Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
czwartek, 20 września 2012

Parę dni temu, pewien znany polski stylista, który zapadł w mojej pamięci zdaniem "nie warto odchudzać się za wszelką cenę, bo chuda krowa niekoniecznie będzie sarenką", tłumaczył mi i milionom kobiet, że zaczął się sezon na czerwień i koronki. Czyli co?, mam się ubrać w czerwoną koronkową suknię i chodzić w niej do czasu, aż  zacznie się kolejny na szetlandowe golfy i tiul?

Sezon to może być na flądrę, na kaszubskie truskawki i gruszkę klapsę, a nie na kolor i fason. I tak jak on czeka na sezon plażowy, bo ma szałowe kąpielówki, tak ja czekam na paprykę i kanie w trawie pod lasem. Każdemu według uznania. On ma rację, głupio chodzić po lotnisku w Gdańsku czekając na samolot do Warszawy, w kaloszach jak na dworze 20 stopni, tak samo jak i głupio zajadać się truskawkami w połowie stycznia - więc trzeba się jakoś dostroić i być zen. Więc teraz gładko i naturalnie przechodzę na grzyby, papryki, bakłażany i płaszcze. Niekoniecznie na truskawki i koronkę. 

Jest takie magiczne zdanie, że zamykamy smaki lata w słoikach, a ja zamykam jesień, bo jest sezon na wszystko to co dobre i co pomoże nam przetrwać jedyny miesiąc którego nie znoszę czyli listopad.

Pasta z jesiennych warzyw

6 kilogramów dobrych, dojrzałych pomidorów

2 kilogramy czerwonej i pomarańczowej papryki

2 kilogramy bakłażanów

2 kilogramy cukinii

3 główki czosnku

1 kilogram cebuli

świeża bazylia i oregano

sól

chilli w płatkach 

Wszystko myjemy

cebulę obieramy i kroimy w plastry, 

w naczyniach żaroodpornych układamy całe pomidory i paprykę ze skórą oraz czosnek w łupinach

bakłażany i cuknię kroimy w plastry i układamy na rusztach 

Pieczemy w piekarniku w temperaturze 200 stopni, aż pomidory i papryka zmiękną, a cukinia i bakłażan się zarumienią. 

Pomidory i paprykę obieramy ze skóry, kroimy z grubsza na mniejsze kawałki, czosnek obieramy z łupin.

W sporym garnku, na niewielkiej ilości oliwy podsmażamy cebulę z chilli, aż zmięknie, dodajemy pozostałe warzywa, solimy i dusimy na wolnym ogniu około godziny, aż całość zmięknie i smaki się połączą. Dodajemy po łyżce stołowej posiekanych ziół. Pasteryzujemy w słoikach albo mrozimy w woreczkach. 

I tak rozumiem sezon na "coś", porządek w przyrodzie i w szafie. W listopadowy poranek zjem na śniadanie konfiturę z truskawek, dosładzaną z braku innych możliwości krupnikiem (boski smak), a na obiad lasagne z pastą pomidorowo - bakłażanową. Wieczorem zaś, odmrożę rydze i będę myślała o tych bajecznych wrześniowych weekendach na wsi oraz o kaloszach zamiast koronek. 

 

 

09:48, gastromat
Link Komentarze (3) »
czwartek, 16 sierpnia 2012

Wszystko się popsuło. Winda się popsuła a za nią schody ruchome. Domofon się popsuł i zmywarka. Popsuło się czoło Igiego a Franek to się wogóle cały popsuł. Popsuło się lotnisko i kazali nam stać pod ścianą. Majce popsuł się głos a Kasi konto. Popsułam się też ja, bo jestem o rok starsza a każdy rok to kolejne straty w zdrowiu i urodzie. Ale nic to, bo cała reszta działała bez zarzutu. Co prawda był chaos i wariactwo, ale wyszło i się udało. Okres imprez urodzinowych, przeżyłam dzięki pomocy przyjaciół, wyrozumiałości dzieci i fantastycznej książce o makaronach spod pióra Gino D'acampo którą dostałam od Pani Złotej. 

Wiem, makaron jest banalną potrawą, ale ciężko zaserwować prosię w mandarynach jak każdy oczekuje węglowodanów, rucoli i wypoczętej jubilatki. Przez tydzień zjedliśmy tort i tartę śliwkową od Małgosi, brownie od Pauliny, 5 paczek rucoli, 5 kilogramów pomidorów, litr oliwy, 8 opakowań makaronu, 400 gram parmezanu, wina nie liczę, bo wstyd. W niedzielę zastrajkowałam i goście zjedli pizze na wynos. Był jeszcze wieczór sushi, który zrobili panowie, i śniadanie z Gretą Garbo. Gdynia była ciepła i wakacyjna, mąż wyrozumiały, dzieci rozbawione a ludzie kochani jak zawsze. Były tańce i rozmowy do rana o tym, że Polska jest zagłębiem uprawy karczocha i przetwórstwa mozarelli, a obiektyw w aparacie sam się nie połamał. Kto by pomyślał.

Z książki "Włoskie dania makaronowe" zaczerpnęłam przepis na Tagiatalle z karczochami i szynką parmeńską. Genialna sprawa. 

Dla 4 osób (u nas raz 3) potrzebujemy:

6 łyżek oliwy

2 czerwone cebule pokrojone w piórka

10 plastrów szynki parmeńskiej pociętych szerokie paski

10 serc karczochów w oleju

100 ml białego wytrawnego wina

3 łyżki posiekanej natki pietruszki 

500 g makaronu tagiatalle (użyłam ukochanego bavette, bo taki miałam i pięknie wyszło)

szklanka albo i więcej utartego świeżego parmezanu

sól pieprz

Wstawiamy wodę na makaron. Na oliwie smażymy cebulę z szynką. Po 5 minutach dodajemy karczochy, doprawiamy solą i pieprzem i smażymy kolejne 3 minuty. Woda się już powinna gotować a w niej nasz makaron. Do cebuli, szynki karczochów wlewamy wino i podgrzewamy minutę, żeby alkohol odparował. Odcedzamy ugotowany makaron, wkładamy go z powrotem do garnka, dodajemy sos, natkę pietruszki i już na talerzach posypujemy parmezanem. Proste, pyszne, towarzyskie. 

Jeszcze raz wszystkim dziękuję. Dzieciom, za to, że są śliczne, mądre i zdrowe. Kubie za miłość. Gosi za przyjaźń, ciasta i przytomność umysłu. Dziewczynom za poranne kawy, plotki i drożdżówki. Majce za stawianie do pionu i szkodniki. Rafałowi i Ani za magie rodziny i dwutlenek cyrkonu. Kiciusiom za wakacje i wariactwa. Łolczakowi za rozmowy o tym jak to było jak wszystko działało. Oli za rurę i kupę śmiechu. Golinie za cudo na ścianę i warkocz jak marzenie. Piotrowi i Oli za rajdy, zabawy i wino z dzikiem. Wszystkim dziękuję za zmywanie na zmianę, kalafiory, ziemniaki z fasolką, leżenie na plaży, leżenie na podłodze i materacach.

Hance dziękuję za szybowanie i szczypanie w ramiona! Bacci!

czwartek, 09 sierpnia 2012

Nie do końca wierzę w kucharzy z programów kulinarnych. Patrzę na to przez pryzmat zaplecza marketingowego, sztabu specjalistów i kuchni wywołującej kompleksy. Oczywiście żartuję, uwielbiam oglądać gotowanie na ekranie, problem w tym, że nie pamiętam przepisów, nie wiem co gotowali i czy miałabym na to ochotę i na koniec i tak jem kanapkę z serem. Ale jest wyjątek, program "Sekrety szefowej kuchni" http://www.kuchniaplus.pl/kuchnia_przepis_0-0-6937_spaghetti-bolognese.html. Ta pulchna blondynka, tłumaczy jak chłop krowie na roli, dlaczego mięso smażymy dopiero wtedy jak poleży trochę poza lodówką, a nie siedzi na plaży i je langusty skropione sokiem z granatów. Ona mnie edukuje. Dlatego z uwagą patrzę jej na ręce i chłonę wiedzę jak młody rekin. Zrobiłam według jej wskazówek najbardziej banalną potrawę na świecie - sos do spaghetti po bolońsku. I co? No i okazało się, że przez lata karmiłam rodzinę i przyjaciół czymś, co nawet nie leżało obok spaghetti.

Sos jest intensywny, pachnący, po prostu wspaniały. I ten trick z "przypalaniem" działa cuda!  Potrawa idealna na wieczór z gdyńską burzą, miską sałaty i tartą śliwkową od Gosi. 

09:44, gastromat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 lipca 2012

 

No i daliśmy przysłowiowego „dyla”. Zmęczeni zapachem farby i ścigani widmem nierozpakowanych kartonów, uciekliśmy na wieś. Szczęśliwie trąba powietrzna nas ominęła, załapaliśmy się na końcówkę poziomek i początek sezonu „kurkowego”.

Co roku mamy te same wyzwania. Po pierwsze, od czego zacząć? Od domalowania, podbicia i zabejcowania czy może od pocięcia drewna? Co sprzątać? Jak się pozbyć kuny, która głucha na argumenty, co roku wychowuje na naszym dachu małe kuniątka.

Kolejnym wyzwaniem jest logistyka. Co kupić i co jeść, żeby nie jeździć co dwa dni po 50 kilometrów do najbliższego sklepu i nie odżywiać się wyłącznie kiełbasą z grilla, bo to jest fajne tylko przez pierwsze 3 dni.

Na wsi jak to na wsi, największy problem stanowi zakup warzyw. Można kupić brokuły, karczochy, i hiszpańską cebulę, ale już pytanie o świeży koper skutkuje chichotem za ladą „przecież my tu wszystko mamy swoje pani”. Mam czasami wrażenie, że prościej tu kupić broń niż świeże owoce i warzywa. Co prawda są w okolicy plantacje truskawek, ale trzeba nabyć od razu tonę, a to się średnio kalkuluje. Nie mam wyboru i muszę hodować swoje. Dwa lata zajęło mi, przekonanie ojca, że pomidory w doniczkach mogą wyglądać równie pięknie jak rododendrony, a buraki i bazylia w skrzynkach, idealnie imitują pelargonie czy inne surfinie. Co dwa dni przychodziłam i łzawym głosem informowałam go, że „nie mam zupy dla dzieci, bo ostatnia marchewka została zjedzona dwa dni temu a w sklepie nie ma”, no i udało się. Co prawda w tym roku mam tylko zagon „cebuli siedmiolatki” i bazylię z „Reala” ale to nic. Patrzę z dumą na 4 krzaki pomidorów. Owoce już są i powinny dojrzeć w listopadzie. W sam raz.

Skoro chcemy jednak jadać lokalnie i w duchu „slow food”, polegam w związku z tym na mężu, który codziennie chodzi na ryby i udaje, że biorą i na sobie, chodzącej w towarzystwie kleszczy i komarów na kurki.

Podałabym chętnie przepis na jakąś bajerancką potrawę ze szczupaka, ale muszę go najpierw kupić. Co prawda mąż złapał dwa, ale jeden był za mały a drugi uciekł. Cwaniak.

Nie pozostaje mi nic innego, niż przepis na hit wiejskich kolacji tarasowych, czyli bób ze wszystkim.

pół kilograma ugotowanego i obranego bobu.

garść wędzonego boczku

obrana i poszatkowana cebula

dwie garście leśnych grzybów

Na patelni szklimy boczek z cebulą, jak już będą rumiane ale nie spieczone, dodajemy grzyby i smażymy przez 10 minut aż zmiękną. Dodajemy na końcu bób, trochę soli, pieprzu i smażymy kolejne 5 minut. Taki bób, po rozgnieceniu praską do ziemniaków, nadaje się idealnie jako farsz do pierogów. Ale skoro mam wakacje, to wolę robić coś przez 20 minut niż przez 4 godziny.

A teraz idę porozmawiać z pomidorami, żeby się wygłupiały i rosły równe i piękne.

16:47, gastromat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 lipca 2012

 

Nie wiem skąd u nas tyle dzieci, to znaczy wiem, ale nie do końca w to wierzę. Moja dwójka, Majki dwójka, Oli jedynka. I mnóstwo innych pięknych dzieci, które się u nas czasami albo codziennie bawią. Z egoistycznych powodów lubię jak są razem. Po pierwsze same się sobą zajmują, po drugie, ja lubię jak jest gwar. Trzeba się jednak do wizyty dzieci przygotować, bo to jest trochę walka o plaże Normandii. Ktoś musi być generałem i nie każdy może wygrać.

Nigdy nie wtrącamy się w afery. Czekamy do pierwszej krwi i nie reagujemy na płacze typu „a ona mi zabrała, a bo on mi włożył palec w oko i zabrał puzzle nazywając po drodze dziewuchą zaraz po tym jak mi wylał na głowę wodę po farbkach”. Ingerowanie w dziecięce awantury jest gorsze niż rozwód przyjaciół. Nikt nie wie kto zaczął i z jakiej przyczyny.

Wyciągamy plastikowe kubki i talerze, chowamy soki i porcelanę, a na podorędziu trzymamy wiadro farby, wałek, domestos i ręczniki papierowe. Przyda się też masa prześcieradeł, szampon z Zygzakiem dla chłopców i jakąś Królewną dla dziewczynek.

Gotujemy rzeczy bezpieczne, jak rosół, bób i parówki. Raz na jakiś czas zamawiamy pizze, tłumacząc dzieciom, że jest tylko w dwóch smakach - z salami i bez. Innej nie robią, bo to jest ekstrawagancka pizzeria.

Tak naprawdę, to szaleję na ich punkcie. Padam wieczorem na twarz, ale jestem bardzo szczęśliwa. Mogą mi zrobić dziurę w nowych szafkach (zrobiły), zalać płynem do baniek połowę ścian (polały), pomalować flamastrami kanapę (i owszem), ale jak je widzę, to bym je wzięła i zjadła, całując po drodze.

Zrobiłam więc gofry, bo tak sobie pomyślałam, że to jest fajna rzecz i zabawa na całego. http://www.seriouseats.com/recipes/2009/02/sunday-brunch-the-greatest-waffle-recipe-ever.html

Ponieważ używamy dwóch misek, zrobiłam podzespoły, dałam stołeczki i mikser, zawiązałam fartuszki i ściereczki. Wzięłam pod uwagę wiek, płeć i hierarchię. Godzinę się kłóciły kto co trzyma, kto co miesza i po co. Ale jak już gofry stały na stole, to patrząc na te dzieci, popłakałam się ze szczęścia. Że są z nami i są śliczne, zdrowe i bystre. Jak to dzieci. Niech się najedzą tymi goframi z cukrem pudrem i bitą śmietaną. Niech się wymieniają plastikowymi talerzami, chichrają, bo się wylało/wysypało. Pół dnia zabawy, bałagan w kuchni, a dla mnie morze wzruszenia. Kocham być mamą, ciocią prawdziwą i przyszywaną i jak kiedyś powiedzą, że mama/ciocia robi najlepsze gofry na świecie to dla mnie to będzie jak zobaczyć Rzym.

Bardzo Was kocham, i jak to kiedyś przeczytacie, to chciałabym żebyście pamiętali Zosiu, Jasiu, Franiu, Ignasiu, Antosiu, Piniu, Polu, Nelu, Szprotko, Stasiu, Marysiu, Zuziu, Maju, Maksiu, Adasiu, Karolinko i Milenko jak dużo radości mi dajecie i jakie to wielki szczęście mieć Was wszystkich razem, codziennie i czasami. A teraz idę po farbę i maluję ściany w nocy, żeby Kuba nie dostał zawału.

14:55, gastromat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 lipca 2012

Są takie wieczory, kiedy świat leży u naszych stóp. Przyjaciele przychodzą w poniedziałek, przynoszą gotowe ciasto na bliny, kawior z Moskwy i dobrą energię. Sadząją przy stole, świetnie karmią, puszczają psa cwałem i zabawiają nasze dzieci. 

Bardzo Was kocham i bycie "Lady Bowel" ma sens tylko wtedy, jak jesteście obok nas. 

14:38, gastromat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 czerwca 2012

Jak to jest z tymi bajglami? Bułeczka czy cosmopolitczyczny przysmak? Bajgle kojarzą mi się z Oslo, gdzie jadłam po raz pierwszy i z Nowym Jorkiem, w którym co prawda nigdy nie byłam, ale wyobrażam sobie, że jakbym była to na pewno bym się nimi zajadała patrząc na barwną ulicę.

Pijąc kawę i obserwując wiosenny tłum gdynian, pomyślałam sobie, że ta nasza Świętojańska to ma i swoich hipsterów i panów w garniturach i w ogóle jakoś tak "zagranicznie" to wszystko wygląda. Na dodatek, ktoś mądry i z pomysłem, otworzył niedaleko małe bistro z bajglami właśnie. Ameryka na całego!

Raz kozie śmierć, zrobiłam własnoręcznie bajgle. I wyszły! Wyszły wspaniałe. Nie wiem jak tego dokonałam, bo jestem antytalenciem w kwestiach cukierniczo - piekarniczych, ale wyszły! Przepis zaczerpnęłam z YouTube (sic!) http://www.youtube.com/watch?v=hrJ1zpJGrfA na którym dziarski piekarz z Brooklynu zawijał bajgle jednym zgrabnym ruchem i tłumaczył dlaczego trzeba, no po prostu koniecznie i musowo trzeba, mieć specjalną deseczkę do ich wypieku. Oczywiście żadnej deseczki nie użyłam, uznałam że resztki, które zostały po układaniu podłogi chyba się nie nadają ale i tak się upiekły. Ta tajemnicza substancja didactic malt, to nic innego jak słód jęczmienny.

 Na cześć bajgli - śniadanie nowojorskie na gdyńskim dachu z norweską rodziną królewską w tle.

 

11:45, gastromat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 czerwca 2012

Moja nowa sąsiadka ma hopla na punkcie zdrowej żywności, zdrowego trybu życia, ćwiczeń fizycznych i innych rzeczy tak bardzo mi obcych. Nie to, żebym się dała nawrócić, ale zaczęłam intensywniej myśleć o tym, czy da się zdrowiej żyć, nie zmieniając zbytnio trybu życia. No bo jak tak poczytać etykietki, to nawet to co zdrowe, zdrowym nie jest. Jogurt z tajemniczą gumą guar, chleb z nie wiem czym, ale na pewno nie z zakwasem, mięso z antybiotykami i marchew z azbestem - no prostu Czarnobyl.

Optymistycznie zakładam, że warzywa kupowane u zaprzyjaźnionych pań na gdyńskiej hali, są zdrowe, a mięso świeże i z chodzącej po polu istoty. A co z rzeczami, które kupuję gotowe? Weźmy lody. Nawet nie mówię o tych gałkowanych robionych z proszku, ale patrząc na skład tych produkowanych przez znane firmy, można dostać zawrotu głowy. 

Poczytałam przepisy i okazało się, że lody to najprostsza rzecz na świecie. Tak prosta, że pewnie wszyscy robią je od dawna w domu, a tylko ja naiwnie wspieram przemysł celebrytek. 

Mleko, śmietanka, cukier, wanilia, cytryna, żółtka, kaszubskie (a jakże) truskawki i zamrażalnik. Proste. 

Wlewamy 500 ml pełnotłustego mleka i 500 ml śmietanki kremówki do garnka o grubym dnie. Ukręcamy 8 żółtek ze szklaną cukru i opakowaniem cukru waniliowego. Pół kilograma truskawek kroimy na kawałeczki i posypujemy dwiema łyżkami cukru oraz skrapiamy sokiem z połowy cytryny. Stawiamy garnek z mlekiem na małym ogniu, dodajemy kogel mogel i podgrzewamy powoli, mieszając, aż masa zgęstnieje (około 8-10 minut). Zestawiamy z ognia, czekamy aż wystygnie. W tym czasie, rozdrabniamy truskawki w blenderze, którego niestety nie mogę znaleźć po przeprowadzce, więc użyłam w tym celu 4 letniej córki sąsiadów, która załatwiła sprawę przy pomocy widelca i pochlapanych ścian. Wystudzoną masę mleczno - jajeczną łączymy z truskawkami, całość przelewamy do miski i wstawiamy do zamrażalnika. Lody "robią" się około 5 godzin, trzeba je tylko co 45 minut wyciągnąć i przemieszać mikserem. Chodzi o to, żeby nie wytrąciły się kryształki lodu. Wyczytałam gdzieś, że można dodać do masy kieliszek wódki, która zapobiegnie temu procederowi, ale nawet ja nie jestem na tyle wyluzowana, żeby karmić dzieci alkoholem. 

Myślę, że można zastąpić śmietankę jogurtem, tylko trzeba go dodać na etapie truskawek. Odejmiemy sobie milion kalorii i nie będziemy świeciły oczami przed super zdrową sąsiadką, że tak ogólnie to jemy zdrowo, ale śmietanka milion procent musi być. 

15:19, gastromat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 czerwca 2012

Moi przyjaciele założyli (nie wiem czy słusznie), że jestem w stanie zrobić coś normalnego z czegoś dziwnego. Przyjmuję w prezencie różne sery, przyprawy o których nikt nie słyszał, czekoladę z wielbłądziego mleka i dropsy z durianów. Wujek Google i parę godzin przed komputerem, załatwiają zazwyczaj sprawę i okazuje się, że turecka przyprawa do ryb, smakuje wspaniale, trzeba ją tylko rozpuścić w oliwie z oliwek i każda turecka gospodyni o tym wie.

Niestety nie jestem Andrew Zimmermanem i w niedzielę, kiedy Kerry z Bartkiem przynieśli 1000 letnie chińskie jaja, poległam. 

Zjedliśmy miłą kolację, chłopcy przenieśli się w świat piłki nożnej, a te jajka, niczym bomba z opóźnionym zapłonem, czekały na jakieś decyzje.

W końcu Ola wstała od stołu i stwierdziła, że jak już są, to chociaż obierzmy jedno. Jak już leżało takie obrane, postanowiła je powąchać, po czym, zupełnie z zaskoku, odkroiła kawałek i zjadła...Jezu...Przypomniało mi się wtedy jak Krzysiek zwany "Dychą", w ramach zaimponowania kolegom, zjadł dżdżownicę pod trzepakiem. Coś w ten deseń. Tylko, wtedy mieliśmy po 10 lat a dżdżownice były za darmo, a teraz mamy ciut więcej a te jajka kosztują majątek i ciężko je dostać w sklepie osiedlowym. Więc poszłyśmy z Kerry po widelce i stało się. 

Tak, jajko jest ciemne w środku, białko jest czarno-zielone i przezroczyste, żółtko wygląda jak spopielone a zapach kojarzy się z przegotowanym o 20 minut jajkiem na twardo. Czysty siarkowodór. W sumie to zwykłe jajko, no może smak jest intensywniejszy i taki słodko słony. 

Zapamiętam tę kolację do końca życia i zawsze będę mogła powiedzieć, że i owszem jadłam takie cuda i, że owszem, owszem. Tak naprawdę, to nigdy tego nie powtórzę, ale jestem wdzięczna Kerry i Bartkowi, że mi zaufali i wprowadzili dreszczyk emocji w spokojną, wiosenną kuchnię. Natomiast Ola, pozostanie na zawsze, moim głośnym i piszczącym bohaterem!

10:32, gastromat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 czerwca 2012

Tak coś czułam. Wstałam rano i przeczuwałam klęskę. Nie byłam pewna, czy chodzi o mecz Polska - Krecik, czy o tartę ze szparagami. I jak mi ta tarta wyszła, to nie było zmiłuj - przegramy z knedlami. I przegraliśmy. Ale to nic. Umalowane dzieci pytające co 5 minut "tato, jesteś za białym czy czerwonym" (odprysk filmu Auta 2), dały świeżość i poczucie, że to nie jest koniec świata. Zapach z kuchni świadczył o tym, że kolacja się pięknie ugotowała. Goście zostali uprzedzeni, że nie pytamy się: co to spalony, kto gra z kim i o co gramy. Mąż załamany zszedł z kanapy, której jeszcze nie mamy i poczłapał do stołu. Siedział cichutko, łza kręciła się w oku, ręce bolały od gestykulacji, a gardło od krzyków. Zjadł tartę ze szparagami, przegryzł sałatą, popił sponsorem Euro 2012 i od razu świat nie był taki zły. 

Tarta ze szparagami dla męża na ciężki mecz i każdy jeden po nim:

Ciasto francuskie, 4 płaty mrożonego lub opakowanie świeżego

pęczek zielonych szparagów

2 szklanki startego ostrego sera, ja użyłam ementalera

szklanka cebuli dymki lub młodego pora

2 jajka rozmącone z 1/4 szklanką mleka

dwa plastry boczku , opcjonalnie

sól, pieprz i Czesi

Nagrzewamy piekarnik do 200 stopni, malujemy się w barwy narodowe.

Wykładamy tartownicę ciastem, posypujemy połową sera, kładziemy na cieście szparagi i dymkę/pory, wstawiamy do piekarnika na 10 minut. 

Wyjmujemy ciasto z piekarnika, psioczymy na Czechów i trenera Smudę.

Zalewamy jajkiem z mlekiem, posypujemy resztą sera i wstawiamy na kolejne 10 minut do piekarnika.

Tarta jest prostsza niż wyjście z grupy, lepsza niż chipsy i daje osłodę zbolałym kibicom. 

 

 

18:36, gastromat
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8