Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
środa, 23 maja 2012

To kolejny wpis o tym, że kończymy remont, ale tym razem, to już naprawdę kończymy. Pogoda nam sprzyja, Panowie Piotrowie jakoś przeżyli mojego focha i pracują dalej. Ofiarnie spędzamy po parę godzin dziennie wdychając opary farby olejnej (to ja) i akrylowo lateksowej (to Kuba) szykując się do przeprowadzki. Dzieci przebywają coraz więcej czasu z dziadkami, a my organizujemy się tak, żeby nic nas nie rozpraszało. Kolor farby jest bardzo ważny, rodzaj wałka jest istotny, ale sprawą kluczową jest plan budowlano-żywieniowy. Kerry z Bartkiem, zarazili nas miłością do cypryjskiego sera Halloumi, grillowanego i podanego po prostu z sałatą. Ser kupujemy w pewnym znanym dyskoncie na L, ponieważ tylko tam występuje w normalnej cenie, i widać, że już się kończy (tak jak kultowe wino Palomar Creek Zinfandel), bo pocztą pantoflową, informujemy się nawzajem, gdzie jeszcze można znaleźć niebieskie kartoniki (centra miast odpadają). My na przykład wykupiliśmy cały zapas na Chyloni, także tam nie szukajcie. Po paru próbach, uznaliśmy, że najbardziej pasuje nam kombinacja sera i pomidorów z bazylią i czosnkiem. W sumie to żadna nowina, bo każdy kto mnie zna, wie, że ja pomidory z bazylią i alioli/aioli mogłabym jeść cały czas. No i arbuza. Tak więc cypryjski skarb plus pomidory i można malować w spokoju. W tym miejscu chciałam przeprosić SunnyJoanna, która dwa razy z rzędu dostała to samo na kolację a pewnie liczyła na jakąś różnorodność. 

Ser należy pokroić na pół centymetrowe plastry i smażyć na gorącej patelni z niewielką ilością tłuszczu. Może puszczać serwatkę ale nie należy się tym kompletnie przejmować. Taka jego uroda. 

Pomidory posypać pokrojoną bazylią i polać dwiema łyżkami oliwy roztartą z ząbkiem czosnku i szczyptą soli. 

Kuba pomalował ścianę na dramatyczny młotkowy kolor i jest piękna!

10:46, gastromat , remont
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 maja 2012

Wstałam w sobotę skoro świt, ubrałam się ciepło i udałam spacerkiem na moją ukochaną gdyńską halę. Kupiłam pyszne szparagi "oliwki" czyli te najcieńsze, zioła, młode ziemniaki, dwie prawie żywe kaczki, i już, już miałam wracać do domu kiedy u mojej Pani "od mięsa" odkryłam, przepiękną, skrajnie cudną, idealną-polędwicę wołową.

Zweryfikowałam szybko plany obiadu komunijnego, zamieniłam łososia na wołowinę. Była 9.00, słońce świeciło, wypiłam kawę, ogarnęłam szybko sytuację i zabrałam się do gotowania. Najpierw wstawiłam rosół z pieczonych warzyw. Miałam to zrobić w piątek ale, że przyjechały moje piękne skandynawskie szkodniki, zaryzykowałam, że zrobię wszystko w sobotę. Po rosole zabrałam się za mięso i kaczki. Kaczki zrobiłam jak zwykle, cudów nie było. Obejrzałam z atencją polędwicę, nasyciłam oczy, i zabrałam się za klasycznego Wellington'a. Podparłam się przepisem Gordona Ramsey'a, i nie żałowałam. Polędwica wyszła bosko, i przy najbliższej sprzyjającej okazji zrobię ją ponownie.

Kilogram polędwicy wołowej (cieńszy koniec)

250 gram pieczarek 

garść namoczonych suszonych prawdziwków

50 gram masła

spora gałązka świeżego tymianku

100 ml. wytrawnego białego wina

12 plastrów szynki typu prosciutto, ja użyłam tej ze znanego dyskontu na "L"

opakowanie 500g mrożonego ciasta francuskiego, najlepiej takiego w rolce

3 łyżki oliwy z oliwek

2 żółtka rozmącone z dwiema łyżkami zimnej wody

trochę mąki do rozwałkowania ciasta

Opis będzie długi, ale tak naprawdę nie jest to skomplikowana potrawa, opiera się bardziej na czasie pieczenia.

Polędwicę obsmażamy dokładnie z każdej strony na rozgrzanej oliwie. Wstawiamy do gorącego piekarnika (200 stopni) na mniej więcej 15-20 minut. Polędwica powinna być różowa w środku, więc można sprawdzić, rozkrawając ją u góry czy jest gotowa. Musimy pamiętać, że w trakcie docelowego pieczenia polędwica już się nie zmieni, jedynie podgrzeje. Mięso pozostawiamy do wystygnięcia. Wyciągamy ciasto francuskie żeby się rozmroziło. Kroimy pieczarki i odsączone prawdziwki najdrobniej jak się da, i dusimy na maśle na wolnym ogniu. Solimy, czekamy parę minut aż puszczą sok. Dolewamy wino, wkładamy tymianek, czekamy aż grzyby zmiękną a wino wyparuje. Wyciągamy tymianek. Farsz powinien być dość zwarty i odparowany. Pozostawiamy do wystygnięcia. Jak już polędwica i grzyby wystygną zaczynamy operację zawijania. Rozwałkowujemy ciasto w prostokąt który (musimy to sobie wizualnie wyobrazić) po zawinięciu zakryje polędwicę (mniej więcej 18 x 30 cm), tylko nie za cienko. Brzegi ciasta smarujemy jajkiem. Na ciasto kładziemy szynkę, plaster koło plastra. Na środku szynki układamy mięso. Polędwicę również smarujemy roztrzepanym jajkiem (farsz się będzie lepiej trzymał), obkładamy grzybami. Pewną ręką i bez strachu, zawijamy ciasto z dwóch stron do góry. Musimy sobie wyobrazić mięso które po pokrojeniu w plastry, będzie otoczone szynką, grzybami i ciastem. Górne brzegi ciasta sklejamy (posmarowaliśmy je już jajkiem), musimy starać się obkleić jak najciaśniej, żeby w środku nie było wolnej przestrzeni. Zawijamy boki do góry. Jak zabraknie ciasta, możemy odkroić brakujący kawałek i po prostu dokleić go z góry. Ciasto smarujemy z wierzchu żółtkiem które nam zostało, będzie się pięknie błyszczeć po upieczeniu i wstawiamy do lodówki. Ja przetrzymałam moje do niedzielnego poranka i upiekłam po przyjściu gości, w temperaturze 190 stopni przez 30 minut, czyli do momentu kiedy ciasto było złote i rumiane. Polędwicy się nie soli przed obróbką termiczną, więc warto postawić na stole sól:).

Trzymam kciuki za wszystkie "komunistki", na pewno się uda, w końcu podejmujemy obiadem ludzi których już znamy, więc nie ma co się strachać na zapas. Spędziłam co prawda całą sobotę w kuchni, za to niedziela poszła bardzo gładko. Podgrzewanie kaczek, pieczenie w tym samym piecu polędwicy, gotowanie ziemniaków i przygotowanie sałaty oraz szparagów, zajęło mi dokładnie tyle czasu ile moim gościom zajęło zjedzenie rosołu i chwila odpoczynku. Polecam również komunijny tort dziewczyn z www.wspanialetorty.blogspot.com, był prosty, szykowny i wszystkim smakował. Ba, ja go zrobiłam! A to jest rzecz praktycznie niemożliwa!

 

07:22, gastromat
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 maja 2012

Pomiędzy wyborem kolorów ścian, mierzeniem mebli i pakowaniem, muszę znaleźć czas na przygotowanie się do komunii. Co prawda z powodu niezaplanowanej majówki Panów Piotrów, szansa na obiad w nowym mieszkaniu, oddaliła się z prędkością światła ale działać trzeba. Mam już przystawkę, czas na dalszą część obiadu. Więc zupa. Wiem, że prochu nie wymyślę i zrobię po prostu rosół. Niby jest passe i aż by się chciało zaszaleć z jakimś kremem z białych warzyw, ale kto powiedział, że rosół nie może być wystrzałowy? 

Dla 15 osób potrzebujemy

4 litry wody

około 1,5-2,5 kg mięsa, ja daję połowę kurczaka rosołowego, kawałek szpondra i/albo pręgi wołowej

mały listek laurowy, 5 ziaren pieprzu, gałązka świeżego lubczyku

i teraz jest myk z warzywami

seler pokrojony w ćwiartki (seler daje ten specyficzny wytrawny posmak)

5 marchewek (marchew daje słodycz)

2 pietruszki (pietruszka daje lekkość)

jeden duży por (por daje warzywny posmak)

(obrane umyte)

2 cebule bez łupiny ale w całości (cebula daje kolor i podkreśla smak mięsa)

cała główka czosnku, nieobrana (czosnek jest zawsze dobry)

warzywa pieczemy w piekarniku, bez dodatku tłuszczu przez około 40 minut w temperaturze 200 stopni aż zbrązowieją. 

Mięso wkładamy do zimnej wody (tak żeby przykryła mięso) i gotujemy do momentu kiedy pojawi się pierwsze ścięte białko (około 20-30minut), wodę wylewamy. Dodajemy do mięsa świeżą wodę, wkładamy warzywa, listek i pieprz. Wstawiamy na najmniejszy ogień, i gotujemy dłuuuugo i po malutku, szumując z wierzchu co 15-20 minut. To zajmie przynajmniej 5-6 godzin. Gotujemy z uchyloną przykrywką, co może nie jest specjalnie ekologiczne, ale pozwoli wodzie trochę odparować, i zagęści smak. Zabójcze dla rosołu są: za wysoka temperatura gotowania i sól. Od "gotowania" a nie "migania" rosół mętniej a od soli, mięso robi się twarde na początku i nie oddaje smaku. Rosół można posolić jak jest już prawie gotowy czyli mięso jest miękkie. Ale nie później niż na pół godziny przed końcem. Lubczyk zastąpi nam jakże popularną "maggi" ale trzeba go dodać przed końcem gotowania i wyjąc po 10 minutach (jak zbrązowieje). Ponieważ rosół musi być czyściuteńki i bez skazy, przelewamy go przez sitko wyłożone gazą. Ponieważ życie bywa okrutne i zapowiadają podczas komunii burze i deszcz, proponuję wstawić rosół w sobotę, wiejska mądrość rzecze, że po burzy rosół kiśnie. Pojęcia nie mam dlaczego i czy aby na pewno, ale lepiej nie ryzykować.

07:59, gastromat , zupy
Link Dodaj komentarz »