Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
wtorek, 27 marca 2012

Okazało się, że z góry nikt nie spadł, rusztowanie stoi, parapety są całe tak jak i chodnik pod nami. Każdy, kto mnie zapewniał, że wyburzenie takiej ściany nie grozi śmiercią i katastrofą budowlaną, miał rację. Hałas był umiarkowany, zostało sporo cegieł rozbiórkowych, słońce świeci, jednym słowem - same plusy. Widok na Gdynię się powiększył i moim oczom ukazała się łąka krokusów. Mogłam się tego spodziewać, bo Pani która w Moim Mieście zajmuje się tak zwaną "zielenią", przypomina mi Diarmuida Gavina, oczywiście nie z wyglądu, tylko z niekonwencjonalnych rozwiązań. Pola krokusów w centrum miasta, zagony słoneczników na Różowej drodze, brzozy w donicach. Szaleństwo, szaleństwo, szaleństwo. Próbowałam namówić Panów Piotrów na głęboką rozmowę z pogranicza architektury i nowoczesnych rozwiązań, ale jedyne co usłyszałam to "no, to będzie pani miała okien do mycia!". No tak, oni przez tą dziurę widzą garaże i za dużo okien do mycia, a ja zaczęłam łączyć fakty i wyszło mi, że skoro krokusy, że mycie okien, no to wiosna. A jak wiosna to i Wielkanoc. Wojtek się uparł, że muszę sama zakwasić zakwas na żur i tak długo mi o tym przypominał, że się poddałam i nastawiłam. Zajmuje to co prawda jakieś 4 minuty, ale w ferworze walki i remontu, poddałabym się dyktatowi Pań z hali i skorzystała z ich gotowców. Nie mam pojęcia co jeszcze będę robić, ale pomyślałam dzisiaj o jajkach z pastą łososiową. I co dalej? Pewnie zestaw obowiązkowy czyli mazurek, ale tylko kajmakowy, sernik bez niczego i chyba gęś, bo skoro mamy mało gości to taka gęś będzie akurat. 

Więc specjalnie dla Wojtka zakwas na żur

700 ml przegotowanej, letniej wody wymieszaj ze szklanką mąki żytniej, dodaj dwa ząbki rozgniecionego czosnku, wodę wlewaj powoli, inaczej robią się grudy. Odstaw na parę godzin, zamieszaj i przelej do słoja, kamionki, czegokolwiek co ma ścianki i co można przykryć z wierzchu lnianą ściereczką. Postaw w ciemnym miejscu na przykład tam w rogu, za ekspresem. Powąchaj po 4 dniach, jak pachnie żurkiem to fajnie, jak nie to poczekaj jeszcze ze dwa dni. I już.

Wywar do żuru. 

1,5 litra wody

około 700-800 gram wędzonych żeberek

dwie cebule

główka czosnku

marchewka, pietruszka, kawałek selera, spora garść suszonych grzybów

łyżka stołowa albo nawet dwie, chrzanu

250 ml kwaśnej śmietany 

2 łyżki majeranku

liść laurowy, 10 ziarenek pieprzu

Wszystko razem (za wyjątkiem śmietany i chrzanu) gotujemy w mniej więcej litrze wody, aż żeberka zmiękną. Jak wywar będzie za bardzo esencjonalny, to dolejesz wody, ale pamiętaj, że dodasz jeszcze zakwas, który w sumie też jest wodą. Jak już wywar będzie gotowy, włóż do niego białą kiełbasę (myślę, że wystarczy 6-8 sztuk) tak na 10 minut i pogotuj jeszcze. Wyjmij kiełbasę, odłóż żeby ostygła. Możesz potem część kiełbasy pokroić i dodać do zupy, a pozostałą upiec w piekarniku z cebulą, jabłkiem i odrobiną octu balsamicznego. Mięso z żeberek jest dla Maja. Teraz dodajemy zakwas żuru, mniej więcej pół litra, ja lubię "zabełtać" z mąką trochę, wtedy jest taki treściwszy. Gotujemy aż mąka się ugotuje (naprawdę) i nie będzie już smakowało surowizną. To ci zajmie jakieś 10-15 minut. Dodajemy chrzan i śmietanę. Dobrze jest śmietanę ogrzać chochelką żuru, żeby się wszystko nie zwarzyło. Resztę zakwasu, zwłaszcza tę mąkę, można odstawić do lodówki i użyć ponownie do kolejnego zakwasu (szybciej się kwasi).

Łosoś do jajek

250 gram wędzonego łososia (może być sałatkowy, i tak zostanie zblendowany)

110 gram serka typu Philadelphia

2 łyżki śmietany 18%

łyżka chrzanu

sok z połowy cytryny

po łyżeczce siekanego koperku i szczypiorku

biały pieprz, trochę soli, szczypta cukru

Wszystko za wyjątkiem koperku i szczypiorku blendujemy w blenderze, ale krótko, tylko tak żeby łosoś się rozdrobnił. Dodajemy zieleninę i sprawdzamy smak. Można to odchudzić na potrzeby pilota oblatywacza, ale nie wiem czy ma to jakikolwiek sens. I tak sobie dzisiaj spróbowałam i przepis może nie jest specjalnie odkrywczy, ale z ugotowanym jajkiem smakował divine. Zrobię jeszcze pastę z pstrąga, taką jak już robiłam do mezze - powinno być super.

Idę oglądać krokusy i robić zdjęcia dziury.

15:55, gastromat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 marca 2012

Przy akompaniamencie gruzu rozbryzgującego się o parapet i styropianowego deszczu, Panowie Piotrowie zaczęli usuwać fragment ściany pod nasze wielkie okno. Nie wiem dlaczego, ale ta część prac wywołuje u mnie przerażenie. Na nic zapewnienia mądrych tego świata, że to nie jest taka straszna operacja, i że wszystko pójdzie dobrze. Na nic kreślone przez inżynierów plany i przewidywany przebieg robót. Jedyne co widzę, to tona cegieł, która spada z 4 piętra, a za nią jeden z Piotrów uczepiony resztek rusztowania. I to wszystko na moich oczach. Z drugiej strony nie mogę doczekać się pełnego otworu i okna z widokiem na Gdynię. Znalazłam niedawno zdjęcie mojej kamienicy z majestatycznym polem pod oknami. Widziałam tych wszystkich ludzi, którzy mieszkali tu przede mną, a sympatyczny starszy Pan wytłumaczył mi kiedyś, że mieszkali tu robotnicy budujący kolej, a na tym polu rosły ziemniaki, którymi się żywili.  Myślałam o nich patrząc na 100 letnie śmieci pod drewnianą podłogą i uzmysłowiłam sobie, że Gdynia zawsze kojarzyła mi się z pracą. Moi rodzice poznali się w gdyńskim PLO, jeździli do pracy w Gdyni, większość wujków i ciotek pracowała w branży morskiej, wszyscy jeździli na halę gdyńską po gumę do żucia i niemiecką kawę. Babcia Kuby pracowała w zarządzie Portu Gdynia i wspominała statki z owocami i węglem. Moja mama pracowała krótko w firmie, która wywoływała dreszcz emocji u wszystkich dzieci, słynnym PolCargo, które odpowiadało, jeśli dobrze zrozumiałam, za kontrolę  ładunków przypływających do gdyńskiego portu. I to nie był tylko węgiel i stal, to były przede wszystkim dobra luksusowe tamtych czasów, czyli bakalie i owoce. Rewelacja! Więc naturalny podział był taki, mieszka się w Sopocie, a pracuje i robi zakupy w Gdyni. Dopiero teraz uzmysłowiłam sobie, że w Gdyni też się mieszka. Ja mieszam w Gdyni. Nie widzę już słodkich sopockich kamieniczek, widzę majestatyczne, praktyczne i jasne budynki z czasów rozwoju Gdyni i bardzo mi się ten widok podoba. Idąc wczoraj na zakupy rozmawialiśmy z Kubą o kolacji, a ponieważ mój mąż jest na granicy obłędu starając się spiąć w sensowną całość kolejne ekipy montujące cuda współczesnego świata, takie jak prąd i bieżąca woda, jedyne co mogę zrobić, to przystawać na jego zachcianki kulinarne. Oprócz makaronu z prawdziwkami, Kuba kocha polędwicę z gorgonzolą według przepisu Ryśków. Od słowa do słowa, zeszło na babcię, powiedziała kiedyś przy kolacji, że na M/S Stefan Batory przypłynęła gorgonzola. Było to dla niego równie klarowne, jakby powiedziała coś po koreańsku.

A teraz proszę bardzo, wiadomo czym ten ser jest i z czym się go je. Z polędwiczką wieprzową. Ta sympatyczna potrawa, może stać w piekarniku i czekać na gości. Można ją serwować z dodatkami, ale można też saute. W dużym naczyniu jak i w malutkich kamionkach i wtedy wygląda po prostu fantastycznie. Ciężko podać proporcje, bo polędwica polędwicy nierówna więc stosujemy podział matematyczny. Na plaster polędwiczki o grubości 3 cm, "wchodzi" różyczka brokuła, plaster pomidora i hojna łyżka gorgonzoli. 

Dla 4 osób, potrzebujemy:

dwie polędwiczki wieprzowe pokrojone na 3 cm plastry i rozgniecione palcami

3-4 pomidory pokrojone na 0,5 cm plastry

dwa brokuły krótko obgotowane na parze

300 gram gorgonzoli albo innego niebieskiego sera, wymieszane na w miarę gładką masę ze 100 gramami majonezu

łyżkę stołową soli selerowej

Plastry polędwicy obsmażamy krótko na patelni, solimy solą selerową, przekładamy do żaroodpornego naczynia (musi nam wyjść jedna warstwa)

Na to kładziemy brokuły, na brokuły pomidory, na pomidory masę serową i pieczemy w temperaturze 200 stopni około 30 minut. Można ją potrzymać dłużej w piekarniku, tak aż brokuły się rozpadną i zagęszczą sos serowy, a można (ja tak preferuję) doprowadzić tylko do rozpuszczenia sera i zachowania warzyw w zwartej formie. Trzeba wtedy uważać na "surowość" polędwicy, bo wieprzowina musi być upieczona i żadne tam krwiste kawałki nie wchodzą w grę. 

Idę dalej myśleć o Gdyni.

12:07, gastromat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 marca 2012

Musiałam zrobić coś dobrego w poprzednim życiu, bo prace na strychu przebiegają prawie gładko. Nie to żebym chwaliła dzień przed zachodem słońca i mówiła hop przed skokiem, ale tfu tfu odpukać, nie jest źle. Ekipa Piotrów uwija się jak w ukropie kując, szpachlując i dźwigając. Piotr od elektryki ma twórcze podejście do tematu i stosuje ciekawe rozwiązania. Sąsiedzkie emocje opadły, system mycia klatki opanowany został do perfekcji i nawet nowatorska metoda ocieplania pianką, zdała egzamin. Nie obeszło się bez tradycyjnych narzekań i tarć między wykonawcami, że elektryk mógł zacząć od drugiej ściany a hydraulicy zostawili bałagan, ale to są naprawdę detale. Patrząc przez okno i widząc słońce, zaczynam się nawet cieszyć, że to wszystko się już dzieje. Pewnie, że wolałabym ekipę z Extreme Makeover Home Edition, która zabierze mi klucz od strychu, wyśle na karaibskie wakacje, a potem pokaże gotowe cuda wianki oraz podaruje samochód, ale i tak nie mam prawa narzekać. W związku z tym, postanowiłam poświęcić więcej czasu na sprawy kuchenne, i zrobić potrawę której przygotowanie zajmie mi więcej czasu niż odgrzanie babcinych pierogów czyli gołąbki. Poza tym lubię gołąbki. To jest mój i Królewny soul food. Moje gołąbki przygotowywała mama, przykryte z wierchu spieczonymi liśćmi kapusty, te jego gotowały ciotki z Sosnowca, w sosie pomidorowym serwowane z ziemniakami. Jest jeszcze jeden powód dla którego zamieszczam ten przepis, on nie zawiera ryżu, więc idealnie nadaje się na obiad przy diecie niskowęglowodanowej, a na takiej właśnie, jest mój dobry duch z Lipowej, który każe mi myć podłogi jak mam doła. 

Najlepiej przygotować sobie wszystko na dzień przed gotowaniem, żeby nie parzyć rąk.

Potrzebujemy sporą główkę włoskiej kapusty (biała kapusta ma liście które lubią pękać, więc te karbowane liście włoskiej są praktyczniejsze) i obgotowujemy partiami. Czyli, usuwamy głąb, wkładamy kapustę do garnka z gotującą się wodą i jak liście z wierzchu zmiękną, wyciągamy, odkrawamy miękkie liście i dalej gotujemy, wyciągamy za jakiś czas odkrawamy kolejne miękkie liście i tak do momentu jak się nam skończy kapusta. Odkładam na durszlak, żeby troszkę obciekły. Łatwiej się je potem zawija. Musimy uważać, żeby nie rozgotować kapusty przed dalszą obróbką, i pamiętać, że one spędzą jeszcze trochę czasu w piekarniku. Głąb dzielimy sprawiedliwe na 4 części i 3 oddajemy rodzinie do pochrupania, jedną część chrupiemy same.

Teraz farsz. Ponieważ jest bez ryżu, potrzebujemy oprócz mięsa trochę grzybów. Na pół kilograma mielonej wieprzowiny, ja daję 30 dkg pieczarek pokrojonych w kosteczkę i uduszonych z jedną cebulą na maśle. Mieszam mięso z grzybami, solę, pieprzę i dodaję siekany koperek. Mniej więcej łyżeczkę.

Do tego dodaję dwa plastry wędzonego boczku, pokrojonego w kosteczkę i usmażonego.

Z każdego liścia "skrawam" z góry tą łodyżkę u nasady liścia. Nie wykrawam jej w całości, tylko tak skrawam żeby była cieńsza, unikniemy tym samym problemów przy zawijaniu i liść nie będzie "sprężynował". Patent babci Halinki.

Ponieważ nie umiem zobrazować jak się zawija gołąbki, mogę tylko założyć, że każdy widział jak robią to nasze matki i babki.

Najlepiej zacząć od największych liści, żeby się trochę "rozruszać". Zawinięte gołąbki obsmażamy partiami na patelni. I teraz są dwie szkoły. Mama Hania układała je w brytfannie i zalewała kombinacją rosołu i sosu sojowego w proporcjach - 3 szklanki rosołu i pół szklanki sosu sojowego. Do tego wrzucała trochę suszonych grzybów. Zalewała tym płynem gołąbki i piekła w 180 stopniach przez około 45 minut. I to jest fantastyczny przepis.

Ja robię je jeszcze w wersji klasycznej, dla Królewny, czyli obsmażone wkładam do naczynia żaroodpornego, pokrywam posoloną passatą pomidorową i piekę również przez 45 minut w 180 stopniach.

Najlepiej podać oba rodzaje, obiad nie będzie taki monotonny. Z gotowaniem jest tak jak z muzyką, wszystkie hity już powstały, ale to nic, u mnie w domu hasło "zrobiłam gołąbki" działa jak zaproszenie na bal do Opery Wiedeńskiej, wszyscy przyjdą, każdy zje i poczuje się wyjątkowo. 

11:33, gastromat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 marca 2012

Jako matka z 8 letnim stażem, mam dwie wąskie specjalizacje - rosół i pieczony kurczak. Rosół jak to rosół, w każdym domu jest inny i podawanie przepisu jest herezją i bezczelnym wkraczaniem w cudzą prywatność, bo ta wiedza przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. U nas w domu, dodaje się na przykład kiszony koperek. Czy ktoś używa kiszonego kopru w domu? My tak. Za to kurczak jest potrawą otwartą kulturowo i dosyć mocno eksploatowaną w naszym domu. Po pierwsze, unikam tym samym grymaszenia przy stole i rozmów z cyklu "Mamo co to jest? Mięso. A jakie? Wołowina. A dlaczego ono jest takie ciemne? Bo mięsko wołowe jest ciemniejsze niż kurczak. A dlaczego? Nie wiem, po prostu jest. A dlaczego nie ma kurczaka? I tak w kółko. Dlatego piekę tego kurczaka, gotuję ryż, piekę ziemniaki, daję bułkę i jest cisza. Dla mnie kurczak jest jak kaszmirowy szary sweter, zawsze elegancki i do wszystkiego pasuje. 

Wczoraj Zosia wyprawiała urodzinową kolację dla ciotek i wujków, więc pozwoliłam jej ułożyć menu. Po drobnych perturbacjach i tłumaczeniu, że kanapki z nutellą oraz racuchy z cukrem pudrem niespecjalnie nadają się dla dorosłych, stanęło na drobiu. Nawet mi to pasowało, bo ciągle siedzę psychicznie na budowie i najchętniej jadłabym w kółko zupę ogórkową, i to od babci, żeby nie musieć gotować. Ponieważ zakupy spożywcze zostały sprytnie wplecione w zakupy w Castoramie, musiałam udać się na nie z mężem. Chodzenie z mężem po sklepie kojarzy mi się parą, która przemierza hipermarketowo/halowe alejki w pewien charakterystyczny sposób. Układ jest mniej więcej taki sam - Pan stoi z koszykiem na szczycie regału, opiera się przedramieniami o poręcz wózka, a w głębi półek stoi Pani i się "konsultuje". Pan ma nieobecny wzrok, jest ciut znudzony i pooglądałby Kowalczyk na Jedynce, za to Pani, traktuje (tak jak i ja) całą sprawę bardzo poważnie. Taka randka "na siłę".Dlatego nie chodzę z mężem do sklepów, bo ktoś tak samo może pomyśleć o nas i pisze teraz na jakimś innym blogu, że widział parę w sklepie składającą się z koszykarza i krasnoludkowej, która odchodząc na dwa kroki, słyszała za plecami "Po co idziesz? Po makaron. Ale przecież jest makaron w domu! Jesteś pewien, że jest, bo chyba nie ma? Na pewno jest! No to jak nie będzie, to wyjdziesz i kupisz pod domem ok? W sumie to teraz nie wiem czy jest, to może weź ten makaron". 

Przeleciałam szybko listę zakupów i wyczytałam spomiędzy 3 x Cekol, 2 x pusz. z gruntem, 3 kurczaki z Podlasia i Gęś z postawionym obok pytajnikiem, omijając  zgrabnie pozycje z 30xpłyt osb i gips, zapr. tynk. reczny Goldband, globall taśm.pak.akryl.brąz, doczytałam, że brakuje w domu mleka, a zaraz za stelaż.podtynk 2,60 m znalazłam enigmatyczne, "coś do kolacji" i grzyby, które napisane z dużej litery wydawały mi się przez chwilę, preparatem na grzyby ścienne. Wzięłam eko kury, gęsi nie było, kaczki nie było, więc się chciałam skonsultować z mężem, czy brać coś w zamian, na co on, patrząc w sufit, stwierdził, że nie wie, że zje sobie jakąś kanapkę, bo przecież ON KUR NIE JADA! Jezu, przecież on nie jada kur! Zarżnęłam go tą kurą przez te 8 lat, wychodzi mu już dziurkami w nosie! Woli zjeść kanapki niż kury! Rozwód! Po krótkich pertraktacjach i używaniu często magicznego słowa "Kochanie", zaczarowałam go makaronem z prawdziwkami, który Kuba może jeść zawsze i wszędzie i nie rozumie dlaczego nie jemy go codziennie. Ba, dlaczego inni ludzie nie jedzą go codziennie! Przepis na żelazne danie mojego męża już się tu pojawiło, więc podam na tylko przepis kurkę.

Musiałam jakoś oszukać gości i zracjonalizować fakt, że będą sałaty z włoskim winegretem, który zrobiły Gosia z Kerry, rucola z parmezanem i oliwą, pieczone ziemniaki z czosnkiem, kurczak z cytryną i do tego.... makaron z grzybami. Nie pamiętam jak to zrobiłam, bo dużo się działo ale chyba nikt nie zwrócił na to uwagi. 

Kurczak z cytryną

Pół kostki masła, utarte/zmiksowane z otartą skórką z jednej cytryny, dwoma ząbkami czosnku i łyżeczką soli, trzeba wepchnąć pomiędzy skórę a mięso. Nie wiem, czy to klarownie brzmi, ale trzeba po prostu włożyć palce pod skórę na piersiach i oderwać takie małe ścięgienka (?) i w tą pustą przestrzeń nawpychać w miarę równo masło z czosnkiem. Nacieramy solą skórę, i już. Do środka kurczaka wkładamy połowę cytryny i dwie gałązki bazylii.

Kurczak z summakiem

Pisałam już, że od czasu kiedy Paulina zdradziła mi summak, jako magiczny dodatek do hummusu, ja dodaję go do wszystkiego. Po prostu oszalałam na jego punkcie! Więc bierzemy drugiego kurczaka, nic nie odrywamy, tylko nacieramy go obficie z wierzchu summakiem i solą morską. Tu również wkładamy połówkę cytryny i dwie gałązki mięty. Prawda, że proste? 

Pieczemy kurczaki, w temperaturze nie przekraczającej 130-150 stopni przez jakieś 2-3 godziny, w zależności od wielkości kurczaków, podlewając tym co się z niego wytopiło jak się nam przypomni, potem kolejne 15 minut w 180 stopniach, żeby skórka się zrumieniła. 

 

Ponieważ tak surowy jak i pieczony kurczak są mało fotogeniczne, Bogu dziękowałam, że zdjęć nie robił Piotr, bo umarłby chyba z braku koncepcji i weny twórczej. Dlatego umieściłam przykładowe zdjęcia kurczaka z summakiem i genialny tort od dziewczyn z www.wspanialetorty.blogspot.com, który został zjedzony w 30 sekund! Nie wiem czy tak wygląda klasyczny kinderbal, ale nasz był fajny. Teraz muszę zebrać siły na jutrzejsze potyczki budowlane, więc idę zażyć codzienną porcję neospasminy.

piątek, 16 marca 2012

Rano poczułam się jak w XIX wiecznym Paryżu. Wiosna za oknem, kawa na stole, a w tle-budowa wieży Eiffle'a. 

Ponieważ pozbawiamy naszą kamienicę fragmentu ściany szczytowej, celem wmontowania fantastycznej szklanej powierzchni, wywołującej zachwyt u naszych gości, trzeba było zamówić wzmocnienia stropów. Aby uniknąć sytuacji, w której doprowadzamy do największej katastrofy budowlanej ostatniego ćwierćwiecza, mąż zadzwonił do chorwackich przemytników (naprawdę) i zamówił dwie 360 kilogramowe sztaby. Pan Piotr z Panem Piotrem uznali, że dźwig jest dla mięczaków i oni sami je wniosą, ot tak po prostu, po schodach na 4 piętro. Przecież 130 lat temu, jakiś Pierre, dźwigał stalowe elementy na wieżę i nie miał do dyspozycji żurawia, a wieża stoi do dziś i ma się dobrze. Wiadomo, że na męską dumę i polskie "co? ja nie dam rady?", po prostu nie ma sposobu, więc spuściliśmy pokornie głowy i nawet zadeklarowaliśmy, że pomożemy. Okazało się, że samo zdjęcie szyn z samochodu przekraczało możliwości Pana Piotra, ale do odważnych świat należy i po dwóch dziurach w chodniku, udało im się "zwalić" (ciężko to nazwać zniesieniem) ustrojstwo z paki. Po konsultacjach z naszą panią konstruktor, co to wygląda jak Ania Rubik, dostaliśmy jej zgodę na przepołowienie szyn i wniesienie ich partiami. Uff. "Uff" trwało godzinkę bo okazało się, że nawet przepołowiona szyna waży ciut za dużo. Wyjrzałam z grzeczności przez drzwi, życząc powodzenia i z przerażeniem odkryłam, że ta gigantyczna masa stali została obwiązana czymś, co przypominało raczej niebieski bandaż, a nie poważny sznur, który udźwignie 150 kilogramów. Próżno było szukać jakichś bloczków czy kasków na głowach, a jedynym zabezpieczeniem, był  stojący na dole praktykant, który jak rozumiem, miał chyba złapać spadającą 360 kilogramową masę. Sądząc po okrzykach przerażenia, bandaż się rwał, Pan Piotr wykrzykiwał coś o szaleńcach i dam sobie rękę uciąć, że słyszałam przez chwilę płacz i szlochanie. Po godzinie walenia, w zabytkowe tralki na klatce, udało im się jakoś dotachać całość na górę i zapanowała cisza. W międzyczasie, przyszedł Pan z elektrowni zaplombować licznik więc chcąc nie chcąc, poczłapałam na górę. Podarte nitki bandaża fruwały majestatycznie w powietrzu, na potłuczonych schodach leżały resztki balustrady, a ze ścian spływała krew pomieszana z potem. Na strychu stała grupa sapiących mężczyzn, a w ich oczach czaił się strach. Drżącym głosem zapytałam Pana Piotra czy już skończyli i czy praktykant żyje. Na co Pan Piotr tryumfalnie oznajmił "no i jak Pani Kierowniczko? Da się? Da się!" po czym dodał uspokajające "Pani się nie martwi, to się zaszpachluje i nic nie będzie widać". Teraz czekam na nasze sąsiadki i samowładczych kierowników budowy, będą mieli tematy do rozmów na cały weekend.

Ponieważ miał być to blog kulinarny, dodam na koniec, że jutro Zosia ma urodzinowy obiad dla koleżanek, kolację dla dorosłych oraz śniadanie dla Ryśków w niedzielę. Więc się nagotuję po kokardy i może nawet zdejmę to aparatem.

18:13, gastromat
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 marca 2012

Parę lat temu, obiecałam sobie, że już nigdy, przenigdy, nawet za milion lat, nie będę już adaptować żadnego strychu, komórki, piwnicy, no po prostu niczego co wymaga choćby jednego zezwolenia i fachowców. Miałam plan, że raz na rok, pomaluję nasze mieszkanie (sama), na świeży i modny kolor, i to by było na tyle. Pojawienie się dzieci, zweryfikowało nasze potrzeby lokalowe, i rok temu, po wielkich bojach, przypominających jako żywo awanturę o krzyż smoleński, kupiliśmy strych nad nami.

W teorii, moja sytuacja życiowa jest inna niż 12 lat temu, kiedy po raz pierwszy adaptowałam strych. Teraz mam już męża,  pewną praktykę w "adaptacji pomieszczeń niemieszkalnych na mieszkalne",  jestem "otrzaskana" w przepisach, procedurach i pułapkach remontowo-budowlanych. W praktyce, po zaledwie 8 dniach od rozpoczęcia budowy, znowu mam 22 lata i kołyszę się nerwowo co wieczór, plując sobie w brodę i obgryzając paznokcie.

Przez pierwszy rok, bawiliśmy się z sąsiadami w złego i dobrego mieszkańca. Oni nas sądem i wieczną pokutą, my ich racjonalnymi argumentami, że skoro się zgodzili, to już trochę "po ptakach" i zawsze mogą się odwołać. I, że mimo wszystko ich lubimy. Po drodze pojawiła się Unia Europejska i jej "nowe dyrektywy" dotyczące składu farby, koloru i rozstawu poręczy, ilości robotników na budowie oraz ich zróżnicowania religijno-etnicznego. Na koniec doszła straż pożarna, która po 5 miesiącach audytu p-poż, kazała zburzyć naszą przedwojenną kamienicę, ponieważ ona nie spełnia absolutnie żadnych standardów i pali się żywym płomieniem od samego patrzenia. Jedynie Urząd Miasta i Pan Konserwator, zachowywali się ludzko i godnie. 

Plan był świetny, zakładaliśmy mariaż naszych dotychczasowych doświadczeń remontowych, ze świetnym gustem i dyscypliną finansową. Podczas wesołych kolacji z architektem, przy lampce wina, oglądaliśmy, szwajcarskie projekty loftów, zastanawiając się, czy Nowy Jork, już jest passe czy jeszcze nie.

Z każdym kolejnym miesiącem zamienialiśmy kolejno, podłogi z eukaliptusa na sosnę, meble z Mesmetric'a na Ikea, a farby Benjamin Moore, na Duluxa w promocji. Ze 100 calowego tv "Bang&Olufsen" przerzuciliśmy się na pożyczenie od teściów Unitry oraz radiobudzika.

Dlatego od 8 dni, o 8.00 rano, stają w moich drzwiach panowie z przyklejonym na stałe papierosem, pustym wiadrem na wodę i kablem od przedłużacza oraz obowiązkowym "dzień dobry pani kierowniczko". Zaraz po nich, pojawiają się sąsiedzi z pretensją, że po pierwsze zabrałam im strych który oni mieli "od powojnia" i na domiar złego, przeprowadzam tam remont. Około 10.00 pojawia się grupa ciekawskich pod oknem, która głośno komentuje jakość robót, naszą ekipę oraz postęp prac. Potem dzwonią Panowie "od gruzu" i każą przestawiać wszystkie samochodu na podwórku, bo nie mogą wjechać. Potem dzwonią śmieciarze, że teraz oni nie mogą wjechać.  Około 13.00 wymykam się chyłkiem po dzieci i traktując je jako żywe tarcze, wracam na pole bitwy wysłuchując głośnych komentarzy i pokrzykiwań na chodniku. Następnie wraca Kuba, z przyklejonym telefonem do ucha, i dzwoni do Panów "od gruzu", żeby zabrali samochód, bo nikt nie może wjechać. Dzień kończymy wizytą "pana kierownika ekipy budowlanej", który uzbrojony w specyficzny wyraz twarzy, przynosi kolejne faktury na jakieś absurdalne kwoty. Zamiast kolacji jest mycie schodów, zamiast lampki wina jest lampka neospasminy, zamiast oglądania tv, zastanawianie się czy potrzebujemy tak pilnie bieżącej wody, bo ludzie kiedyś jej nie mieli i, jakoś żyli. Po tych 8 dniach, odnoszę również wrażenie, że wszyscy nazywają się "Pan Piotr" i to do niego można się zgłosić z wnioskami, albo po wiadro.

Ponieważ wiemy, że jak przy każdym szanującym się remoncie, zaraz skończą nam się pieniądze, cierpliwość i wzajemny szacunek, jadę dzisiaj do babci Halinki, która przeżyła okupację, więc może podrzuci mi 10 sposobów na "tanie i smaczne potrawy z buraka i ziemniaka".

10:00, gastromat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 marca 2012

Pozostawiona sama sobie, na calutkie 26 dni, jadłam głównie chińskie zupki i suchy chleb, ale jak mąż powrócił z zaśnieżonych Bałkanów, a dzieci  z polarnych  ferii u dziadków, trzeba było zaopatrzyć lodówkę i przypomnieć sobie gdzie są garnki. Ponieważ Kuba oszalał, i przywiózł 18 kilo parmezanu, sto salami, wiadro oliwek i paletę wina, nie dało się inaczej jak tylko gotować po włosku. Do tego wszystkiego, przyszedł jeszcze Piotr F, który nie dość, że jest zdolnym architektem, to jeszcze się ściga, ma włoskie korzenie i skład wina pod peżotem. Ale nie jakieś tam merloty, tylko rubinowe cuda, do których konieczny był dekanter, skupienie i mlaskanie. Jeżeli zew podróży, porwie kogoś na Sardynie (ja się nie wybieram, bo się boję wysp, no chyba, że chodzi o wyspy z palmami wtedy przełamuję opór) to proszę sobie, nawet nie kupić, tylko nakupować, tego oto wina: http://www.sellaandmosca.com/sella-and-mosca-marchese-di-villamarina.asp#.Tzjm1Od6WRE.facebook. To będzie najlepiej wydane ileśtam euro w Waszym życiu. Więc z takim winem, z takimi przyjaciółmi i z taką zawartością lodówki, zabrałam się za gotowanie włoskich zrazów, czyli braciole. 

Nie jest to jakoś specjalnie skomplikowana potrawa, ale przepisy się różnią i ciężko się na coś zdecydować. Były takie z jednego kawałka mięsa, były takie co miały prosciutto, piniole i miętę. Zrobiłam więc dwie wersje, zaprosiłam zestaw obowiązkowy gości i czekałam na opinie. Niczego mądrego się nie dowiedziałam, bo Wojtek wolał gotowane, Piotr F wolał pieczone, mój tato był w szoku że umiem gotować, Piotr L jadł to pierwszy raz w życiu, a Kubie było obojętnie, jadł i kiwał głową, że super. Ja się skłaniam bardziej do opinii Piotra F, że chyba lepsze pieczone. Ale w sumie, te gotowane też były pyszne, nie wiem, nie wiem, ciężki wybór. Jedno jest pewne, super smakowały z focaccią i rucolą. No i z winem. Okazja była idealna, bo oprócz powrotu męża, Jasiek miał urodziny. Zaskoczył mnie tym, że w styczniu miał 7 miesięcy a 3 marca kończył 4 lata i gotował razem ze mną. Niebywała rzecz. 

Dla 5 rosłych mężczyzn i jednej mnie, potrzebujemy

2 puszki pomidorów w całości, bez skórki

4 kartoniki pomidorów pokrojonych w kostkę

4 cebule

główkę czosnku (pół do sosu drugie pół do nadzienia)

patyczki albo inny przyrząd do zatrzymania zrazików w jednym kawałku 

kilogram wołowiny zrazowej pokrojonej na plastry i rozbitej do granic możliwości

dwie szklanki  nadzienia które robi się mniej więcej tak 

30-40 cm bagietki "z wczoraj" miksujemy w blenderze ze szklanką parmezanu albo peccorino romano (mało czuć różnicę), dwiema czubatymi łyżkami natki pietruszki i 10 listkami świeżej bazylii. Na koniec dodajemy (już nie miksujemy) utarty z oliwą czosnek (sporo tego czosnku, ja dałam 6 ząbków, bo teraz czosnek jest ciut bez smaku). Miksujemy tak, żeby bułka się rozdrobniła i połączyła z serem a zioła pozostały w małych kawałeczkach. 

Na każdym plastrze wołowiny rozsmarowujemy nadzienie z bułki, zawijamy jak zrazy albo w rulonik jeśli plaster jest za mały (ja tak miałam) i spinamy wykałaczką/obwiązujemy sznurkiem/nie robimy nic i się modlimy żeby się nie rozpadły

Obsmażamy na patelni (bo niby na czym mamy obsmażać)

W duuuuużym garnku, szklimy na oliwie czosnek i cebulę, dodajemy wszystkie puszki i kartoniki z pomidorami (najlepiej otwarte), dodajemy sól i cukier. Nie wiem ile, na oko 2 łyżki soli i łyżkę cukru, ale jest szansa, że dałam więcej. Trzeba próbować i tyle. Gotujemy sos 5 minut i wkładamy do niego (bardzo ostrożnie) zrazy, gotujemy na mini ogniu aż będą miękkie (1-1.5 godziny). Dolałam trochę wody w trakcie gotowania, ale nie wiem czy to jest konieczne. Dolałam i już.

Jeżeli bliższa wam jest wersja Piotra F, z pieczeniem, to trzeba te zraziki przełożyć do żaroodpornego naczynia, polać sosem z dużego garnka, przykryć folią, i piec przez około godzinę w 190 stopniach.

Chciałam w tym miejscu przeprosić moich fanów "gotowania i picia wina w tym samym czasie", że mało ostatnio pisałam o potrawach z winem. Możemy się umówić, że potrzebujemy do tego sosu lampkę carmenery którą dodajemy na początku gotowania. A z pozostałą ilością można zrobić dowolne rzeczy. Ponieważ jednak, czerwone wino nie powinno stać otwarte dłużej niż parę godzin....