Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
środa, 20 listopada 2013

Ile razy słyszałyście, że czegoś nie wolno robić, bo skończy się to źle? Przy oglądaniu ilu filmów, wiedziałyście, że złowieszcza muzyka zwiastuje koniec miłych historii a mimo to oglądałyście dalej? Po którym razie wiedziałyście, że angażowanie się w rzeczy typu rozstania znajomych, ingerencja w kłótnie dzieci, czy zwracanie uwagi dresiarzom na ulicy, powinny być ostatnią taką akcją w waszym życiu? Ile razy słyszałyście, że jesteśmy tym co jemy a jadłyście chipsy i narzekałyście na stan bioder i cery? Niby wszystko wiemy ale jakoś tak wychodzi, że wychodzi źle i na koniec i tak jesteśmy zaskoczone.

Na pewno warto żyć zdrowo, pić zieloną herbatę z miodem i jadać siemię lniane. Opłaca się witać męża z ułożonymi włosami, mieć swoje zajęcia i hobby. Super jest robić karierę która nie koliduje z życiem rodzinnym. Cudownie mieć znajomych od których nic się nie chce a jak oni chcą od Ciebie, umieć asertywnie odmówić. Fajnie jest być "w punkt". Prawda jest jednak taka, że popełniamy te same błędy i miotamy się pomiędzy tym co powinno być a co tak naprawdę jest. 

Przez ostatnie parę tygodni, praca (bardzo miła), rzuciła mnie w miejsca gdzie jedzenie było podłe a nocleg twardy. Po dwóch tygodniach przebywania w ostrych warunkach, odkryłam zmiany na/w swoim ciele. Po raz pierwszy w życiu, zrozumiałam, że złe jedzenie, brak snu, i najpiękniejszy nawet stres, mogą powodować bardzo brzydkie skutki. I pojawiło się pytanie, jak sobie radzić? Kiszona kapusta? Cudownie, ale nie pomaga. Czerwone owoce? Jakoś tak nie bardzo. Łosoś na parze i jego zbawienne Omega 3 też nie działają. Więc co? Łatwo się rozwalić w parę dni i nie można się odbudować w 4 tygodnie? Przecież to bez sensu. Skoro mamy takie boskie organizmy, samoregenerujące się cuda natury, czemu tak łatwo się utytłać a tak ciężko się odbudować?

Czytając z uwagą artykuły o "życiodajnych" produktach myślimy sobie, że miska kaszy jaglanej rano, brak cukru na co dzień i codzienne ćwiczenia zmienią nasze życie. Ale nie do końca tak jest. Trzeba iść dalej. Połączyć to wszystko w jedną, spójną i konsekwentną całość. Nauczyć się odmawiać sobie nie tylko czerwonego wina, ale także natłoku złych myśli, wzajemnych zależności i samobiczowania. Mam wrażenie, że czasami prościej zrezygnować z trzeciej kawy niż z telefonu do kogoś kto, pogryzie, przeżuje i na wpół strawioną wypluje na chodnik. Więc jak detox to taki z prawdziwego zdarzenia a nie tylko kasza i ekologiczne warzywa. Wiem, że łatwiej powiedzieć trudniej zrobić. Przecież nie pójdziemy do szefa i nie przekażemy mu luźnej uwagi, że jest idiotą. Ale są ludzie i sytuacje, które w sumie wymagają jednej decyzji. Skoro ktoś nam nic nie daje a tylko zabiera-wyeliminujmy go, tak jak eliminuje się biały cukier. Skoro po winie czujemy, że nasza cera walczy o wodę to czemu pozwolić sobie na rozmowy które dostarczają zmarszczek? Totalna niekonsekwencja, której skutkiem są nieprzespane noce i kolejne nadprogramowe kilogramy. 

W związku z powyższym zapełniłam szuflady komosą, soczewicą i zasiałam jeszcze więcej ziół na parapecie. Tym razem będę konsekwentna. 

Sałata z komosą ryżową według Ottolengh'i.

szklanka komosy, ugotowanej na sypko

obrane i pokrojone awokado

pęczek rzodkiewek

garść rukwi wodnej

garść czerwonej bazylii

ugotowany we wrzątku przez 2 minuty świeży bób, zahartowany w lodowatej wodzie

Dressing, według Ottolenghi jest zbyt wyrazisty jak na nasze warunki, sok z całej cytryny, plus jej miąższ, rozgniecione z ząbkiem czosnku, łyżką oliwy i szczyptą soli. Jak dla mnie zdominował smak sałaty i wystarczy dać dwie łyżki oliwy i zrezygnować z cytrynowego miąższu i już jest cudownie. 

Komosę studzimy, mieszamy z pozostałymi składnikami, polewamy dressingiem. Wymaga trochę więcej pracy, niż zwykła sałata, ale warto. Jak detox to na poważnie. Żeby organizm nie dostał szoku, zjadłam ze smażonymi stynkami.