Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
wtorek, 17 lipca 2012

 

No i daliśmy przysłowiowego „dyla”. Zmęczeni zapachem farby i ścigani widmem nierozpakowanych kartonów, uciekliśmy na wieś. Szczęśliwie trąba powietrzna nas ominęła, załapaliśmy się na końcówkę poziomek i początek sezonu „kurkowego”.

Co roku mamy te same wyzwania. Po pierwsze, od czego zacząć? Od domalowania, podbicia i zabejcowania czy może od pocięcia drewna? Co sprzątać? Jak się pozbyć kuny, która głucha na argumenty, co roku wychowuje na naszym dachu małe kuniątka.

Kolejnym wyzwaniem jest logistyka. Co kupić i co jeść, żeby nie jeździć co dwa dni po 50 kilometrów do najbliższego sklepu i nie odżywiać się wyłącznie kiełbasą z grilla, bo to jest fajne tylko przez pierwsze 3 dni.

Na wsi jak to na wsi, największy problem stanowi zakup warzyw. Można kupić brokuły, karczochy, i hiszpańską cebulę, ale już pytanie o świeży koper skutkuje chichotem za ladą „przecież my tu wszystko mamy swoje pani”. Mam czasami wrażenie, że prościej tu kupić broń niż świeże owoce i warzywa. Co prawda są w okolicy plantacje truskawek, ale trzeba nabyć od razu tonę, a to się średnio kalkuluje. Nie mam wyboru i muszę hodować swoje. Dwa lata zajęło mi, przekonanie ojca, że pomidory w doniczkach mogą wyglądać równie pięknie jak rododendrony, a buraki i bazylia w skrzynkach, idealnie imitują pelargonie czy inne surfinie. Co dwa dni przychodziłam i łzawym głosem informowałam go, że „nie mam zupy dla dzieci, bo ostatnia marchewka została zjedzona dwa dni temu a w sklepie nie ma”, no i udało się. Co prawda w tym roku mam tylko zagon „cebuli siedmiolatki” i bazylię z „Reala” ale to nic. Patrzę z dumą na 4 krzaki pomidorów. Owoce już są i powinny dojrzeć w listopadzie. W sam raz.

Skoro chcemy jednak jadać lokalnie i w duchu „slow food”, polegam w związku z tym na mężu, który codziennie chodzi na ryby i udaje, że biorą i na sobie, chodzącej w towarzystwie kleszczy i komarów na kurki.

Podałabym chętnie przepis na jakąś bajerancką potrawę ze szczupaka, ale muszę go najpierw kupić. Co prawda mąż złapał dwa, ale jeden był za mały a drugi uciekł. Cwaniak.

Nie pozostaje mi nic innego, niż przepis na hit wiejskich kolacji tarasowych, czyli bób ze wszystkim.

pół kilograma ugotowanego i obranego bobu.

garść wędzonego boczku

obrana i poszatkowana cebula

dwie garście leśnych grzybów

Na patelni szklimy boczek z cebulą, jak już będą rumiane ale nie spieczone, dodajemy grzyby i smażymy przez 10 minut aż zmiękną. Dodajemy na końcu bób, trochę soli, pieprzu i smażymy kolejne 5 minut. Taki bób, po rozgnieceniu praską do ziemniaków, nadaje się idealnie jako farsz do pierogów. Ale skoro mam wakacje, to wolę robić coś przez 20 minut niż przez 4 godziny.

A teraz idę porozmawiać z pomidorami, żeby się wygłupiały i rosły równe i piękne.

16:47, gastromat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 lipca 2012

 

Nie wiem skąd u nas tyle dzieci, to znaczy wiem, ale nie do końca w to wierzę. Moja dwójka, Majki dwójka, Oli jedynka. I mnóstwo innych pięknych dzieci, które się u nas czasami albo codziennie bawią. Z egoistycznych powodów lubię jak są razem. Po pierwsze same się sobą zajmują, po drugie, ja lubię jak jest gwar. Trzeba się jednak do wizyty dzieci przygotować, bo to jest trochę walka o plaże Normandii. Ktoś musi być generałem i nie każdy może wygrać.

Nigdy nie wtrącamy się w afery. Czekamy do pierwszej krwi i nie reagujemy na płacze typu „a ona mi zabrała, a bo on mi włożył palec w oko i zabrał puzzle nazywając po drodze dziewuchą zaraz po tym jak mi wylał na głowę wodę po farbkach”. Ingerowanie w dziecięce awantury jest gorsze niż rozwód przyjaciół. Nikt nie wie kto zaczął i z jakiej przyczyny.

Wyciągamy plastikowe kubki i talerze, chowamy soki i porcelanę, a na podorędziu trzymamy wiadro farby, wałek, domestos i ręczniki papierowe. Przyda się też masa prześcieradeł, szampon z Zygzakiem dla chłopców i jakąś Królewną dla dziewczynek.

Gotujemy rzeczy bezpieczne, jak rosół, bób i parówki. Raz na jakiś czas zamawiamy pizze, tłumacząc dzieciom, że jest tylko w dwóch smakach - z salami i bez. Innej nie robią, bo to jest ekstrawagancka pizzeria.

Tak naprawdę, to szaleję na ich punkcie. Padam wieczorem na twarz, ale jestem bardzo szczęśliwa. Mogą mi zrobić dziurę w nowych szafkach (zrobiły), zalać płynem do baniek połowę ścian (polały), pomalować flamastrami kanapę (i owszem), ale jak je widzę, to bym je wzięła i zjadła, całując po drodze.

Zrobiłam więc gofry, bo tak sobie pomyślałam, że to jest fajna rzecz i zabawa na całego. http://www.seriouseats.com/recipes/2009/02/sunday-brunch-the-greatest-waffle-recipe-ever.html

Ponieważ używamy dwóch misek, zrobiłam podzespoły, dałam stołeczki i mikser, zawiązałam fartuszki i ściereczki. Wzięłam pod uwagę wiek, płeć i hierarchię. Godzinę się kłóciły kto co trzyma, kto co miesza i po co. Ale jak już gofry stały na stole, to patrząc na te dzieci, popłakałam się ze szczęścia. Że są z nami i są śliczne, zdrowe i bystre. Jak to dzieci. Niech się najedzą tymi goframi z cukrem pudrem i bitą śmietaną. Niech się wymieniają plastikowymi talerzami, chichrają, bo się wylało/wysypało. Pół dnia zabawy, bałagan w kuchni, a dla mnie morze wzruszenia. Kocham być mamą, ciocią prawdziwą i przyszywaną i jak kiedyś powiedzą, że mama/ciocia robi najlepsze gofry na świecie to dla mnie to będzie jak zobaczyć Rzym.

Bardzo Was kocham, i jak to kiedyś przeczytacie, to chciałabym żebyście pamiętali Zosiu, Jasiu, Franiu, Ignasiu, Antosiu, Piniu, Polu, Nelu, Szprotko, Stasiu, Marysiu, Zuziu, Maju, Maksiu, Adasiu, Karolinko i Milenko jak dużo radości mi dajecie i jakie to wielki szczęście mieć Was wszystkich razem, codziennie i czasami. A teraz idę po farbę i maluję ściany w nocy, żeby Kuba nie dostał zawału.

14:55, gastromat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 lipca 2012

Są takie wieczory, kiedy świat leży u naszych stóp. Przyjaciele przychodzą w poniedziałek, przynoszą gotowe ciasto na bliny, kawior z Moskwy i dobrą energię. Sadząją przy stole, świetnie karmią, puszczają psa cwałem i zabawiają nasze dzieci. 

Bardzo Was kocham i bycie "Lady Bowel" ma sens tylko wtedy, jak jesteście obok nas. 

14:38, gastromat
Link Dodaj komentarz »