Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
poniedziałek, 25 czerwca 2012

Jak to jest z tymi bajglami? Bułeczka czy cosmopolitczyczny przysmak? Bajgle kojarzą mi się z Oslo, gdzie jadłam po raz pierwszy i z Nowym Jorkiem, w którym co prawda nigdy nie byłam, ale wyobrażam sobie, że jakbym była to na pewno bym się nimi zajadała patrząc na barwną ulicę.

Pijąc kawę i obserwując wiosenny tłum gdynian, pomyślałam sobie, że ta nasza Świętojańska to ma i swoich hipsterów i panów w garniturach i w ogóle jakoś tak "zagranicznie" to wszystko wygląda. Na dodatek, ktoś mądry i z pomysłem, otworzył niedaleko małe bistro z bajglami właśnie. Ameryka na całego!

Raz kozie śmierć, zrobiłam własnoręcznie bajgle. I wyszły! Wyszły wspaniałe. Nie wiem jak tego dokonałam, bo jestem antytalenciem w kwestiach cukierniczo - piekarniczych, ale wyszły! Przepis zaczerpnęłam z YouTube (sic!) http://www.youtube.com/watch?v=hrJ1zpJGrfA na którym dziarski piekarz z Brooklynu zawijał bajgle jednym zgrabnym ruchem i tłumaczył dlaczego trzeba, no po prostu koniecznie i musowo trzeba, mieć specjalną deseczkę do ich wypieku. Oczywiście żadnej deseczki nie użyłam, uznałam że resztki, które zostały po układaniu podłogi chyba się nie nadają ale i tak się upiekły. Ta tajemnicza substancja didactic malt, to nic innego jak słód jęczmienny.

 Na cześć bajgli - śniadanie nowojorskie na gdyńskim dachu z norweską rodziną królewską w tle.

 

11:45, gastromat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 czerwca 2012

Moja nowa sąsiadka ma hopla na punkcie zdrowej żywności, zdrowego trybu życia, ćwiczeń fizycznych i innych rzeczy tak bardzo mi obcych. Nie to, żebym się dała nawrócić, ale zaczęłam intensywniej myśleć o tym, czy da się zdrowiej żyć, nie zmieniając zbytnio trybu życia. No bo jak tak poczytać etykietki, to nawet to co zdrowe, zdrowym nie jest. Jogurt z tajemniczą gumą guar, chleb z nie wiem czym, ale na pewno nie z zakwasem, mięso z antybiotykami i marchew z azbestem - no prostu Czarnobyl.

Optymistycznie zakładam, że warzywa kupowane u zaprzyjaźnionych pań na gdyńskiej hali, są zdrowe, a mięso świeże i z chodzącej po polu istoty. A co z rzeczami, które kupuję gotowe? Weźmy lody. Nawet nie mówię o tych gałkowanych robionych z proszku, ale patrząc na skład tych produkowanych przez znane firmy, można dostać zawrotu głowy. 

Poczytałam przepisy i okazało się, że lody to najprostsza rzecz na świecie. Tak prosta, że pewnie wszyscy robią je od dawna w domu, a tylko ja naiwnie wspieram przemysł celebrytek. 

Mleko, śmietanka, cukier, wanilia, cytryna, żółtka, kaszubskie (a jakże) truskawki i zamrażalnik. Proste. 

Wlewamy 500 ml pełnotłustego mleka i 500 ml śmietanki kremówki do garnka o grubym dnie. Ukręcamy 8 żółtek ze szklaną cukru i opakowaniem cukru waniliowego. Pół kilograma truskawek kroimy na kawałeczki i posypujemy dwiema łyżkami cukru oraz skrapiamy sokiem z połowy cytryny. Stawiamy garnek z mlekiem na małym ogniu, dodajemy kogel mogel i podgrzewamy powoli, mieszając, aż masa zgęstnieje (około 8-10 minut). Zestawiamy z ognia, czekamy aż wystygnie. W tym czasie, rozdrabniamy truskawki w blenderze, którego niestety nie mogę znaleźć po przeprowadzce, więc użyłam w tym celu 4 letniej córki sąsiadów, która załatwiła sprawę przy pomocy widelca i pochlapanych ścian. Wystudzoną masę mleczno - jajeczną łączymy z truskawkami, całość przelewamy do miski i wstawiamy do zamrażalnika. Lody "robią" się około 5 godzin, trzeba je tylko co 45 minut wyciągnąć i przemieszać mikserem. Chodzi o to, żeby nie wytrąciły się kryształki lodu. Wyczytałam gdzieś, że można dodać do masy kieliszek wódki, która zapobiegnie temu procederowi, ale nawet ja nie jestem na tyle wyluzowana, żeby karmić dzieci alkoholem. 

Myślę, że można zastąpić śmietankę jogurtem, tylko trzeba go dodać na etapie truskawek. Odejmiemy sobie milion kalorii i nie będziemy świeciły oczami przed super zdrową sąsiadką, że tak ogólnie to jemy zdrowo, ale śmietanka milion procent musi być. 

15:19, gastromat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 czerwca 2012

Moi przyjaciele założyli (nie wiem czy słusznie), że jestem w stanie zrobić coś normalnego z czegoś dziwnego. Przyjmuję w prezencie różne sery, przyprawy o których nikt nie słyszał, czekoladę z wielbłądziego mleka i dropsy z durianów. Wujek Google i parę godzin przed komputerem, załatwiają zazwyczaj sprawę i okazuje się, że turecka przyprawa do ryb, smakuje wspaniale, trzeba ją tylko rozpuścić w oliwie z oliwek i każda turecka gospodyni o tym wie.

Niestety nie jestem Andrew Zimmermanem i w niedzielę, kiedy Kerry z Bartkiem przynieśli 1000 letnie chińskie jaja, poległam. 

Zjedliśmy miłą kolację, chłopcy przenieśli się w świat piłki nożnej, a te jajka, niczym bomba z opóźnionym zapłonem, czekały na jakieś decyzje.

W końcu Ola wstała od stołu i stwierdziła, że jak już są, to chociaż obierzmy jedno. Jak już leżało takie obrane, postanowiła je powąchać, po czym, zupełnie z zaskoku, odkroiła kawałek i zjadła...Jezu...Przypomniało mi się wtedy jak Krzysiek zwany "Dychą", w ramach zaimponowania kolegom, zjadł dżdżownicę pod trzepakiem. Coś w ten deseń. Tylko, wtedy mieliśmy po 10 lat a dżdżownice były za darmo, a teraz mamy ciut więcej a te jajka kosztują majątek i ciężko je dostać w sklepie osiedlowym. Więc poszłyśmy z Kerry po widelce i stało się. 

Tak, jajko jest ciemne w środku, białko jest czarno-zielone i przezroczyste, żółtko wygląda jak spopielone a zapach kojarzy się z przegotowanym o 20 minut jajkiem na twardo. Czysty siarkowodór. W sumie to zwykłe jajko, no może smak jest intensywniejszy i taki słodko słony. 

Zapamiętam tę kolację do końca życia i zawsze będę mogła powiedzieć, że i owszem jadłam takie cuda i, że owszem, owszem. Tak naprawdę, to nigdy tego nie powtórzę, ale jestem wdzięczna Kerry i Bartkowi, że mi zaufali i wprowadzili dreszczyk emocji w spokojną, wiosenną kuchnię. Natomiast Ola, pozostanie na zawsze, moim głośnym i piszczącym bohaterem!

10:32, gastromat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 czerwca 2012

Tak coś czułam. Wstałam rano i przeczuwałam klęskę. Nie byłam pewna, czy chodzi o mecz Polska - Krecik, czy o tartę ze szparagami. I jak mi ta tarta wyszła, to nie było zmiłuj - przegramy z knedlami. I przegraliśmy. Ale to nic. Umalowane dzieci pytające co 5 minut "tato, jesteś za białym czy czerwonym" (odprysk filmu Auta 2), dały świeżość i poczucie, że to nie jest koniec świata. Zapach z kuchni świadczył o tym, że kolacja się pięknie ugotowała. Goście zostali uprzedzeni, że nie pytamy się: co to spalony, kto gra z kim i o co gramy. Mąż załamany zszedł z kanapy, której jeszcze nie mamy i poczłapał do stołu. Siedział cichutko, łza kręciła się w oku, ręce bolały od gestykulacji, a gardło od krzyków. Zjadł tartę ze szparagami, przegryzł sałatą, popił sponsorem Euro 2012 i od razu świat nie był taki zły. 

Tarta ze szparagami dla męża na ciężki mecz i każdy jeden po nim:

Ciasto francuskie, 4 płaty mrożonego lub opakowanie świeżego

pęczek zielonych szparagów

2 szklanki startego ostrego sera, ja użyłam ementalera

szklanka cebuli dymki lub młodego pora

2 jajka rozmącone z 1/4 szklanką mleka

dwa plastry boczku , opcjonalnie

sól, pieprz i Czesi

Nagrzewamy piekarnik do 200 stopni, malujemy się w barwy narodowe.

Wykładamy tartownicę ciastem, posypujemy połową sera, kładziemy na cieście szparagi i dymkę/pory, wstawiamy do piekarnika na 10 minut. 

Wyjmujemy ciasto z piekarnika, psioczymy na Czechów i trenera Smudę.

Zalewamy jajkiem z mlekiem, posypujemy resztą sera i wstawiamy na kolejne 10 minut do piekarnika.

Tarta jest prostsza niż wyjście z grupy, lepsza niż chipsy i daje osłodę zbolałym kibicom. 

 

 

18:36, gastromat
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 czerwca 2012

Jako nowa gdynianka, poszłam dzisiaj zobaczyć stary/nowy dworzec kolejowy, zahaczając o gdyńską halę. Zapomniałam już, co się dzieje o tej porze roku z dobrami natury. Cuda wianki! Szparagi w normalnej cenie, truskawki prawie "kaszubskie", młoda kapusta, młoda włoszczyzna, koperek, pierwsze czereśnie, piwonie w rozkwicie, co tu kupić, co wybrać?! Początek czerwca jest jak piątkowy poranek, wiemy, że wszystko co najlepsze, jest przed nami.

Kuba kocha szparagi, ja pomidory, Zosia makaron i warzywa a Jasiek "klotleciki" czyli mięso w prawie każdej postaci. Czasu mamy mało, bo EURO samo się nie obejrzy a kartony same nie rozpakują, więc trzeba wszystko zrobić w jednym garnku. I to w jak najkrótszym czasie.

Na absolutnie fantastyczny makaron z biglem, jajem i zapachem, dla 4 osób, potrzebujemy:

350-400 gr. makaronu lasagna (każdy inny też się nada)

200 gr. wędzonego boczku, pokrojonego w kosteczkę

3-4 dojrzałe, świeże pomidory, obrane ze skórki, pokrojone, rozgniecione widelcem i posolone

pół pęczka, obranych zielonych szparagów

jedna młoda cebula, pokrojona na plastry 

świeże czerwone chilli, posiekane

dwa ząbki czosnku, rozgniecione

2 łyżki oliwy z oliwek

Gotujemy makaron.

W tym samym czasie, smażymy boczek na oliwie aż się zrumieni, ale nie tak zupełnie na chrupko. Dodajemy chilli, cebulę, szparagi, po minucie dodajemy czosnek i zaraz po nim pokrojone w kostkę pomidory, smażymy wszystko aż sos zgęstnieje-mniej więcej 10 minut. 

Mieszamy sos z ugotowanym makaronem. Kuba dołożył parmezan, Ola (nasza nowa sąsiadka) oliwę, dzieci sól a ja nie dodałam nic, bo dla mnie nie wystarczyło. Podjadłam resztki i cieszyłam się jak opętana, że Orły Franciszka tak zagrały!!! 

 

 

 

09:35, gastromat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 czerwca 2012

Już. Stało się. Przeprowadziliśmy się. Po 2 latach formalności, 3 miesiącach prac budowlanych i 3 tygodniach, malowania, pakowania, rozpakowywania, wizyt w IKEA i u psychoanalityka, plac budowy stał się domem. Pożegnanie z Panami Piotrami było bardzo wzruszające, wałki do farby stał się odległym wspomnieniem, a miny dzieci na widok nowych pokoi warte milion dolarów. Przy okazji przeprowadzki odkryłam różne rzeczy o których istnienia nie miałam pojęcia. Na przykład to, że pomimo wrodzonej niechęci do wysiłku fizycznego, jestem w stanie chodzić po schodach przez 2 tygodnie nosząc torby i kartony. I żyję. Co prawda zaraz po przeprowadzce uciekliśmy na wieś, ale ciągle myślę o tym, jak wiele udało nam się osiągnąć i z niecierpliwością czekam na ten nowy rozdział. A teraz zrobię coś, na co zawsze miałam ochotę. Zdjęcia "before-after" :)



12:15, gastromat
Link Komentarze (1) »