Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
sobota, 15 czerwca 2013

Warszawa jest cudowna. Można przejść most Poniatowskiego i się zmęczyć, można obejrzeć wystawę koło Bristolu i się wzruszyć. Za każdym razem jak wracam ze Stolnicy, to sobie myślę, że u nas to jest taka straszna prowincja. Ale taka sytuacja, hemoglobina, trwa tylko parę godzin, potem uzmysławiam sobie, że to są dwa całkiem różne miejsca, inna jest ich energia i przeznaczenie. Bardzo odkrywcze, prawda?

Temat jest wartki jak Wisła po czeskich powodziach i długi jak ulica Świętojańska. Warszawa na przykład ma Zamek Królewski i Pana Ziółko http://panziolko.pl/, za to my mamy plaże i plaże. Na naszą korzyść przemawia fakt, że linia brzegowa nie zmieni się w następnym milionleciu, ale spokojnie możemy pokusić się na własną uprawę warzyw i ziół. Oczywiście nie osiągniemy nigdy rozmachu i splendoru Pana Ziółko, ale na mikroskalę, to może się udać. 

Od zawsze hodowałam na parapecie własną kolendrę. Po pierwsze ciężko ją znaleźć w sklepach, a jak już nawet się udało, to trwała w doniczce jeden dzień i umierała w suchych konwulsjach. A taka z nasionek, rośnie i rośnie i nawet kwitnie. Po kolendrze pokusiłam się na kapustę Bok-choi. Tu nie odniosłam spektakularnych sukcesów, ale nie poddałam się i wysiałam białą botwinę. I tak, od listopada mam imponujący wachlarz świeżych liści, który sam się prowadzi i służy mi smakiem oraz dostępnością. Wysiałam trzy nasiona, z czego jedno się przyjęło i w zupełności wystarczy. Teraz kombinuję ze zwykłymi burakami i już się rozglądam za endywią, rucolą i fioletowymi ziemniakami. Dodam, że nie posiadam hektara żyznej gleby, a jedynie własny parapet i dobre chęci. 

Ten mini sałato-zielnik jest niezbędny do popróbowania przepisów z książki mojej nowej miłości kulinarnej, Pana Yotam'a Ottolenghi. Trafia w mój gust, przemawia do mnie organicznym głosem i wywołuje podskoki radości. Jedynym brakującym ogniwem pomiędzy nim a mną, są wyżej wymienione sałaty i zioła, talent, światowe uznanie i własna restauracja. Ale tak poza tym, to można działać. 

Na fali nastawiłam jeszcze zakwas na chleb i karmię go teraz pieczołowicie, trzymając w ciepełku i mieszając łyżką. No zobaczymy.

środa, 05 czerwca 2013

Starałam się ostatnio wytłumaczyć mojemu znudzonemu synowi, że jak ja jeździłam na wakacje, to nie było telefonów, laptopa z internetem i dvd. Nie było wyjazdów na lody i dmuchanych basenów. Siedziałyśmy z siostrą przed domem, bawiłyśmy się w sklep, rebusy pisane na piasku, jadłyśmy rabarbar z cukrem i NIGDY nam się nie nudziło. Jasiek pomyślał chwilę i stwierdził "no to niefajnie miałyście". Czyżby?

Większość z nas, spędziło wakacje na podwórku albo u dziadków na wsi. Główną atrakcją było sterczenie pod blokiem, gra w gumę, sianokosy, młode jaskółki w oborze i ognisko nad jeziorem. Nieważna była pogoda, bez znaczenia brak boisk i pustka w sklepach. Wartością byli rówieśnicy, wakacyjne miłości i kartki pocztowe słane we wrześniu.

I to mi pozostało. Uważam, że lepiej pojechać w 6 osób do Pułtuska, niż samemu na Hawaje.

Moje życie towarzyskie to szalony, kalifornijski, rollercoaster. Są odważni, którzy trwają przy mnie od 30(sic!) lat, są i tacy, co się pojawiają i znikają. Wracamy do siebie po latach, celowo i przez przypadek.  Spieramy się o wychowanie dzieci, żywienie, seks, wróżki, stroje, fryzury, ryby i wnęki w łazience. Trzymamy za rękę jak kogoś porywa kosmos i życie staje się nie do zniesienia. 

Są moje szurnięte siostry, z którymi muszę się raz na jakiś pokłócić. Są ich przyjaciele, dla których warto pojechać do Warszawy albo wysłuchać alkoholowych zwierzeń z norweskiego tarasu. Jest sławna Gośka. Jest Wojtek, który MUSI, po prostu MUSI mnie codziennie wysłuchać. On ma taki obowiązek i nic na to nie poradzę i nie interesuje mnie czy ma na to czas i ochotę.

Są tacy, co przyprawiają Kubę o zawał, bo nasze wspólne lata były szalone. 

Są przyjaciele z młodych czasów, którzy przyjeżdżali do Sycowej Huty polonezem Mateusza, dachowali (przypadkowo oczywiście), a potem wracali bez przedniej szyby. I tak im to ekstremum weszło w krew, że teraz się wspinają na Mount Everest i biegają maratony.

Jest piękne sopocko-artystyczne towarzystwo, dziewczyny jak różowe kwiaty, które przeganiały mnie po różnych wystawach i dzięki którym, można było palić papierosy z Rolandem Toporem.

Jest też tajemnicze, fascynujące, towarzystwo lekarsko-ekonomiczne. Wyczesani w kosmos faceci, w idealnych fryzurach, otoczeni przyjaciółmi, dobrą energią i z którymi trzeba się umawiać z rocznym wyprzedzeniem. Ale jak już wyskrobią godzinę w miesiącu to jest fantastycznie i warto czekać.

To coś, co łączy wszystkie te relacje, to poczucie wiecznej młodości. Siedząc z Magdą na pomoście nie myślę o kredycie, myślę o tym jak ją Gośka wypchnęła na środek jeziora bez wioseł. Patrząc na Zuzię, nie widzę 23 latki, tylko szkraba siedzącego u Hanki przy stole i siorbiącego pomidorówkę. Piotr nie pracuje i nie wspina się, Piotr jest Poposem ma obciachową fryzurę i łoś u niego zamieszkał.

Jednym słowem, przy pewnych osobach nie przekroczyłam mentalnie 20stki i bardzo mi z tym dobrze. 

To wielkie szczęście, być 37 letnim dzieckiem, siedzieć 1 czerwca na tarasie u Taty i jeść tajną, dziecięcą potrawę, przygotowaną specjalnie dla mnie. Tylko dla mnie, dla Królewny.

W tym miejscu, wybaczam Maksowi, że zjadł mi trochę,  bo Maks ma 5 lat i on też w sumie miał dzień dziecka. 

Walczak, specjalnie dla Ciebie, w drodze wyjątku, tajny przepis na paprykarz. Krok po kroku. 

4 podudzia z kurczaka. 

2-3 cebule, posiekane

4 zgniecione ząbki czosnku

duuuużo słodkiej papryki w proszku

mąka do obsypania 

śmietana

Musisz mieć patelnię i garnek.

Umyj kurczaka, osusz. Włóż do miski, posyp obficie papryką w proszku, nalej troszeczkę oleju, żeby papryka nie "fruwała".

Rozgrzej patelnię, nalej olej i obsmaż krótko podudzia (jeny co to za nazwa), podsmażone przełóż do garnka. Jak już wszystkie będą gotowe, to zalej je zimną wodą, tak żeby je przykryła i zacznij dusić. Na tej samej patelni, usmaż cebulę i czosnek, pewnie będziesz musiała dolać trochę oleju, ale nie rób tego, daj masło i jak już cebula będzie mięciutka, nasyp na nią łyżkę mąki. Taka a'la zasmażka się zrobi. Nalej na patelnie trochę wody, "wypłucz" to co się przykleiło na dnie i przelej do garnka. I teraz przykryj garnek i zostaw to wszystko na małym ogniu. Za godzinę powinno wszystko się rozpaść, mięso od kości, skóra od mięśni. Musisz to powyciągać, tak żeby zostało samo mięso. Teraz wypadałoby trochę posolić i zabielić łyżką stołową śmietany. Jak wyszło za mało paprykowe, to nie dosypuj proszku bezpośrednio, tylko rozpuść paprykę na maśle i dopiero dodaj. Nie będzie gorzka.

Moja droga, przepis jest tajemny, choć banalny. Jakby co, call me