Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
czwartek, 26 kwietnia 2012

Moja piękna, mała córeczka, jest na tyle duża, że za dwa tygodnie przystępuje do Pierwszej Komunii. Ponieważ ciągle działam w trybie "hurraoptymizmu", zdecydowałam niefrasobliwie, że obiad komunijny przygotuję w domu. Nie martwię się o Panów Piotrów i termin oddania mieszkania, wiem, że dadzą radę. Muszą dać, uprzedziłam ich, że w przypadku tak zwanej "obsuwy", obiad komunijny będzie miał miejsce w domu jednego z nich. Martwię się o logistykę podawania potraw. Po prostu nie chcę stać cały czas w kuchni i zerkać nerwowo na zegarek. W związku z tym, od paru dni, pieczołowicie próbuję potrawy, które będą: 

a) uniwersalne

b) spodobają się Zosi i naszym gościom

c) ich przygotowanie nie jest zbyt skomplikowane

d) mogą stać i czekać na podanie

I to wcale nie jest takie proste. Teoretycznie, mogę upiec 5 kaczek oraz zamówić tort, cały urok w tym, że obiecałam Zosi biało-różowe menu, biało-różowy stół i biało-różową atmosferę. Póki co, opracowałam przystawkę, uważam, że jest piękna i bardzo smaczna. I może stać od piątku w lodówce. Ba, ona musi stać 2 dni lodówce! Łosoś w buraczkach. 

Dla 15 osób potrzebujemy:

filet z łososia, ze skórą ale bez ości 

szklankę soli morskiej

dwie łyżki cukru trzcinowego

3 buraki, obrane i pokrojone na cieniuteńkie plastry (ok.300 gram)

50 ml wódki

cytrynę (sok plus otarta skórka)

3 łyżki stołowe utartego chrzanu, musi być surowy

Filet z łososia kładziemy skórą do dołu na folii spożywczej. Nacieramy solą morską, cukrem, chrzanem, polewamy wódką i sokiem z całej cytryny, posypujemy skórką cytrynową i burakami pokrojonymi w plastry. Nacieramy najmocniej jak się da. Owijamy szczelnie folią i na wierzch kładziemy duży talerz z obciążeniem (słoiki z dżemem, zapeklowana kaczka, no w każdym bądź razie coś bardzo ciężkiego) i wkładamy do lodówki. Po paru godzinach, odlewamy soki, uważając, żeby nie wyrzucić buraczków z dodatkami. Trzymamy w lodówce mniej więcej półtorej doby. Czyli, wstawiamy w piątek do lodówki, wyciągamy w niedzielę komunijną rano, kroimy na cieniuteńkie plasterki i podajemy z rucolą. Potem możemy nalewać zupę - rosół z pieczonych warzyw. Ale o tym za parę dni. Muszę dopracować szczegóły. A tak naprawdę, to muszę się zastanowić, czy obiad nie będzie jednak u Panów Piotrów. 

21:09, gastromat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Z powodu końcówki remontu, po raz pierwszy, od wielu wielu lat, spędzimy długi weekend majowy w mieście. Ponieważ kawa nie wyklucza herbaty, zrobimy majówkę bez majówki.  Zamiast malowania słupków na tarasie, będziemy malować meble dzieci, zamiast dosadzania krzaków, przesadzimy kwiaty po przeprowadzce. Zamiast grilla na tarasie, zrobimy "grill" w piekarniku. Widok na Gdynię zastąpi widok na jezioro. I bardzo się z tego cieszę. 

Ten pierwszy majówkowy grill, zawsze był specjalny, zwiastował lato i wszystko co najlepsze. Postaram się, odtworzyć go w centrum miasta.

Tak naprawdę, to na wsi zazwyczaj grilujemy, pewne znane kiełbaski pieprzowe, z pewnego znanego sklepu, ale na to nie potrzeba przepisu. Postanowiłam więc, zaczerpnąć ze źródełka wiedzy mistrzów czyli amerykańskiego bbq. Lektura przepisów na podstawowe sosy, zajęła mi dwa dni. Co tam się dzieje! Czyste szaleństwo! Kentucky style, Alabama style, do żeberek, do kurczaka, z sokiem jabłkowym, bez soku jabłkowego. Nie wiedziałam od czego zacząć, więc zaczęłam od początku. 

Klasyczny "Kansas city rib sauce"-mój absolutny faworyt (póki co, bo ja się dopiero rozkręcam w tej materii)

potrzebujemy

1 szklankę ketchupu, ja użyłam "Heinz first harvest"

1/4 szklanki wody

1/4 szklanki octu jabłkowego

1/4 szklanki melasy z buraków albo ciemnego cukru

3 łyżki oliwy z drugiego tłoczenia

2 łyżki słodkiej papryki 

1 łyżkę sproszkowanego chilli

1 łyżeczkę pieprzu cayenne

2-3 zgniecione ząbki czosnku

łyżeczkę soli

W garnku o grubym dnie, podsmażamy czosnek na oliwie aż się niebezpiecznie zabrązowi (ryzykowne, ale o dziwo pasuje), dodajemy resztę składników i gotujemy na wolnym ogniu przez 15 minut. Pycha!

St.Louis BBQ sauce-równie pyszny, acz delikatniejszy

potrzebujemy

2 szklanki ketczupu

1/2 szklanki wody

1/3 szklanki octu jabłkowego

1/3 szklanki brązowego cukru

2 łyżki ostrej musztardy

1 łyżkę sproszkowanej cebuli

1 łyżkę sproszkowanego czosnku

1 łyżeczkę pieprzu cayenne

Wszystkie składniki gotujemy na wolnym ogniu przez 30 minut. 

Użyłam sosów na dwa sposoby, zamarynowałam w nich skrzydełka kurcząt, zostawiłam w lodówce na parę godzin po czym piekłam w piekarniku przez 30-40 minut, potem podkręciłam temperaturę do 230 stopni, poczekałam aż się zrumienią i będą wyglądały jakbyśmy właśnie zdjęli je z ogrodowego grilla. Resztę sosów pozostawiłam do "maczania". 25 osób zjadło 1,5 kilograma skrzydełek, 3 kilogramy pieczonych ziemniaków i 3 kilogramy pomidorów z fetą i bazylią. Słońce świeciło na prowizoryczny stół, Gdynia odbijała się w oknach, deszcz pachniał wiosną, mieszkanie cekolem, kable wystawały ze ścian a na środku stałam ja, szczęśliwa i wzruszona:) Niech żyją miejskie majówki i remonty!

18:57, gastromat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 kwietnia 2012

Po ciężkawych świętach, mąż kazał mi się "wyluzować". Spędziłam więc wtorek na kanapie, dojadając resztki mazurka i oglądając Top Chef na kuchnia.tv. Uczestnicy gotowali potrawy w jakiejś kalifornijskiej winnicy i wyglądało to bajecznie. Nie jestem w stanie nawet przypomnieć sobie co takiego przygotowali, ale byłam oszołomiona.  I nagle doznałam olśnienia, na które czekałam tyle lat! To co nas otacza, powinno być inspiracją a nie dosłownym przekazem wpędzającym nas w kompleksy. Można posłuchać tych wielkich kucharzy, zrozumieć ich kunszt i opinie krytyków, ale do głowy nam nie przyjdzie odtworzenie tych potraw w domu. Można obejrzeć wspaniałe wielkanocne stoły spod reki Marthy Stewart, ale stresowanie się, że nasz tak nie wygląda, jest bez sensu. I to jest właśnie moje wyzwolenie! Gdybym podała wczorajszą sałatkę z programu Top Chef (ugotowany burak z ugotowaną marchewką polane pesto z natki marchewki) mojej rodzinie, prędzej bym się spodziewała pytania "co to jest???" niż pytania "czy mogłabym opisać skąd moja inspiracja do użycia tak prostych acz wyrafinowanych produktów, których smak podkreśla pora dnia, a wino Pinot Grigio zamyka ten smak w spójną całość". Czymże bowiem jest sałatka z ugotowanego buraka, połączonego z ugotowaną marchewką i polana sosem ze zmiksowanej marchwianej naci. W amerykańskim programie, na tle wzgórz i zachodzącego słońca, to jest coś super. Oczywiście można się stresować, że nie umiemy przygotować musu z jeżowca z jakąś nutą, tylko po co? Można kibicować Kevinowi i podziwiać krajobrazy a w tym samym czasie ugotować barszcz babci Halinki który podziwia nasza rodzina. Kawa nie wyklucza herbaty jak mawia klasyk i nie ma co się wpędzać w kompleksy.

Ta zupa jest wspomnieniem lata, czasów kiedy mięso było na kartki a grządki buraków rosły koło wanny wypełnionej deszczówką. 

Potrzebujemy:

litr wywaru z warzyw, dosyć intensywny, ale bez dodatku przypraw typu liść laurowy

5 buraków wielkości piłek tenisowych, nieobranych i ugotowanych w całości w niewielkiej ilości wody (zajmuje to mniej więcej 45 minut i wymaga dolewania wody)

4 ziemniaki obrane i pokrojone w kostkę

2 łyżki kwaśnej śmietany

łyżka utartego czosnku

łyżka koperku

pół łyżeczki lekkiego octu lub szczypta kwasku (sok z cytryny powoduje, że zupa pachnie deserowo)

sól

Kasia lubi polać zupę rumianymi kawałkami boczku, też fajnie

Ugotowane buraki obieramy ze skórki, i jeszcze ciepłe ścieramy na tarce o dużych oczkach. Zakwaszamy buraki nie straciły koloru, dodajemy czosnek, cukier, sól i zalewamy ciepłą wodą, tak żeby przykrywała je w misce. Chodzi o to, żeby buraki oddały jeszcze trochę koloru do wody którą potem dodamy do zupy. Czekamy aż buraki wystygną. Ziemniaki gotujemy w wywarze i jak już są prawie miękkie, skręcamy ogień na minimum i dodajemy buraki razem z wodą w której leżały. I teraz są dwie szkoły, moja ciocia dodaje tylko połowę buraków i całą wodę, ja dodaję całość, wtedy zupa jest gęstsza. Wlewamy śmietanę (można dodać do niej łyżkę stołową mąki, ale to nie jest konieczne) i koperek. Wyłączamy gaz. Zupy nie wolno zagotować, bo buraki zrobią się brązowe. Ale można ją delikatnie podgrzewać. Ponieważ zupa ma bardzo intensywny kolor najlepiej podawać ją na ceracie albo jeść jak mango w wannie, bo na pewno wyleje się z talerza, zachlapie ulubioną białą bluzkę i skapnie na obrus po babci.

I tak wyluzowana idę do moich Panów Piotrów, podziwiać moje mieszkanie i cieszyć się, że mam widok na odnowiony budynek znanej firmy i nie martwić się, że nie mam widoku na kalifornijskie wzgórza.

11:38, gastromat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 kwietnia 2012

Nie mam czasu gotować, pić kawy, zajmować się dziećmi, nie mam na nic czasu, ponieważ Panowie Piotrowie mają budowlane ADHD i czas się pakować na okoliczność przeprowadzki. Obejrzałam jeszcze puste mieszkanie w piątek rano, pojechałam z Kubą do IKEA, wróciłam po południu i otwierając z impetem drzwi wpadłam na ścianę. Człowiek wyjdzie na chwilę, a tu mieszkanie stoi. Praca wre. Kurz osiadł, a Pan Piotr zaczął się nawet delikatnie uśmiechać. Nie wiem czemu te ściany tak mnie szokują, niby rozumiem, że Panowie się tego uczyli, skończyli w tym kierunku jakąś szkołę, że są teraz super profile i karton gipsy. Ale jak można w jeden dzień postawić wszystkie ściany?! Jednym słowem, świat jest pełen tajemnic i tak jak nie zrozumiem działania telewizora i zmywarki, tak nie zrozumiem jak się stawia ściany. Pewnie gdzieś tam, z tyłu głowy, pozostał mi obraz robotników sprzed 100 lat, z kielnią w dłoni i kaszkietem na głowie. Więc znowu mnie ciągnie do rozmyślań nad starą Gdynią, skoro wybudowali to miasto przy pomocy kielni i kaszkietu, to musieli być wielkiego ducha. Musiał być jakiś Pan Piotr, który wiedział co robi, musiał być jakiś wywiad środowiskowy skąd się bierze cegły, jakaś droga, którą te cegły wożono. No po prostu rewelacja! I pewnie gdzieś tam siedziała jakaś Pani, która gotowała obiady na cały dzień, dawała mleko w kance i też nie miała na nic czasu. Świat się zmienia, ale pewne rzeczy pozostają niezmienione. 

Chwalę dzień przed zachodem słońca, cieszę się widokiem i zrobiłam dla Panów Piotrów super męskie kanapki z antrykotem według przepisu Jamiego Oliviera. Ba, nawet sama upiekłam ciabattę! Skorzystałam z przepisu http://www.bbc.co.uk/food/recipes/ciabatta_85453 i wyszła wspaniała. 

Nie jest to fizyka jądrowa, przepis jest prosty i pewnie popularny, ale zrobiłam wszystkim wielką radochę i sobie w sumie też. 

Potrzebujemy

Kawałek antrykotu wołowego, taki klasyczny plaster waży około 300 gram

ruccole, sałatę lodową

parę plastrów cienko pokrojonego boczku

4 łyżki musztardy

2 łyżki chrzanu

czerwoną cebulę pokrojoną w plastry

oliwę z oliwek

rozmaryn, najlepiej świeży

sok z połowy cytryny

no i oczywiście ciabattę

Antrykot rozbijamy wałkiem do ciasta, nacieramy solą i pieprzem, sokiem z cytryny i rozmarynem. Zostawiamy w lodówce na minimum godzinę. 

Ciabattę kroimy na pół, pieczemy chwilę w piekarniku, żeby się podgrzała

Antrykot smażymy na gorącej patelni i wstawiamy na 5 minut do piekarnika, w którym podgrzewa się ciabatta

Smażymy boczek

Przekrawamy ciabattę wzdłuż, polewamy oliwą

Smarujemy ciabattę musztardą, kładziemy sałatę, cebulę, mięso, boczek, smarujemy u góry chrzanem. Przygniatamy na chwilę z góry i kroimy na plastry. Wiem, że to banał, ale na nic innego nie mam czasu. Idę się pakować i przekładać mentalnie święta.

10:06, gastromat
Link Dodaj komentarz »