Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
poniedziałek, 29 października 2012

Ostatni tydzień, minął pod hasłem - "siła złego na jednego".

Po pierwsze, pogoda nie mogła się zdecydować, czy jest lato i 20 stopni w cieniu, czy może czas na pierwsze przymrozki. W związku z tym Zosia obnasza się z anginą, a ja z jakąś francą, która pozbawiła mnie smaku i doprowadziła do kaszlu sugerującego, że już po mnie. Kuba nie mógł się zdecydować czy wróci po 3 czy po 4 tygodniach, więc skrupulatnie rozkładane siły, rozpłynęły się w niebycie, a energia uleciała gdzieś tam hen hen wysoko. Majka nie mogła się zdecydować kiedy wysłać mi kanapę, więc kompletnie zagubiona, bez energii, męża i głosu, musiałam przygotować i przeprowadzić 12 godzinną operację, wniesienia za dużej kanapy przez za małe drzwi (jeszcze raz chciałam podziękować Maćkowi, Piotrowi i Kiciusiowi).

Emocje opadły, kanapa stanęła na swoim miejscu, mąż powrócił, świat zaczął się kręcić w prawidłowym kierunku więc w spokoju czekałam na same miłe chwile, jako rekompensatę plag egipskich. Niestety, moja zła karma nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, a ja uśpiona codiparem i chorobą, podjęłam się przygotowania "bardzo ważnej kolacji" dla nowych przyjaciół mojego męża. Nic nie wyszło i nie będę się wdawała w szczegóły, bo są dość żenujące. Kiedy emocje opadły, zabrałam się za przygotowywanie kolacji dla starych znajomych z Warszawy i okolic. I znowu nic nie wyszło. Nic nie czułam, nic mi nie smakowało, a miks wino/polopiryna utwierdził mnie w przekonaniu, że adnotacja na ulotce "nie łączyć z alkoholem", ma w sumie sens i ktoś to kiedyś sprawdził. Na szczęście chłopcy są na diecie więc mieli swoje jedzenie. Madzia przyjechała z "czymś na ciepło", a Lalou jak to Lalou, popatrzyła na obraz nędzy i rozpaczy panujący w mojej kuchni, zakasała rękawy, posprzątała i podała co było. Dodam, że zrobiła po drodze zakupy. 

Mam w związku z tym parę uwag i spostrzeżeń, które tu sobie wynotuję i będę miała na uwadze.

1) jak jesteś chora to po prostu jesteś i kładź się do łóżka

2) jak zapraszasz gości, nawet tych najukochańszych, to się przygotuj bo nie zawsze przyjedzie Małgosia i uratuje Twój honor i kuchnię

3) confit z kaczki musi się robić dłużej i gotować w jeszcze większej ilości tłuszczu

4) rillettes nie jest w sumie dobrą potrawą

5) nieudane confit i rillettes, można bardzo prosto przerobić na pyszny farsz do pierogów

6) ziemniaki do gratine trzeba kroić na bardzo cienkie plastry, nawet jak Ci się nie chce i bolą Cię mięśnie

7) jak nie wiesz co podać - podaj pstrągi z Grzybowskiego Młyna

10:24, gastromat
Link Komentarze (2) »
środa, 24 października 2012

Kocham gdyńską halę. Kocham moje panie od mięsa, pana od pomidorów trzmielowych i panią co ma zawsze jakąś super sałatę i wymienia ze mną poglądy o przepisach Pani Gessler. I ta Pani, niczym moja babcia, odkłada mi jesienną porą, to co lubię najbardziej - jarmuż! To jest nasze, lokalne, power food. Bomba witaminowo-sulforonowa. Błogosławieństwo dla naszych skołatanych wątrób, serc i cery. Warzywo które ma wszystko.

Jednym słowem-SuperKapusta!

W smaku, jarmuż przypomina włoską kapustę z odrobiną brokuła i posmakiem brukselki. Ale tak naprawdę, jest pyszny i bardzo, bardzo zdrowy!

Najprościej przygotować go tak, jak szykujemy szpinak. Zblanszować bez łodyg i poddusić z czosnkiem i oliwą. 

Ale... Jest jeszcze super zupa jarmużowa. Taka od serca, włoska. Pyszna, pożywna, w sam raz na długie jesienne wieczory. 

Dla 4 osób potrzebujemy:

jedną posiekaną cebule

4 łyżki przecieru pomidorowego

puszkę białej fasoli w zalewie

dwa paski wędzonych żeberek 

upieczoną paprykę, obraną ze skóry i pokrojoną, albo dwie łyżki wędzonej papryki z Piemontu

3 ząbki posiekanego czosnku

szklankę utartego parmezanu

całą papryczkę chilli albo łyżkę suszonej chilli

5-6 liści posiekanego jarmużu bez łodyg (ja wycinam nożyczkami miękkie części od łodygi)

sól, pieprz i świeży parmezan do smaku. 

W dwóch litrach wody, na wolnym ogniu, gotujemy wszystko, za wyjątkiem jarmużu i parmezanu. Jak żeberka będą już super miękkie, wyciągamy je i oddzielamy mięso od kości.Mięso wkładamy z powrotem do zupy. 

Dodajemy do gorącej zupy jarmuż.

Nalewamy zupę zachwyconym gościom, posypując obficie parmezanem. Wypadałoby wytłumaczyć, jak genialnie zdrową zupę jemy. Ile w niej dobra i antyutleniaczy. Trzeba zrobić wykład na temat regeneracji wątroby, leczeniu raka i pięknej cerze. Dodać, że jarmuż czyli po angielsku kale, jest podstawą diety wszystkich Hollywoodzkich gwiazd i że w L.A. kosztuje majątek a u nas 7 złotych za duuuuuży pęczek. Resztę jarmużu, można zamrozić, on tego nie wykorzysta przeciwko nam. 

Bądźmy SuperWomen w SuperZdrowymBody! Jedzmy jarmuż!

 

21:18, gastromat
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 października 2012

Weekend zapowiadał się jako smutny i łzawy, a okazał się miły i ciut szalony. Ciężko uwierzyć, że minął już rok i tak dużo się wydarzyło, ale czuć dobrą energię z kosmosu i szczypanie w przedramienia.

Czekając na przylot Majki, zrobiłyśmy z Kasią to, czego nie robiłyśmy od lat-pojechałyśmy na grzyby. Trochę ekstrawagancko, bo w niedzielę, ale udało się! Lalou pozostała w Warszawie a więc zasoby grzybów na Kaszubach pozostały prawie nietknięte:). 

Nie mogę oczywiście powiedzieć gdzie byłyśmy, mogę tylko zdradzić, że niedaleko Gdyni, w naszym "dziecięcym" miejscu, gdzie znamy każdą choinkę, wszystkich ludzi we wsi i rozumiemy tajemne zwroty cioci Ewy w stylu "poszłam tam koło brzózek, skręciłam pod napięciem i wyszłam koło tego zagajnika gdzie wtedy były te prawdziwki które potem Adaś zjadł w barszczu, jak się mała Ewa zgubiła".

Zamiast wzruszenia na widok starych kątów, zachowywałyśmy się, jakby lata były wczesno 90-te i bez oporów, na czworakach, wygrzebywałyśmy małe kulki jędrnych zielonek z piachu. Dobrze mieć znowu 12 lat. 

Nie mam co prawda 15 kilogramów zielonek, ale uzbierało się tego pół wiadra, trochę grzybów odpadła w pre-produkcji, a z reszty powstały uwielbiane przez naszą rodzinę - marynowane zielonki. W sumie 12 słoiczków. Proces technologiczny nie jest specjalnie skomplikowany, ale oczyszczenie grzybów z warstwy piachu, igliwia i pająków, jest pracochłonne, wymaga specjalistycznego sprzętu w postaci 5 misek ze słoną wodą i płyty Goldfrapp, ale warto. Marynowane zielonki są pozycją obowiązkową na wigilijnym stole, a pasztet jedzony bez zielonek jest jak wata w uszach. 

Tajemna marynata "gostomska". Niech Was nie zwiedzie obecność cukru, to cała jej ozdoba.

Podaję proporcje na pół litra octu, to pozwoli zamarynować około 5 słoiczków po konfiturach.

Umyte zielonki gotujemy w osolonej wodzie. Szumujemy pozostałości igliwia i pozwalamy resztce piasku, opaść spokojnie na dno garnka. Grzyby powinny być ugotowane ale nie rozgotowane.

Do osobnego garnka, wlewamy szklankę wody, dodajemy pokrojoną w piórka cebulę, wsypujemy po 10 ziaren czarnego pieprzu, ziela angielskiego i 5 listków laurowych. Gotujemy wodę z przyprawami aż oddadzą jej smak (około 10 minut). Wyłączamy i czekamy aż płyn ostygnie. Dodajemy dwie łyżki cukru i wlewamy pół litra octu. Gotujemy, mieszając, 5 minut od momentu aż na nowo zawrze. I teraz mało przyjemna ale niezbędna czynność, czyli próbowanie octu. Musi mieć wyraźny ostro kwaśno słodki smak. Lepiej dodać za dużo octu niż za mało, bo zielonki same w sobie mają dość mdły smaki trzeba go podkręcić.

Grzyby przekładamy do słoiczków, tak do 3/5 wysokości. Chodzi o to, żeby marynata spokojnie doszła do każdego grzybka i wyczarowała z niego jędrną i pyszną przystawkę. Zalewamy zielonki octem, starając się, żeby do słoiczka dostały się przyprawy ale niekoniecznie cebula (zdarza się, że fermentuje). Zakręcamy dokładnie słoiki i odwracamy do góry nogami. Jak ocet wystygnie chowamy zielonki do sejfu i podajemy na specjalne okazje. 

Smutno mi bez moich dziewczyn.

21:20, gastromat
Link Dodaj komentarz »