Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
środa, 27 marca 2013

Dzisiaj z zupełnie innej beczki. 

Raz na jakiś czas, zdarza mi się opuścić rodzinne pielesze i udać do Warszawy. Tam, na różnych planach filmowo/reklamowych udaję, że pracuję nosząc torby z IKEA pełne ubrań i paląc prasowane koszule. Jest z tego dużo śmiechu, wstawanie o absurdalnych godzinach i wysłuchiwanie komend reżysera w stylu "Robert, czesz wąsa" albo "czy można rzucić tę kurę z lewej strony roweru". Z czyjejś potrzeby, zainteresowania, ze zlepku scenek, ustawień kamery, statystów, ubrań, pudru i oświetlenia powstaje 10 sekundowe cudo. Ale poprzez pre-produkcje, produkcje i post-produkcje, odbywa się to cudacznie. 

Na przykład fakt, że piwo pewnej marki, nie jest dość piwne i trzeba użyć innego. Albo, że czesi grają polaków, a niemcy czechów. Droga do pubu jest w rzeczywistością ulicą w Klasztorze Szarytek, a -20 stopni o 4.00 nad ranem w Warszawie imituje Kazimierz nad Wisłą popołudniową wiosną.

I po powrocie pomyślałam, że to podobnie wygląda w domach ludzi co prowadzą blogi (w moim na pewno). 

Najpierw mamy pomysł na potrawę. Czekamy na odpowiedni moment, czyli odpowiednich gości i zaczynamy. Ciężko przecież podawać przepis na zupę pomidorową z literkowym makaronem, albo w odwrotnej kolejności, karmić dzieci krabem w cieście. Umawiamy się więc z ludźmi i karmimy ich nową rzeczą. Wychodzi nam grupa docelowa. 

Potem szukamy pomysłów na wykonanie potrawy. Można poczytać o piecach tandoori, ale co z tego? Przecież ich nie wybudujemy na potrzeby jednego wpisu.  Szukamy czegoś, co można kupić, przygotować i zjeść. To się nazywa pre-produkcja.

Potem pojawia się kwestia zdjęć. Większość z nas blogerek wie dokładnie kiedy mamy tzw. "golden hour" w naszej kuchni i kiedy warto robić zdjęcia. To są zdjęcia, produkcja i czesanie wąsa przez Pana Roberta. 

Potem mamy post-produkcję. Czyli ze zdjęć zrobionych w golden hour wybieramy jedno, pamiętamy co nam mówił fotograf co to wyjechał do San Francisco, sprawdzamy jeszcze raz przepis i mamy gotowy post na blogu. Ufff. 

Tak na marginesie, czy wiedziałyście, że istnieje taki zawód jak stylista piwa? Istnieje, jest niemcem, mikserem emulguje coś w pojemnikach, dolewa do wypastowanych szklanek, umie je oszronić i ustawić na barze tak, że napis jest najbardziej czytelny. Zarabia milion na godzinę, jest super zasadniczy i z nikim nie rozmawia.

Ergo, nie martwcie się, że Wasza potrawa nie wygląda jak ta na zdjęciach. Może nie do końca smakuje tak jak sobie wyobrażałyście. Za tym zdjęciem stoi ekipa ludzi, panowie od oświetlenia, produkcji, sponsorzy, super panie od toreb IKEA i pudru, a przed zdjęciem stoi ktoś, komu się ono podoba. Albo i nie. Ale warto próbować. I pamiętajcie, że większość zdjęć Wielkanocnych powstaje w grudniu, dania są opryskane oliwą i po zdjęciach lądują w lodówce, czekając na przyjście gości. 

Wesołych Świąt!

22:31, gastromat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 marca 2013

Dawno mnie nie było, ale działo się działo. Wszystko i nic, razem i z osobna. Jednym słowem, "zmiany, zmiany, zmiany". A może i nie?

To jest teraz nieistotne, istotne jest to, że idzie wiosna, a moje dzieci rosną i obchodzą marcowe urodziny. Jak były zupełnie malutkie, kinderbale ograniczały się do obiadu dla dziadków i torciku Jola z cukierni Sowa w niedzielne popołudnie. Teraz dzieci urosły, zmężniały, mówią do mnie z rana "dzieńdoberek", a przede wszystkim - obrosły w małych przyjaciół. A mali przyjaciele niosą za sobą rodziców. Tak jak Jasia urodziny były w wersji lekkiej, taki trochę trening, to Zosia poszła po przysłowiowej "bandzie". Z 9 (sic!) letnią córką wyszło tak, że w weekend przyjęłam w domu 31 osób! Piątkowa kolacja była malunia, ograniczyła się do przygotowania opadniętego sernika (dobrze, że Gosia tego nie widziała), musującego wina i mojej ukochanej ciotki Dzitki. Sobotnia kolacja była "delafon delafick", z pewną uroczą i bardzo elegancką parą. Za to w niedzielę był Armagedon. 26 osób! Czym ugościć 26 osób?! Nie mam nawet odpowiedniej ilości talerzy, że o krzesłach nie wspomnę. Wymyśliłam bufet Tex-Mex. W całej swojej przebiegłości postawiłam na skrzydełka bbq, placki tortilli, ostrego kurczaka, nachosy z serem, hummus i guacamole od Wojtka. Stanęło na tym, że dorabiałam jedzenie na bieżąco, robiłam sałatkę z "włoszczyznowej" kapusty i kolendry, a Fortuna z Olą to już wogóle jedli śledzia z cebulą.

I śmieszne to i straszne, ale już się wydarzyło, goście chyba zadowoleni, a czasu nie cofnę.

Ale kolację skradło carpaccio z buraków, banalna potrawa, której smak zmienił ocet balsamiczny z figami kupiony w znanym dyskoncie na "L". Nie jestem wielką fanką octu balsamicznego, ale ten jest cudowny! Pieczone buraki, z serem feta zamiast koziego, polane lemonkową oliwą i wspomnianym octem figowy, uczyniły wieczór doskonałym. 

Na milion, osób potrzebujemy:

3-4 średnie buraki (duże są niesmaczne i źle się je kroi, te małe są za małe i też się je źle kroi)

skórka otarta z dwóch cytryn albo limonek

250 ml oliwy z oliwek

sól morska i pieprz 

piękne krople octu z fig

ser feta 

rucola albo botwina (ja miałam białą, która się pięknie hoduje na parapecie okna)

Buraki myjemy i teraz znowu dwie szkoły, pieczemy albo gotujemy. Do miękkości. 

Do oliwy ścieramy skórkę z cytrusów. Zostawiamy na minimum 2 godziny.

Wystudzone buraki obieramy i kroimy na naprawdę cieniutkie plastry. 

Posypujemy pokruszonym serem feta (nie Apetina, bo jest oszustwem, to już lepiej Mlekowita albo na wagę)

Układamy plastry buraków na rucoli/botwinie. Polewamy połową oliwy z cytryną (resztę wykorzystałam jako dressing do sałaty, pyszny i świeży)

Polewamy octem figowym

Skrapiamy sokiem z cytrusów

Solimy, pieprzymy

 

Nigdy nie lubiłam carpaccio z buraków, ale to jest inne. Przez brak klasycznego ostrego octu balsamicznego i koziego sera, spełniło moje oczekiwania i wyrosło na króla i królową cudownego balu, za który jestem wdzięczna polskim burakom, zdrowym, pysznym i jak się okazało - bardzo finezyjnym!

Dzieci cudnie rosną, a ponieważ Ania jest znowu w ciąży, nie będzie mi brak zapachu mleczka i kwilenia niemowlęcia.  Ponoszę sobie w październiku pewną piękną istotkę. W związku z tym moje piękne, mądre dzieci, mogą rosnąć, pyskować, mieć swoje sprawy i wielkie piękne urodziny.