

Zadzwonił Pan z Festusa celem przypomnienia, że jutro wypada Beaujolais nouveau. W pierwszym odruchu, stałam spakowana i szykowałam się na zakupy winiarskie. Po chwili jednak dotarło do mnie, że ja przecież nie lubię tego wina. Jest cierpkie, bez wyrazu i czuć, że jest beznadziejnie młode. Marketing to jest jednak niebywała rzecz i z produkcji cienkiego wina uczyniono ogólnoświatowe święto. Odnalazłam w domu butelczynę tego wina i postanowiłam sprawdzić, czy po roku leżakowanie nada się do konsumpcji. Niestety, kwasowość narosła, wino podejrzanie zmętniało, i według moich standardów,  nadawało się ono jedynie do celów kulinarnych.

Poszłam na łatwiznę, zrobię wołowinę prawie Bourguignon. Ale nie taką zwykłą, tyko wielowarstwową, złożoną, wołowinę macerowaną w winie z cynamonem. Ponieważ mięso musi się marynować przez noc, napiszę jutro jak mi poszło.

 

Adieu!


22:01, gastromat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 listopada 2011

 

Przyszedł dzień w którym Mama Hania zdecydowała, że będzie szybować w kosmosie. Pozostawiła nam po sobie wielki smutek, morze łez i mnóstwo wspomnień. Była Mistrzynią Życia. To ona spowodowała, że nauczyłam się gotować. Przez 7 dni po jej odejściu jedliśmy tylko to co ona kiedyś jadła. Piliśmy to co ona piła. To było jak hołd. Nie paliłam świeczek jak Kasia, nie rzuciłam się w wir pracy jak Maja, gotowałam.

Przypominam sobie teraz nasze święta, łososia cioci, babcine uszka i Jej barszcz. Najlepszy, jedyny.

Zasada wigilijnej kolacji, przez lata była taka sama: kto nie zje barszczu - nie ogląda prezentów. Smak zupy otwierającej kolację, długo stanowił synonim kary. Po latach odkrywam go na nowo. Był wspaniały, pierwotny, bez żadnych udziwnień, dodatków i smaczków. Pachniał ziemią i czosnkiem. Cała Mama. Patrzyłam wielokrotnie jak go szykuje, jak kupuje ekologiczne buraki, jak mruczy pod nosem o chemii w jedzeniu. Ten zakwas to hazard, dlatego zawsze w odwodzie stał gotowy ze sklepu ze zdrową żywnością. Kocham tę zupę, jest parafrazą kuchni mojej Mamy, a jego kolor tak pięknie do niej pasował. Nie pamiętam jej przepisu, może za mało rozmawiałyśmy, może to ja jej nie słuchałam? Zmierzyłam się z nim parę dni temu. Doglądałam parę razy dziennie, czekałam na objawy zepsucia, podejrzane reakcje chemiczne, ale wyszedł! Miał piękny kolor wina i pachniał nieziemsko. Zakwas ideał! 

Po paru próbach doszłam do wniosku, że woda do kiszenia musi mieć smak mniej więcej tak słony, jak woda do kiszenia ogórków. Ale sól soli nierówna. Więc na nic proporcje, trzeba próbować. 

Nie wiem jak będzie wyglądała wigilia w tym roku, pewnie w związku z odejściem mamy wszystko stanie na głowie, założyłam więc wersję podstawową - 6 osób.

Potrzebujemy:

kilogram ekologicznych buraków,

1.5 litra wody mineralnej,

główkę polskiego czosnku (chiński czy hiszpański się nie nadają),

kamionkę do kiszenia,

1 łyżkę soli ?

Najpierw zagotowujemy wodę, rozpuszczamy w niej sól.

Buraki obieramy pamiętając, że cudownie barwią palce na różowo (można je odbarwić kwaskiem cytrynowym).

Kroimy na cieniutkie plastry, układamy w kamionce, dodajemy obrany czosnek i zalewamy przestudzoną osoloną wodą.

Kamionkę przykrywamy lnianą ściereczką i odstawiamy na parę dni. Po pierwszej dobie dodajemy skórkę z razowego chleba, uważając żeby nie miała miąższu. Miąższ się rozpuści, przybierze formę galaretowatą i będzie lipa.

Po 3-4 dniach sprawdzamy czy barszcz nie zmętniał, nie zapleśniał i czy nie pachnie podejrzanie. Mogą się pojawić pęcherzyki powietrza, ale to nic. Nie należy również martwić się kożuchem, ja go po prostu zdejmuję. 

Zakwas spokojnie wytrzymuje w lodówce przez parę dni, należy go uprzednio zlać (sam płyn), wyrzucić talarki buraków i można spokojnie czekać na wigilię. 

 

Żeby zakwas stał się barszczem, musimy na dwa dni przed wigilią, przygotować do niego wywar z suszonych prawdziwków. Ale o tym później.


środa, 09 listopada 2011

 

Zosia od paru dni dopytuje się co rano: "czy spadł już śnieg"? Łaskawy pogodowo listopad, zmylił nas co do długości trwania jesieni i nikt już nie wypatruje zimy znudzony szarością i pluchą. Dzieci są jednak czujne a bombardowane w telewizji propozycjami prezentów pod choinkę, wyczuwają bezbłędnie nadchodzące zmiany a co za tym idzie-mróz, sanki, święta i ferie.

Ja w ich wieku też czekałam na śnieg. Nie traktowałam go wtedy w kategoriach wroga czyhającego na moją kość ogonową, nie klęłam na szron z samochodowych szyb i do głowy mi nie przyszło zaprzątanie sobie główki wysokością rachunków za ogrzewanie. Ważne były narty, sanki, zjadanie śniegu z rękawiczek i jazda na butach w drodze do szkoły.

Pierwszy samodzielny wyjazd na narty zaowocował pierwszą miłością a kolejny odkryciem fantastycznej potrawy zwanej "pasterskim serem". Danie to posiadało milion kalorii i trawiło przez 3 dni. Składało się plastrów schabu, przełożonych szynką i serem, panierowanymi i usmażonymi na głębokim tłuszczu.  Na nartach nie byłam od dziesięcioleci więc postanowiłam odświeżyć wspomnienia kulinarnie. W wieku 13 lat można jeść wszystko i to w dowolnych ilościach, nie zaprzątając sobie zbytnio głowy słabnącym metabolizmem czy obwodem bioder, postanowiłam więc przepis ów, ciut odchudzić.

Dla 6 osób potrzebujemy

12 cieniutkich plastrów schabu ( może być cielęcina albo indyk )

6 plastrów prosciutto albo innej mocno pachnącej, suszonej szynki

6 plastrów wyrazistego sera  ( provolone, raclette, bursztyn )

listki szałwii, albo innych świeżych ziół

6 patyczków do szaszłyków

 

Rozbijamy delikatnie płaty mięsa, na wierzch każdego kładziemy szynkę, ser, zioła i znowu mięso, całość spinamy patyczkiem, tak aby wyglądem przypomniały maszt w łódeczce z kory.

 

 

Smarujemy oliwą z oliwek, solimy, pieprzymy i smażymy krótko na patelni bądź ruszcie. Ser ma tendencje do wyciekania spomiędzy mięsa, ale wolę to, niż kaloryczną panierkę.

 

 

Jest to tak szybka, prosta i uniwersalna potrawa, że zamierzam w przyszłości poeksperymentować z różnymi rodzajami mięsa, sera i ziół. Myślę, że kombinacja cielęcina z mozarellą i świeżą bazylią, może smakować rewelacyjnie i zadać szyku na każdym stole.

Gdybym tylko jadła cielęcinę!


16:16, gastromat
Link Komentarze (1) »

 

Po ostatniej wizycie w sklepie odkryłam z przerażeniem, że od wielu miesięcy eksploatuję te same dania. W zapomnienie odeszły foccacie które piekłam dla Majki, rosoły z pieczonych warzyw, i marynowane szynki. Ma to zapewne coś wspólnego z urodzeniem dwójki dzieci, które najchętniej cały czas jadłyby pieczonego kurczaka oraz zupę pomidorową. Co prawda wprowadzanie zmian w życiu, idzie mi średnio, postanowiłam więc zaprowadzić zmiany w kuchni. Zaczęłam od zapomnianej a jakże finezyjnej-zupy cebulowej. 

 

Klasyczna zupa cebulowa, gotowana jest na wywarze z cielęciny, problem w tym, że narodziny dzieci, wywołały oprócz monotonii kulinarnej, niechęć do spożywania innych dzieci. Więc ugotowałam ją na bulionie wołowo-drobiowym. Fajne w tym przepisie jest to, że wymaga on użycia aż dwóch rodzajów alkoholi. Białego wytrawnego wina oraz bardzo wytrawnego wermutu. Są to niewielkie ilości, więc resztę można po prostu wypić. Najlepiej w trakcie gotowania.

 

Dla 6 osób potrzebujemy:

kilogram białej cebuli (zwykła jest twarda i mało aromatyczna)

1.5 litra wywaru wołowo-drobiowego

po łyżce masła i oliwy z oliwek

liść laurowy

sól i pieprz

bagietka

świeży tymianek

20 dkg sera gruyer (i tu niestety nie oszukamy, musi być prawdziwy)

 

W płaskim rondlu roztapiamy masło z oliwą, dodajemy cebulę pokrojoną w cienkie plastry. Dusimy na małym ogniu przez około 45 minut, mieszając często i wypłakując oczy. 

 

Jak cebula zmięknie i trochę się skarmelizuje przekładamy ją do garnka w którym mamy zamiar ugotować zupę. Na dno rondla wlewamy po 170ml (około 3/4 szklanki) wina i wermutu. Przy pomocy drewnianej szpatułki zeskrobujemy pozostałości z dna rondla i gotujemy całość aż alkohole wyparują o połowę a zawiesina zgęstnieje. Następnie wlewamy je do garnka z cebulą, dolewamy bulion i gotujemy na małym ogniu przez około 15 minut.

W tym czasie możemy zacząć robić grzanki. Kroimy bagietki na plastry grubości około 1 cm, układamy na blaszce w piekarniku, smarujemy oliwą, posypujemy serem gruyer. Grzanki wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i wyjmujemy jak ser się rozpuści.

Do talerzy nalewamy zupę, dodajemy dwie grzanki na osobę, śliczny tymianek i posypujemy dodatkowo startym gruyerem.

 

Esz, wielki świat!


15:37, gastromat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 listopada 2011

Moja siostra kocha ubrania. Ale nie tak jak każda z nas, ona żyje z tego, że ubiera ludzi. Gdybym ja mogła wybrać sobie zawód, zostałabym zaopatrzeniowcem. 

Mogę na nic nie mieć ochoty, ale na zakupy żywnościowe pójdę zawsze. W deszcz czy skwar, jestem gotowa. Mam system i ścieżki po których się poruszam z wdziękiem i determinacją. Niestraszne mi duże sklepy przed świętami ani gdyńska hala w weekendowy poranek. 

Kiedy zaplanowałam, że ugoszczę i nakarmię naszych przyjaciół, ich dzieci i psy, ruszyłam do boju. 

Chodząc po sklepie odbywam proces twórczy, mamroczę pod nosem, zastanawiam się nad ramami czasowymi, preferencjami gości, uwzględniam wina i porę obiadu. Jestem w tym świetna. 

6 dorosłych, 5 dzieci i pies. 

Pomyślałam o kurczaku z ostrym chorizo dla dorosłych i zwykłych kotletach mielonych dla dzieci.

Jest to potrawa która robi się sama, jest szybka w przygotowaniu. Można stać w kuchni i pić wino nie stresując się, że coś nie wyjdzie. 

Na 6 osób potrzebujemy:

6 kawałków kurczaka, ja kupuję bioderka bez pałek, przekrojone na pół

2 kiełbasy chorizo ( około 300 gram )

1 bakłażana pokrojonego w grube plastry

1 cukinie pokrojoną w 5 centymetrowe kawałki

10 pieczarek 

3 czerwone cebule

można dodać pokrojone ziemniaki

Wszystko razem wkładamy do żaroodopornego naczynia, smarujemy oliwą z oliwek, doprawiamy solą i papryką. Jeżeli chorizo jest ostre to papryka powinna być słodka jeżeli łagodne to naturalnie papryka powinna być ostra. 

Całość wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 190 stopni na jakieś 45 minut, tak żeby kurczak się upiekł. 

et voila!

Do tego chleb duński z Bio Piekarni i marynowane zielonki. Było pięknie!

12:07, gastromat
Link Dodaj komentarz »