Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
poniedziałek, 18 marca 2013

Dawno mnie nie było, ale działo się działo. Wszystko i nic, razem i z osobna. Jednym słowem, "zmiany, zmiany, zmiany". A może i nie?

To jest teraz nieistotne, istotne jest to, że idzie wiosna, a moje dzieci rosną i obchodzą marcowe urodziny. Jak były zupełnie malutkie, kinderbale ograniczały się do obiadu dla dziadków i torciku Jola z cukierni Sowa w niedzielne popołudnie. Teraz dzieci urosły, zmężniały, mówią do mnie z rana "dzieńdoberek", a przede wszystkim - obrosły w małych przyjaciół. A mali przyjaciele niosą za sobą rodziców. Tak jak Jasia urodziny były w wersji lekkiej, taki trochę trening, to Zosia poszła po przysłowiowej "bandzie". Z 9 (sic!) letnią córką wyszło tak, że w weekend przyjęłam w domu 31 osób! Piątkowa kolacja była malunia, ograniczyła się do przygotowania opadniętego sernika (dobrze, że Gosia tego nie widziała), musującego wina i mojej ukochanej ciotki Dzitki. Sobotnia kolacja była "delafon delafick", z pewną uroczą i bardzo elegancką parą. Za to w niedzielę był Armagedon. 26 osób! Czym ugościć 26 osób?! Nie mam nawet odpowiedniej ilości talerzy, że o krzesłach nie wspomnę. Wymyśliłam bufet Tex-Mex. W całej swojej przebiegłości postawiłam na skrzydełka bbq, placki tortilli, ostrego kurczaka, nachosy z serem, hummus i guacamole od Wojtka. Stanęło na tym, że dorabiałam jedzenie na bieżąco, robiłam sałatkę z "włoszczyznowej" kapusty i kolendry, a Fortuna z Olą to już wogóle jedli śledzia z cebulą.

I śmieszne to i straszne, ale już się wydarzyło, goście chyba zadowoleni, a czasu nie cofnę.

Ale kolację skradło carpaccio z buraków, banalna potrawa, której smak zmienił ocet balsamiczny z figami kupiony w znanym dyskoncie na "L". Nie jestem wielką fanką octu balsamicznego, ale ten jest cudowny! Pieczone buraki, z serem feta zamiast koziego, polane lemonkową oliwą i wspomnianym octem figowy, uczyniły wieczór doskonałym. 

Na milion, osób potrzebujemy:

3-4 średnie buraki (duże są niesmaczne i źle się je kroi, te małe są za małe i też się je źle kroi)

skórka otarta z dwóch cytryn albo limonek

250 ml oliwy z oliwek

sól morska i pieprz 

piękne krople octu z fig

ser feta 

rucola albo botwina (ja miałam białą, która się pięknie hoduje na parapecie okna)

Buraki myjemy i teraz znowu dwie szkoły, pieczemy albo gotujemy. Do miękkości. 

Do oliwy ścieramy skórkę z cytrusów. Zostawiamy na minimum 2 godziny.

Wystudzone buraki obieramy i kroimy na naprawdę cieniutkie plastry. 

Posypujemy pokruszonym serem feta (nie Apetina, bo jest oszustwem, to już lepiej Mlekowita albo na wagę)

Układamy plastry buraków na rucoli/botwinie. Polewamy połową oliwy z cytryną (resztę wykorzystałam jako dressing do sałaty, pyszny i świeży)

Polewamy octem figowym

Skrapiamy sokiem z cytrusów

Solimy, pieprzymy

 

Nigdy nie lubiłam carpaccio z buraków, ale to jest inne. Przez brak klasycznego ostrego octu balsamicznego i koziego sera, spełniło moje oczekiwania i wyrosło na króla i królową cudownego balu, za który jestem wdzięczna polskim burakom, zdrowym, pysznym i jak się okazało - bardzo finezyjnym!

Dzieci cudnie rosną, a ponieważ Ania jest znowu w ciąży, nie będzie mi brak zapachu mleczka i kwilenia niemowlęcia.  Ponoszę sobie w październiku pewną piękną istotkę. W związku z tym moje piękne, mądre dzieci, mogą rosnąć, pyskować, mieć swoje sprawy i wielkie piękne urodziny. 

 

czwartek, 20 grudnia 2012

Jutro ma być koniec świata, za 4 dni wigilia, a potem Sylwester. Napiszę sobie poradnik, jak się zorganizować, żeby nie oszaleć, nie przepłacić i nie rozwieść się.

Po pierwsze. Koniec świata. 

Można zaprosić przyjaciół, na wieczór "tylko dobrych win". Żeby nie przepłacać, należ zaprosić głównie tych majętnych albo takich, którzy posiadają składzik w piwnicy. Ponieważ nie mamy czasu na gotowanie, szykujemy deskę serów i już. Dobrze jest wypić tyle wina, żeby nie zarejestrować burzy magnetycznej, ataku zombie i zmiany biegunów.

Wigilia i Święta. Żeby nie przepłacać, należy przyjmować wszelkiego rodzaju pomoc zewnętrzną. Ciocia marzy o przygotowaniu łososia w galarecie? Proszę bardzo! Będzie nam bardzo miło i oszczędzamy 100 złotych i 4 godziny w kuchni. Teściowa chce przygotować rodzinną sałatkę jarzynową? Czemu nie, ja nie jem, ale goście na pewno z przyjemnością. Nie mamy pomysłu na 101 potraw ze śledzia? Odlewamy trochę zakwasu na barszcz i moczymy w nim filety, śledź zyskuje piękny różowy kolor i lekko słodkawy posmak buraka. Pyszne i ślicznie wygląda. Zostało nam surowe ciasto na pierniki? Dodajemy resztę do drobiowego nadzienia. Zostało jeszcze? Pieczemy 3 ciasteczka przed przyjściem gości i mamy naturalny zapach świąt. Tatahhhh.

Nie kupujemy za dużo prezentów. Po pierwsze, kryzys, po drugie jesteśmy bliskie popularnemu ruchowi przeciwników konsumpcji. Dobrym pomysłem, jest wylosowanie wcześniej kto komu robi prezent. Ustalamy górną kwotę i mamy jedną osobę na głowie a nie 8. Metoda ta oszczędza czas i pieniądze. 

Zapraszamy przyjaciół na drugi dzień świat, na tak zwane "resztkówki". To pomysł naszej mamy, jakże genialny w swej prostocie. Każdy przynosi to co mu zostało po świętach, goście zjadają to co nam zostało, a my otrzymujemy nowe zestawy dań i nie mdlejemy na widok przekładanej po raz 10 sterty wędlin. Dodam jeszcze, że ulgę odczują gospodynie po drugiej stronie, bo pozbyły się resztek jedzenia z domu. 

Sylwester. Jeżeli tak jak my wyjeżdżacie, wykluczamy z menu jedzenie, choćby zbliżone do tego świątecznego. Szykujemy coś neutralnego i coś, co każdy może sam sobie odgrzać, na przykład gulasz. Unikniemy wydawania posiłków i nic nam nie zakłóci siedzenia przed kominkiem z kieliszkiem wina. Prawda, że genialne? Jeżeli jednak zostajecie na miejscu i macie w planach spędzenie Sylwestra w jakimś eleganckim miejscu, to nie mam żadnych rad. Raz tylko spędziłam taką noc i to z okazji własnego ślubu, więc kompletnie się na tym nie znam.  

Dbamy głównie o męża, bo oni mają niższą tolerancję na wydawanie milionów z okazji ubrania drzewa i zjedzenia bezmięsnej zupy. Na ostatnich nogach staramy się wyglądać jak Grace Kelly, nie śpimy w barchanach i Broń Boże nie narzekamy! W końcu zaraz przyjdzie styczeń, z ulgą rozbierzemy choinkę i pochowamy kryształy do pudeł. 

Życzę Wam wszystkim wszystkiego co najlepsze, mało plam na obrusach, żadnych zbędnych kilogramów, maksymalnej dawki optymizmu i braku końca świata! 

 

wtorek, 11 grudnia 2012

W związku z mnogością zapytań, informuję, że już można wstawić zakwas. Powinien ukisić się w ciągu 7 dni. Jak wyjdzie, przelewamy do butelki i chowamy do lodówki. Jak nie wyjdzie, mamy jeszcze jeden tydzień na kolejną próbę. Trzymam kciuki! 

http://gastromat.blox.pl/2011/11/Zakwas-na-barszcz-Hanki.html

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Przeczekałam nudny listopad. Przeżyłam podróż do mroźnej Skandynawii. Odetchnęłam 1 grudnia. Już jest. Wszystko co miłe, dzieje się właśnie teraz. Mikołajki i zachwycone miny dzieciaków. Urodziny męża i Kasi. Zbiorowe wigilijne imieniny, bo w domu wysyp Ew i Adamów. Przedświąteczne spotkania z przyjaciółmi i planowanie z babcią "co kto robi".

Wiem, że czasami będzie ciężko. Pewnie nie obejdzie się bez zgrzytów, ktoś się z kimś pokłóci, coś nie wyjdzie. Ale to nic, święta to święta. Stres jest wpisany, stał się częścią tradycji i nic na to nie poradzimy. 

Nie wiem czy w dobie internetu, jest sens na podawanie przepisów na świąteczne potrawy. Wiedza naszych mam i babć, podparta własnym doświadczeniem, prowadzi nas przez gąszcz przygotowań i nie zawsze łagodnie doprowadza do końca. 

W tym roku, obiecałam sobie, że będę bardziej wyluzowana. Wysłucham wszystkich piątkowych licytacji na Trójce. Nauczę się zaraz słów "Karpia". Oprócz rodziny, zaproszę przyjaciół. Pozwolę dzieciom dowolnie ubrać choinkę i dewastować kuchnię na okoliczność pieczenia pierników (koniecznie według przepisu z kultowego WhitePlate). Nie ugotuję 4 kilogramów bigosu. Kupię makowiec. Postaram się, aby moje dzieci i siostrzeńcy, pokochały święta, tak bardzo jak ja je kocham. Niech dorosną do smaku barszczu Babci Hani. Niech zbieranie grzybów nabierze dla nich nowego, wigilijnego sensu. Zrobię kompot z suszu którego nikt nie pije a zawsze jest na stole. Nie zrobię piernika, zrobię cynamonowe ciasto marchewkowe które tak bardzo lubimy. Nie kupię wędlin, bo nikt ich nie je. W czwartek po świętach, chcę mieć pustą lodówkę i spokojnie wyjechać na Sylwestra. I tak sobie na koniec myślę, że im mniej się staram, tym lepiej mi wychodzą kolejne wigilie. I nikt mi nie musi przypominać, jak siedziałam w maju, w dziurze na okno i pijąc kawę, widziałam już skończone mieszkanie i choinkę w rogu. 

Czeka nas moje Drogie dużo pracy. Lepienie uszek po nocach, albo tłumaczenie dlaczego kupiłyśmy gotowe. Dwie zupy, bo u nas barszcz a u mężą grzybowa. Tłok na parkingach, ręce do ziemi od siatek. Po Wigilii i dwóch godzinach sprzątania, zaczniemy szykować świąteczne śniadanie. Nikt nas nie doceni. Skonfrontujemy się z debetem na kartach. Dotrze do nas, że jesteśmy już dorosłe i nie możemy spać do 10, bo samo się nic nie zrobi. Będzie nam przykro, że nie możemy z resztą rodziny leżeć na kanapie i oglądać "Kevina". Złożymy sobie obietnicę, że za rok będzie prościej, lepiej i nie będzie tyle bigosu. Obejrzymy po raz setny "Love actually". Postaramy się po raz kolejny wytłumaczyć mężowi, że jesteśmy zestresowane, bo to w sumie dużo pracy i ustalimy, że w przyszłym roku po prostu wyjedziemy w góry.  Będziemy gderały, że święta, święta i po świętach. Sama radość. 

wtorek, 27 listopada 2012

Mój blog zniknął! Na paredziesiąt przerażających godzin, nie było mnie w sieci. Panowie z działu technicznego Agory, zadają sobie trudu i kawałek po kawałku, odzyskują dwa lata mojej i nie tylko mojej, pracy. Nie wiemy co mamy aż tego nie stracimy. Jeszcze raz dziękuję Panom z działu IT. Magiczne umiejętności, czarna magia i skupienie, dziękuję. 

00:08, gastromat
Link Komentarze (4) »
środa, 21 listopada 2012

Zazwyczaj jestem dzielna. Nie wiem czy to zasługa spełniających się marzeń, ale mam w sobie siłę i pokłady cierpliwości. Gotuję dwa różne obiady dziennie, piorę to co zostało porzucone na podłodze, ścielę łóżka, wstaję przed wszystkimi żeby być zwarta i gotowa na ciężkie poranki rodziny. Nie mam weekendów, nie mam urlopu, nie powinnam być chora. Daję radę. Jestem boginią. 

Do czasu.

Przychodzi taki dzień, kiedy pogoda, ludzie i okoliczności życiowe, zaganiają mnie do emocjonalnej nory. Zazwyczaj wystarczy jak sobie w niej posiedzę i po paru dniach, jestem przysłowiowa "nówka sztuka". Ale są też takie pobyty w norze, kiedy nie dość, że ciemno, zimno i smutno, to jeszcze z góry sypią piachem. I wtedy już nie jestem boginią, no chyba że śmierci. Wyciągam wtedy skrywaną broń masowego rażenia i zaczyna się rzeź. 

Na pierwszej linii strzału - przypadkowi ludzie. Ociągająca się pani na poczcie. Inteligentny kierowca, któremu się wydaje, że jest Kubicą i zajeżdża z wdziękiem drogę oraz sąsiadka z dołu, która z uporem maniaka rysuje karoserię w moim samochodzie, bo tak jej się podoba. Głos rozsądku każe mi się wycofać z gracją, ale przebywanie w norze rządzi się swoimi prawami. Machanie rękami. Ciężkie słowa. Masakra. 

Na drugiej linii strzału - mąż. Zapomniany prezent urodzinowy. Brak kwiatków, brak komplementów, kolacji. Czara goryczy przelewa się, gdy słyszę pytanie gdzie jest w tym domu herbata. Kurczaka nie je, rosołu nie je, tego nie je tamtego też nie. Nie wie gdzie się wybieramy, z kim się umówiliśmy, potrzebuje pilnie gry za absurdalne pieniądze i koniecznie musi mieć nowe buty za milion i spodnie za 3 miliony. Nosz ręce do ziemi. Foch. Awantura. 

Na trzeciej linii - dzieci. Bałagan w szufladach. Stare kanapki w tornistrze. Lego w całym domu. Foch co rano. Nie jedzą wołowiny. Zosia wszystko z masłem, Janek bez masła. Nudzi im się, plany są głupie. Koleżanka ma lepsze zabawki, Jasiek ma szybciej urodziny. Awantura. Kara. Płacz. 

Dobrze, fajnie, obsypałam innych piachem i co teraz? Pomogło? Trochę tak, sąsiadka się boi, mąż pościelił łóżko, a dzieci reagują na drugie a nie dwudzieste drugie polecenie. A gdzie w tym wszystkim jestem ja? Jak sobie pomóc, kiedy zostałyśmy genetycznie i społecznie zaprogramowane do bycia miłymi, uśmiechniętymi, zaradnymi, cierpliwymi istotami? Co zrobić, kiedy z Bogini Miłości przepoczwarzamy się w Boginię Totalnego Zniszczenia?  Drzeć się na męża, drzeć się na dzieci, drzeć się na sąsiadkę! Niech nas usłyszą! Dlaczego to właściwie my mamy łykać Neospasine i 14 tabletek magnezu dziennie? Niech oni łykają! Niech się boją!

Oprócz tego,  koniecznie zróbmy coś dla siebie. Odrzućmy banalne kąpiele z bąbelkami i manicure. Obdzwońmy wszystkie przyjaciółki. Poleżmy ostentacyjnie na kanapie na oczach domowników. Nie róbmy prania, nie róbmy zakupów. Niech sobie radzą! Nie słuchajmy Sienkiewicza, który pisał, że "tylko kucharki się obrażają". Obraźmy się na sąsiadów, znajomych co przekładają po raz czterdziesty spotkanie bez uprzedzenia. Schowajmy podręczniki doktora Spocka i nakrzyczmy na dzieci (potem oczywiście przeprośmy), przetrzymajmy parę dni męża. I koniecznie ugotujmy coś tylko dla siebie. Coś co tylko My lubimy jeść, a czego nie jemy, bo ONI tego nie lubią. 

Na przykład turbota, w lemonkowym cieście z mąką kukurydzianą. Turbota za 33 złote kilogram! Tylko dla nas. Na kanapie na której nikt nie może jeść. 

Porcja dla JEDNEJ osoby:

2 łyżki mąki kukurydzianej

jajko

sól

otarta skórka z lemonki

woda gazowana, ale niedużo, tak żeby ciasto miało konsystencję, sama nie wiem, gęstego kremu za 670 złotych słoiczek

natka kolendry (której dzieci nie lubią)

filety z turbota (których nikt nie lubi)

niezdrowy tłuszcz do głębokiego smażenia

Filety pokroić na małe kawałki, olej podgrzać do temperatury, na której normalnie smażymy racuszki i inne dziecięce potrawy. Obtoczyć w cieście, usmażyć, olej wylać bez mrugnięcia okiem. Posypać na NASZEJ miseczce kolendrą i zjeść w spokoju. 

A potem przychodzi dowód na brak ciąży i zaraz wszystko wraca do normy.

Jutro pewnie będzie dla odmiany kura dla jednych, wołowina dla drugich i pobudka o tradycyjnej 6.30 jak wszyscy słodką śpią. I tyle mojego. 

20:46, gastromat
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 29 października 2012

Ostatni tydzień, minął pod hasłem - "siła złego na jednego".

Po pierwsze, pogoda nie mogła się zdecydować, czy jest lato i 20 stopni w cieniu, czy może czas na pierwsze przymrozki. W związku z tym Zosia obnasza się z anginą, a ja z jakąś francą, która pozbawiła mnie smaku i doprowadziła do kaszlu sugerującego, że już po mnie. Kuba nie mógł się zdecydować czy wróci po 3 czy po 4 tygodniach, więc skrupulatnie rozkładane siły, rozpłynęły się w niebycie, a energia uleciała gdzieś tam hen hen wysoko. Majka nie mogła się zdecydować kiedy wysłać mi kanapę, więc kompletnie zagubiona, bez energii, męża i głosu, musiałam przygotować i przeprowadzić 12 godzinną operację, wniesienia za dużej kanapy przez za małe drzwi (jeszcze raz chciałam podziękować Maćkowi, Piotrowi i Kiciusiowi).

Emocje opadły, kanapa stanęła na swoim miejscu, mąż powrócił, świat zaczął się kręcić w prawidłowym kierunku więc w spokoju czekałam na same miłe chwile, jako rekompensatę plag egipskich. Niestety, moja zła karma nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, a ja uśpiona codiparem i chorobą, podjęłam się przygotowania "bardzo ważnej kolacji" dla nowych przyjaciół mojego męża. Nic nie wyszło i nie będę się wdawała w szczegóły, bo są dość żenujące. Kiedy emocje opadły, zabrałam się za przygotowywanie kolacji dla starych znajomych z Warszawy i okolic. I znowu nic nie wyszło. Nic nie czułam, nic mi nie smakowało, a miks wino/polopiryna utwierdził mnie w przekonaniu, że adnotacja na ulotce "nie łączyć z alkoholem", ma w sumie sens i ktoś to kiedyś sprawdził. Na szczęście chłopcy są na diecie więc mieli swoje jedzenie. Madzia przyjechała z "czymś na ciepło", a Lalou jak to Lalou, popatrzyła na obraz nędzy i rozpaczy panujący w mojej kuchni, zakasała rękawy, posprzątała i podała co było. Dodam, że zrobiła po drodze zakupy. 

Mam w związku z tym parę uwag i spostrzeżeń, które tu sobie wynotuję i będę miała na uwadze.

1) jak jesteś chora to po prostu jesteś i kładź się do łóżka

2) jak zapraszasz gości, nawet tych najukochańszych, to się przygotuj bo nie zawsze przyjedzie Małgosia i uratuje Twój honor i kuchnię

3) confit z kaczki musi się robić dłużej i gotować w jeszcze większej ilości tłuszczu

4) rillettes nie jest w sumie dobrą potrawą

5) nieudane confit i rillettes, można bardzo prosto przerobić na pyszny farsz do pierogów

6) ziemniaki do gratine trzeba kroić na bardzo cienkie plastry, nawet jak Ci się nie chce i bolą Cię mięśnie

7) jak nie wiesz co podać - podaj pstrągi z Grzybowskiego Młyna

10:24, gastromat
Link Komentarze (2) »
środa, 24 października 2012

Kocham gdyńską halę. Kocham moje panie od mięsa, pana od pomidorów trzmielowych i panią co ma zawsze jakąś super sałatę i wymienia ze mną poglądy o przepisach Pani Gessler. I ta Pani, niczym moja babcia, odkłada mi jesienną porą, to co lubię najbardziej - jarmuż! To jest nasze, lokalne, power food. Bomba witaminowo-sulforonowa. Błogosławieństwo dla naszych skołatanych wątrób, serc i cery. Warzywo które ma wszystko.

Jednym słowem-SuperKapusta!

W smaku, jarmuż przypomina włoską kapustę z odrobiną brokuła i posmakiem brukselki. Ale tak naprawdę, jest pyszny i bardzo, bardzo zdrowy!

Najprościej przygotować go tak, jak szykujemy szpinak. Zblanszować bez łodyg i poddusić z czosnkiem i oliwą. 

Ale... Jest jeszcze super zupa jarmużowa. Taka od serca, włoska. Pyszna, pożywna, w sam raz na długie jesienne wieczory. 

Dla 4 osób potrzebujemy:

jedną posiekaną cebule

4 łyżki przecieru pomidorowego

puszkę białej fasoli w zalewie

dwa paski wędzonych żeberek 

upieczoną paprykę, obraną ze skóry i pokrojoną, albo dwie łyżki wędzonej papryki z Piemontu

3 ząbki posiekanego czosnku

szklankę utartego parmezanu

całą papryczkę chilli albo łyżkę suszonej chilli

5-6 liści posiekanego jarmużu bez łodyg (ja wycinam nożyczkami miękkie części od łodygi)

sól, pieprz i świeży parmezan do smaku. 

W dwóch litrach wody, na wolnym ogniu, gotujemy wszystko, za wyjątkiem jarmużu i parmezanu. Jak żeberka będą już super miękkie, wyciągamy je i oddzielamy mięso od kości.Mięso wkładamy z powrotem do zupy. 

Dodajemy do gorącej zupy jarmuż.

Nalewamy zupę zachwyconym gościom, posypując obficie parmezanem. Wypadałoby wytłumaczyć, jak genialnie zdrową zupę jemy. Ile w niej dobra i antyutleniaczy. Trzeba zrobić wykład na temat regeneracji wątroby, leczeniu raka i pięknej cerze. Dodać, że jarmuż czyli po angielsku kale, jest podstawą diety wszystkich Hollywoodzkich gwiazd i że w L.A. kosztuje majątek a u nas 7 złotych za duuuuuży pęczek. Resztę jarmużu, można zamrozić, on tego nie wykorzysta przeciwko nam. 

Bądźmy SuperWomen w SuperZdrowymBody! Jedzmy jarmuż!

 

21:18, gastromat
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 października 2012

Weekend zapowiadał się jako smutny i łzawy, a okazał się miły i ciut szalony. Ciężko uwierzyć, że minął już rok i tak dużo się wydarzyło, ale czuć dobrą energię z kosmosu i szczypanie w przedramienia.

Czekając na przylot Majki, zrobiłyśmy z Kasią to, czego nie robiłyśmy od lat-pojechałyśmy na grzyby. Trochę ekstrawagancko, bo w niedzielę, ale udało się! Lalou pozostała w Warszawie a więc zasoby grzybów na Kaszubach pozostały prawie nietknięte:). 

Nie mogę oczywiście powiedzieć gdzie byłyśmy, mogę tylko zdradzić, że niedaleko Gdyni, w naszym "dziecięcym" miejscu, gdzie znamy każdą choinkę, wszystkich ludzi we wsi i rozumiemy tajemne zwroty cioci Ewy w stylu "poszłam tam koło brzózek, skręciłam pod napięciem i wyszłam koło tego zagajnika gdzie wtedy były te prawdziwki które potem Adaś zjadł w barszczu, jak się mała Ewa zgubiła".

Zamiast wzruszenia na widok starych kątów, zachowywałyśmy się, jakby lata były wczesno 90-te i bez oporów, na czworakach, wygrzebywałyśmy małe kulki jędrnych zielonek z piachu. Dobrze mieć znowu 12 lat. 

Nie mam co prawda 15 kilogramów zielonek, ale uzbierało się tego pół wiadra, trochę grzybów odpadła w pre-produkcji, a z reszty powstały uwielbiane przez naszą rodzinę - marynowane zielonki. W sumie 12 słoiczków. Proces technologiczny nie jest specjalnie skomplikowany, ale oczyszczenie grzybów z warstwy piachu, igliwia i pająków, jest pracochłonne, wymaga specjalistycznego sprzętu w postaci 5 misek ze słoną wodą i płyty Goldfrapp, ale warto. Marynowane zielonki są pozycją obowiązkową na wigilijnym stole, a pasztet jedzony bez zielonek jest jak wata w uszach. 

Tajemna marynata "gostomska". Niech Was nie zwiedzie obecność cukru, to cała jej ozdoba.

Podaję proporcje na pół litra octu, to pozwoli zamarynować około 5 słoiczków po konfiturach.

Umyte zielonki gotujemy w osolonej wodzie. Szumujemy pozostałości igliwia i pozwalamy resztce piasku, opaść spokojnie na dno garnka. Grzyby powinny być ugotowane ale nie rozgotowane.

Do osobnego garnka, wlewamy szklankę wody, dodajemy pokrojoną w piórka cebulę, wsypujemy po 10 ziaren czarnego pieprzu, ziela angielskiego i 5 listków laurowych. Gotujemy wodę z przyprawami aż oddadzą jej smak (około 10 minut). Wyłączamy i czekamy aż płyn ostygnie. Dodajemy dwie łyżki cukru i wlewamy pół litra octu. Gotujemy, mieszając, 5 minut od momentu aż na nowo zawrze. I teraz mało przyjemna ale niezbędna czynność, czyli próbowanie octu. Musi mieć wyraźny ostro kwaśno słodki smak. Lepiej dodać za dużo octu niż za mało, bo zielonki same w sobie mają dość mdły smaki trzeba go podkręcić.

Grzyby przekładamy do słoiczków, tak do 3/5 wysokości. Chodzi o to, żeby marynata spokojnie doszła do każdego grzybka i wyczarowała z niego jędrną i pyszną przystawkę. Zalewamy zielonki octem, starając się, żeby do słoiczka dostały się przyprawy ale niekoniecznie cebula (zdarza się, że fermentuje). Zakręcamy dokładnie słoiki i odwracamy do góry nogami. Jak ocet wystygnie chowamy zielonki do sejfu i podajemy na specjalne okazje. 

Smutno mi bez moich dziewczyn.

21:20, gastromat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 września 2012

Krążą w rodzinie mity, że pierwsze grzybobrania zaliczyłam w nosidełku na ojcowskich plecach. Nie wiem ile w tym prawdy, ale miłość do chodzenia po lesie pozostała mi po dziś dzień. Przemierzam zaprzyjaźnione kaszubskie lasy w kaloszkach i pohukuję na resztę grupy, że "Na pewno tu są! W zeszłym roku znalazłam tu 40 prawdziwków i kilogram kurek!". Grupa znaczącą stuka się w głowę, bo nawet muchomorów brak. Ale to nic, może coś znajdę, może tylko pochodzę wspominając sobie, jak tu siedziałam z Wojtkiem na łączce i gadałam o życiu, a tam, jako maluch, zbierałam z Kasią kozaki, łypiąc na jej stronę brzózek i weryfikując czy jej nie jest bardziej "grzybna". W niedzielę zatrzymałam się w pewnym tajnym lasie znanym tylko mi i  Lalou, ale ona była tam dzień wcześniej i miała chyba jakiś radar, bo WSZYSTKO wyzbierała! Wróciliśmy z Kubą z odrobiną rydzów, garścią zielonek, żałosną górką podgrzybków i smętnym prawdziwkiem. Ani to ususzyć, ani zamarynować, no więc co? W takim wypadku zapraszamy sąsiadów i pieczemy tartę z grzybami "na oko"

Porcja na małą tortownicę

3-4 płaty rozwałkowanego ciasta francuskiego

na oko dwie garście pokrojonych grzybów (u mnie znalazły się podgrzybki, 4 kurki, zabłąkany prawdziwek i maślak zebrany przez Zosię)

na oko dwie garście posiekanego pora (białe części)

na oko dwie szklanki kremówki

rozgnieciony ząbek czosnku

ser brie (niekoniecznie ale fajnie wygląda)

sól oczywiście

Nagrzewamy piekarniki do granic możliwości. Wykładamy torto/tartownice papierem do pieczenia. Rozwałkowane ciasto układamy tak, żeby się łączyło w jedną całość z marginesem po bokach. Margines powinien mieć "na oko" taką wysokość, żeby masa nam się nie wylała wierzchem. Wstawiamy do lodówki.

Na patelni podsmażamy pora na łyżce masła. Jak się poddusi, dodajemy grzyby i smażymy dalej (jakieś 7-10 minut). Solimy. Zalewamy całość śmietanką i czekamy aż zredukuje się tak, że można ją przełożyć łyżką. Wyciągamy tort/tartownicę z lodówki. Masę rozkładamy na cieście. Na wierzch dodajemy ser pokrojony na trójkąty i lekko zatapiamy go w masie grzybowej. Wstawiamy torto/tartownicę do rozgrzanego piekarnika i skręcamy temperaturę na 210 stopni. Tarta jest gotowa jak ciasto się upiecze a ser lekko roztopi.

Wiem, że to dziwny przepis ale grzyby czasami trzeba potraktować "na oko". Jadę jeszcze w niedzielę do tajnego lasu, a że Lalou wróciła na szczęście do stolicy, jest szansa, że następnym razem podam przepis na marynatę dla 15 kilogramów zielonek. Ha!

19:48, gastromat
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8