Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
środa, 13 czerwca 2012

Jako nowa gdynianka, poszłam dzisiaj zobaczyć stary/nowy dworzec kolejowy, zahaczając o gdyńską halę. Zapomniałam już, co się dzieje o tej porze roku z dobrami natury. Cuda wianki! Szparagi w normalnej cenie, truskawki prawie "kaszubskie", młoda kapusta, młoda włoszczyzna, koperek, pierwsze czereśnie, piwonie w rozkwicie, co tu kupić, co wybrać?! Początek czerwca jest jak piątkowy poranek, wiemy, że wszystko co najlepsze, jest przed nami.

Kuba kocha szparagi, ja pomidory, Zosia makaron i warzywa a Jasiek "klotleciki" czyli mięso w prawie każdej postaci. Czasu mamy mało, bo EURO samo się nie obejrzy a kartony same nie rozpakują, więc trzeba wszystko zrobić w jednym garnku. I to w jak najkrótszym czasie.

Na absolutnie fantastyczny makaron z biglem, jajem i zapachem, dla 4 osób, potrzebujemy:

350-400 gr. makaronu lasagna (każdy inny też się nada)

200 gr. wędzonego boczku, pokrojonego w kosteczkę

3-4 dojrzałe, świeże pomidory, obrane ze skórki, pokrojone, rozgniecione widelcem i posolone

pół pęczka, obranych zielonych szparagów

jedna młoda cebula, pokrojona na plastry 

świeże czerwone chilli, posiekane

dwa ząbki czosnku, rozgniecione

2 łyżki oliwy z oliwek

Gotujemy makaron.

W tym samym czasie, smażymy boczek na oliwie aż się zrumieni, ale nie tak zupełnie na chrupko. Dodajemy chilli, cebulę, szparagi, po minucie dodajemy czosnek i zaraz po nim pokrojone w kostkę pomidory, smażymy wszystko aż sos zgęstnieje-mniej więcej 10 minut. 

Mieszamy sos z ugotowanym makaronem. Kuba dołożył parmezan, Ola (nasza nowa sąsiadka) oliwę, dzieci sól a ja nie dodałam nic, bo dla mnie nie wystarczyło. Podjadłam resztki i cieszyłam się jak opętana, że Orły Franciszka tak zagrały!!! 

 

 

 

09:35, gastromat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 czerwca 2012

Już. Stało się. Przeprowadziliśmy się. Po 2 latach formalności, 3 miesiącach prac budowlanych i 3 tygodniach, malowania, pakowania, rozpakowywania, wizyt w IKEA i u psychoanalityka, plac budowy stał się domem. Pożegnanie z Panami Piotrami było bardzo wzruszające, wałki do farby stał się odległym wspomnieniem, a miny dzieci na widok nowych pokoi warte milion dolarów. Przy okazji przeprowadzki odkryłam różne rzeczy o których istnienia nie miałam pojęcia. Na przykład to, że pomimo wrodzonej niechęci do wysiłku fizycznego, jestem w stanie chodzić po schodach przez 2 tygodnie nosząc torby i kartony. I żyję. Co prawda zaraz po przeprowadzce uciekliśmy na wieś, ale ciągle myślę o tym, jak wiele udało nam się osiągnąć i z niecierpliwością czekam na ten nowy rozdział. A teraz zrobię coś, na co zawsze miałam ochotę. Zdjęcia "before-after" :)



12:15, gastromat
Link Komentarze (1) »
środa, 23 maja 2012

To kolejny wpis o tym, że kończymy remont, ale tym razem, to już naprawdę kończymy. Pogoda nam sprzyja, Panowie Piotrowie jakoś przeżyli mojego focha i pracują dalej. Ofiarnie spędzamy po parę godzin dziennie wdychając opary farby olejnej (to ja) i akrylowo lateksowej (to Kuba) szykując się do przeprowadzki. Dzieci przebywają coraz więcej czasu z dziadkami, a my organizujemy się tak, żeby nic nas nie rozpraszało. Kolor farby jest bardzo ważny, rodzaj wałka jest istotny, ale sprawą kluczową jest plan budowlano-żywieniowy. Kerry z Bartkiem, zarazili nas miłością do cypryjskiego sera Halloumi, grillowanego i podanego po prostu z sałatą. Ser kupujemy w pewnym znanym dyskoncie na L, ponieważ tylko tam występuje w normalnej cenie, i widać, że już się kończy (tak jak kultowe wino Palomar Creek Zinfandel), bo pocztą pantoflową, informujemy się nawzajem, gdzie jeszcze można znaleźć niebieskie kartoniki (centra miast odpadają). My na przykład wykupiliśmy cały zapas na Chyloni, także tam nie szukajcie. Po paru próbach, uznaliśmy, że najbardziej pasuje nam kombinacja sera i pomidorów z bazylią i czosnkiem. W sumie to żadna nowina, bo każdy kto mnie zna, wie, że ja pomidory z bazylią i alioli/aioli mogłabym jeść cały czas. No i arbuza. Tak więc cypryjski skarb plus pomidory i można malować w spokoju. W tym miejscu chciałam przeprosić SunnyJoanna, która dwa razy z rzędu dostała to samo na kolację a pewnie liczyła na jakąś różnorodność. 

Ser należy pokroić na pół centymetrowe plastry i smażyć na gorącej patelni z niewielką ilością tłuszczu. Może puszczać serwatkę ale nie należy się tym kompletnie przejmować. Taka jego uroda. 

Pomidory posypać pokrojoną bazylią i polać dwiema łyżkami oliwy roztartą z ząbkiem czosnku i szczyptą soli. 

Kuba pomalował ścianę na dramatyczny młotkowy kolor i jest piękna!

10:46, gastromat , remont
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 maja 2012

Wstałam w sobotę skoro świt, ubrałam się ciepło i udałam spacerkiem na moją ukochaną gdyńską halę. Kupiłam pyszne szparagi "oliwki" czyli te najcieńsze, zioła, młode ziemniaki, dwie prawie żywe kaczki, i już, już miałam wracać do domu kiedy u mojej Pani "od mięsa" odkryłam, przepiękną, skrajnie cudną, idealną-polędwicę wołową.

Zweryfikowałam szybko plany obiadu komunijnego, zamieniłam łososia na wołowinę. Była 9.00, słońce świeciło, wypiłam kawę, ogarnęłam szybko sytuację i zabrałam się do gotowania. Najpierw wstawiłam rosół z pieczonych warzyw. Miałam to zrobić w piątek ale, że przyjechały moje piękne skandynawskie szkodniki, zaryzykowałam, że zrobię wszystko w sobotę. Po rosole zabrałam się za mięso i kaczki. Kaczki zrobiłam jak zwykle, cudów nie było. Obejrzałam z atencją polędwicę, nasyciłam oczy, i zabrałam się za klasycznego Wellington'a. Podparłam się przepisem Gordona Ramsey'a, i nie żałowałam. Polędwica wyszła bosko, i przy najbliższej sprzyjającej okazji zrobię ją ponownie.

Kilogram polędwicy wołowej (cieńszy koniec)

250 gram pieczarek 

garść namoczonych suszonych prawdziwków

50 gram masła

spora gałązka świeżego tymianku

100 ml. wytrawnego białego wina

12 plastrów szynki typu prosciutto, ja użyłam tej ze znanego dyskontu na "L"

opakowanie 500g mrożonego ciasta francuskiego, najlepiej takiego w rolce

3 łyżki oliwy z oliwek

2 żółtka rozmącone z dwiema łyżkami zimnej wody

trochę mąki do rozwałkowania ciasta

Opis będzie długi, ale tak naprawdę nie jest to skomplikowana potrawa, opiera się bardziej na czasie pieczenia.

Polędwicę obsmażamy dokładnie z każdej strony na rozgrzanej oliwie. Wstawiamy do gorącego piekarnika (200 stopni) na mniej więcej 15-20 minut. Polędwica powinna być różowa w środku, więc można sprawdzić, rozkrawając ją u góry czy jest gotowa. Musimy pamiętać, że w trakcie docelowego pieczenia polędwica już się nie zmieni, jedynie podgrzeje. Mięso pozostawiamy do wystygnięcia. Wyciągamy ciasto francuskie żeby się rozmroziło. Kroimy pieczarki i odsączone prawdziwki najdrobniej jak się da, i dusimy na maśle na wolnym ogniu. Solimy, czekamy parę minut aż puszczą sok. Dolewamy wino, wkładamy tymianek, czekamy aż grzyby zmiękną a wino wyparuje. Wyciągamy tymianek. Farsz powinien być dość zwarty i odparowany. Pozostawiamy do wystygnięcia. Jak już polędwica i grzyby wystygną zaczynamy operację zawijania. Rozwałkowujemy ciasto w prostokąt który (musimy to sobie wizualnie wyobrazić) po zawinięciu zakryje polędwicę (mniej więcej 18 x 30 cm), tylko nie za cienko. Brzegi ciasta smarujemy jajkiem. Na ciasto kładziemy szynkę, plaster koło plastra. Na środku szynki układamy mięso. Polędwicę również smarujemy roztrzepanym jajkiem (farsz się będzie lepiej trzymał), obkładamy grzybami. Pewną ręką i bez strachu, zawijamy ciasto z dwóch stron do góry. Musimy sobie wyobrazić mięso które po pokrojeniu w plastry, będzie otoczone szynką, grzybami i ciastem. Górne brzegi ciasta sklejamy (posmarowaliśmy je już jajkiem), musimy starać się obkleić jak najciaśniej, żeby w środku nie było wolnej przestrzeni. Zawijamy boki do góry. Jak zabraknie ciasta, możemy odkroić brakujący kawałek i po prostu dokleić go z góry. Ciasto smarujemy z wierzchu żółtkiem które nam zostało, będzie się pięknie błyszczeć po upieczeniu i wstawiamy do lodówki. Ja przetrzymałam moje do niedzielnego poranka i upiekłam po przyjściu gości, w temperaturze 190 stopni przez 30 minut, czyli do momentu kiedy ciasto było złote i rumiane. Polędwicy się nie soli przed obróbką termiczną, więc warto postawić na stole sól:).

Trzymam kciuki za wszystkie "komunistki", na pewno się uda, w końcu podejmujemy obiadem ludzi których już znamy, więc nie ma co się strachać na zapas. Spędziłam co prawda całą sobotę w kuchni, za to niedziela poszła bardzo gładko. Podgrzewanie kaczek, pieczenie w tym samym piecu polędwicy, gotowanie ziemniaków i przygotowanie sałaty oraz szparagów, zajęło mi dokładnie tyle czasu ile moim gościom zajęło zjedzenie rosołu i chwila odpoczynku. Polecam również komunijny tort dziewczyn z www.wspanialetorty.blogspot.com, był prosty, szykowny i wszystkim smakował. Ba, ja go zrobiłam! A to jest rzecz praktycznie niemożliwa!

 

07:22, gastromat
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 maja 2012

Pomiędzy wyborem kolorów ścian, mierzeniem mebli i pakowaniem, muszę znaleźć czas na przygotowanie się do komunii. Co prawda z powodu niezaplanowanej majówki Panów Piotrów, szansa na obiad w nowym mieszkaniu, oddaliła się z prędkością światła ale działać trzeba. Mam już przystawkę, czas na dalszą część obiadu. Więc zupa. Wiem, że prochu nie wymyślę i zrobię po prostu rosół. Niby jest passe i aż by się chciało zaszaleć z jakimś kremem z białych warzyw, ale kto powiedział, że rosół nie może być wystrzałowy? 

Dla 15 osób potrzebujemy

4 litry wody

około 1,5-2,5 kg mięsa, ja daję połowę kurczaka rosołowego, kawałek szpondra i/albo pręgi wołowej

mały listek laurowy, 5 ziaren pieprzu, gałązka świeżego lubczyku

i teraz jest myk z warzywami

seler pokrojony w ćwiartki (seler daje ten specyficzny wytrawny posmak)

5 marchewek (marchew daje słodycz)

2 pietruszki (pietruszka daje lekkość)

jeden duży por (por daje warzywny posmak)

(obrane umyte)

2 cebule bez łupiny ale w całości (cebula daje kolor i podkreśla smak mięsa)

cała główka czosnku, nieobrana (czosnek jest zawsze dobry)

warzywa pieczemy w piekarniku, bez dodatku tłuszczu przez około 40 minut w temperaturze 200 stopni aż zbrązowieją. 

Mięso wkładamy do zimnej wody (tak żeby przykryła mięso) i gotujemy do momentu kiedy pojawi się pierwsze ścięte białko (około 20-30minut), wodę wylewamy. Dodajemy do mięsa świeżą wodę, wkładamy warzywa, listek i pieprz. Wstawiamy na najmniejszy ogień, i gotujemy dłuuuugo i po malutku, szumując z wierzchu co 15-20 minut. To zajmie przynajmniej 5-6 godzin. Gotujemy z uchyloną przykrywką, co może nie jest specjalnie ekologiczne, ale pozwoli wodzie trochę odparować, i zagęści smak. Zabójcze dla rosołu są: za wysoka temperatura gotowania i sól. Od "gotowania" a nie "migania" rosół mętniej a od soli, mięso robi się twarde na początku i nie oddaje smaku. Rosół można posolić jak jest już prawie gotowy czyli mięso jest miękkie. Ale nie później niż na pół godziny przed końcem. Lubczyk zastąpi nam jakże popularną "maggi" ale trzeba go dodać przed końcem gotowania i wyjąc po 10 minutach (jak zbrązowieje). Ponieważ rosół musi być czyściuteńki i bez skazy, przelewamy go przez sitko wyłożone gazą. Ponieważ życie bywa okrutne i zapowiadają podczas komunii burze i deszcz, proponuję wstawić rosół w sobotę, wiejska mądrość rzecze, że po burzy rosół kiśnie. Pojęcia nie mam dlaczego i czy aby na pewno, ale lepiej nie ryzykować.

07:59, gastromat , zupy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 kwietnia 2012

Moja piękna, mała córeczka, jest na tyle duża, że za dwa tygodnie przystępuje do Pierwszej Komunii. Ponieważ ciągle działam w trybie "hurraoptymizmu", zdecydowałam niefrasobliwie, że obiad komunijny przygotuję w domu. Nie martwię się o Panów Piotrów i termin oddania mieszkania, wiem, że dadzą radę. Muszą dać, uprzedziłam ich, że w przypadku tak zwanej "obsuwy", obiad komunijny będzie miał miejsce w domu jednego z nich. Martwię się o logistykę podawania potraw. Po prostu nie chcę stać cały czas w kuchni i zerkać nerwowo na zegarek. W związku z tym, od paru dni, pieczołowicie próbuję potrawy, które będą: 

a) uniwersalne

b) spodobają się Zosi i naszym gościom

c) ich przygotowanie nie jest zbyt skomplikowane

d) mogą stać i czekać na podanie

I to wcale nie jest takie proste. Teoretycznie, mogę upiec 5 kaczek oraz zamówić tort, cały urok w tym, że obiecałam Zosi biało-różowe menu, biało-różowy stół i biało-różową atmosferę. Póki co, opracowałam przystawkę, uważam, że jest piękna i bardzo smaczna. I może stać od piątku w lodówce. Ba, ona musi stać 2 dni lodówce! Łosoś w buraczkach. 

Dla 15 osób potrzebujemy:

filet z łososia, ze skórą ale bez ości 

szklankę soli morskiej

dwie łyżki cukru trzcinowego

3 buraki, obrane i pokrojone na cieniuteńkie plastry (ok.300 gram)

50 ml wódki

cytrynę (sok plus otarta skórka)

3 łyżki stołowe utartego chrzanu, musi być surowy

Filet z łososia kładziemy skórą do dołu na folii spożywczej. Nacieramy solą morską, cukrem, chrzanem, polewamy wódką i sokiem z całej cytryny, posypujemy skórką cytrynową i burakami pokrojonymi w plastry. Nacieramy najmocniej jak się da. Owijamy szczelnie folią i na wierzch kładziemy duży talerz z obciążeniem (słoiki z dżemem, zapeklowana kaczka, no w każdym bądź razie coś bardzo ciężkiego) i wkładamy do lodówki. Po paru godzinach, odlewamy soki, uważając, żeby nie wyrzucić buraczków z dodatkami. Trzymamy w lodówce mniej więcej półtorej doby. Czyli, wstawiamy w piątek do lodówki, wyciągamy w niedzielę komunijną rano, kroimy na cieniuteńkie plasterki i podajemy z rucolą. Potem możemy nalewać zupę - rosół z pieczonych warzyw. Ale o tym za parę dni. Muszę dopracować szczegóły. A tak naprawdę, to muszę się zastanowić, czy obiad nie będzie jednak u Panów Piotrów. 

21:09, gastromat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Z powodu końcówki remontu, po raz pierwszy, od wielu wielu lat, spędzimy długi weekend majowy w mieście. Ponieważ kawa nie wyklucza herbaty, zrobimy majówkę bez majówki.  Zamiast malowania słupków na tarasie, będziemy malować meble dzieci, zamiast dosadzania krzaków, przesadzimy kwiaty po przeprowadzce. Zamiast grilla na tarasie, zrobimy "grill" w piekarniku. Widok na Gdynię zastąpi widok na jezioro. I bardzo się z tego cieszę. 

Ten pierwszy majówkowy grill, zawsze był specjalny, zwiastował lato i wszystko co najlepsze. Postaram się, odtworzyć go w centrum miasta.

Tak naprawdę, to na wsi zazwyczaj grilujemy, pewne znane kiełbaski pieprzowe, z pewnego znanego sklepu, ale na to nie potrzeba przepisu. Postanowiłam więc, zaczerpnąć ze źródełka wiedzy mistrzów czyli amerykańskiego bbq. Lektura przepisów na podstawowe sosy, zajęła mi dwa dni. Co tam się dzieje! Czyste szaleństwo! Kentucky style, Alabama style, do żeberek, do kurczaka, z sokiem jabłkowym, bez soku jabłkowego. Nie wiedziałam od czego zacząć, więc zaczęłam od początku. 

Klasyczny "Kansas city rib sauce"-mój absolutny faworyt (póki co, bo ja się dopiero rozkręcam w tej materii)

potrzebujemy

1 szklankę ketchupu, ja użyłam "Heinz first harvest"

1/4 szklanki wody

1/4 szklanki octu jabłkowego

1/4 szklanki melasy z buraków albo ciemnego cukru

3 łyżki oliwy z drugiego tłoczenia

2 łyżki słodkiej papryki 

1 łyżkę sproszkowanego chilli

1 łyżeczkę pieprzu cayenne

2-3 zgniecione ząbki czosnku

łyżeczkę soli

W garnku o grubym dnie, podsmażamy czosnek na oliwie aż się niebezpiecznie zabrązowi (ryzykowne, ale o dziwo pasuje), dodajemy resztę składników i gotujemy na wolnym ogniu przez 15 minut. Pycha!

St.Louis BBQ sauce-równie pyszny, acz delikatniejszy

potrzebujemy

2 szklanki ketczupu

1/2 szklanki wody

1/3 szklanki octu jabłkowego

1/3 szklanki brązowego cukru

2 łyżki ostrej musztardy

1 łyżkę sproszkowanej cebuli

1 łyżkę sproszkowanego czosnku

1 łyżeczkę pieprzu cayenne

Wszystkie składniki gotujemy na wolnym ogniu przez 30 minut. 

Użyłam sosów na dwa sposoby, zamarynowałam w nich skrzydełka kurcząt, zostawiłam w lodówce na parę godzin po czym piekłam w piekarniku przez 30-40 minut, potem podkręciłam temperaturę do 230 stopni, poczekałam aż się zrumienią i będą wyglądały jakbyśmy właśnie zdjęli je z ogrodowego grilla. Resztę sosów pozostawiłam do "maczania". 25 osób zjadło 1,5 kilograma skrzydełek, 3 kilogramy pieczonych ziemniaków i 3 kilogramy pomidorów z fetą i bazylią. Słońce świeciło na prowizoryczny stół, Gdynia odbijała się w oknach, deszcz pachniał wiosną, mieszkanie cekolem, kable wystawały ze ścian a na środku stałam ja, szczęśliwa i wzruszona:) Niech żyją miejskie majówki i remonty!

18:57, gastromat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 kwietnia 2012

Po ciężkawych świętach, mąż kazał mi się "wyluzować". Spędziłam więc wtorek na kanapie, dojadając resztki mazurka i oglądając Top Chef na kuchnia.tv. Uczestnicy gotowali potrawy w jakiejś kalifornijskiej winnicy i wyglądało to bajecznie. Nie jestem w stanie nawet przypomnieć sobie co takiego przygotowali, ale byłam oszołomiona.  I nagle doznałam olśnienia, na które czekałam tyle lat! To co nas otacza, powinno być inspiracją a nie dosłownym przekazem wpędzającym nas w kompleksy. Można posłuchać tych wielkich kucharzy, zrozumieć ich kunszt i opinie krytyków, ale do głowy nam nie przyjdzie odtworzenie tych potraw w domu. Można obejrzeć wspaniałe wielkanocne stoły spod reki Marthy Stewart, ale stresowanie się, że nasz tak nie wygląda, jest bez sensu. I to jest właśnie moje wyzwolenie! Gdybym podała wczorajszą sałatkę z programu Top Chef (ugotowany burak z ugotowaną marchewką polane pesto z natki marchewki) mojej rodzinie, prędzej bym się spodziewała pytania "co to jest???" niż pytania "czy mogłabym opisać skąd moja inspiracja do użycia tak prostych acz wyrafinowanych produktów, których smak podkreśla pora dnia, a wino Pinot Grigio zamyka ten smak w spójną całość". Czymże bowiem jest sałatka z ugotowanego buraka, połączonego z ugotowaną marchewką i polana sosem ze zmiksowanej marchwianej naci. W amerykańskim programie, na tle wzgórz i zachodzącego słońca, to jest coś super. Oczywiście można się stresować, że nie umiemy przygotować musu z jeżowca z jakąś nutą, tylko po co? Można kibicować Kevinowi i podziwiać krajobrazy a w tym samym czasie ugotować barszcz babci Halinki który podziwia nasza rodzina. Kawa nie wyklucza herbaty jak mawia klasyk i nie ma co się wpędzać w kompleksy.

Ta zupa jest wspomnieniem lata, czasów kiedy mięso było na kartki a grządki buraków rosły koło wanny wypełnionej deszczówką. 

Potrzebujemy:

litr wywaru z warzyw, dosyć intensywny, ale bez dodatku przypraw typu liść laurowy

5 buraków wielkości piłek tenisowych, nieobranych i ugotowanych w całości w niewielkiej ilości wody (zajmuje to mniej więcej 45 minut i wymaga dolewania wody)

4 ziemniaki obrane i pokrojone w kostkę

2 łyżki kwaśnej śmietany

łyżka utartego czosnku

łyżka koperku

pół łyżeczki lekkiego octu lub szczypta kwasku (sok z cytryny powoduje, że zupa pachnie deserowo)

sól

Kasia lubi polać zupę rumianymi kawałkami boczku, też fajnie

Ugotowane buraki obieramy ze skórki, i jeszcze ciepłe ścieramy na tarce o dużych oczkach. Zakwaszamy buraki nie straciły koloru, dodajemy czosnek, cukier, sól i zalewamy ciepłą wodą, tak żeby przykrywała je w misce. Chodzi o to, żeby buraki oddały jeszcze trochę koloru do wody którą potem dodamy do zupy. Czekamy aż buraki wystygną. Ziemniaki gotujemy w wywarze i jak już są prawie miękkie, skręcamy ogień na minimum i dodajemy buraki razem z wodą w której leżały. I teraz są dwie szkoły, moja ciocia dodaje tylko połowę buraków i całą wodę, ja dodaję całość, wtedy zupa jest gęstsza. Wlewamy śmietanę (można dodać do niej łyżkę stołową mąki, ale to nie jest konieczne) i koperek. Wyłączamy gaz. Zupy nie wolno zagotować, bo buraki zrobią się brązowe. Ale można ją delikatnie podgrzewać. Ponieważ zupa ma bardzo intensywny kolor najlepiej podawać ją na ceracie albo jeść jak mango w wannie, bo na pewno wyleje się z talerza, zachlapie ulubioną białą bluzkę i skapnie na obrus po babci.

I tak wyluzowana idę do moich Panów Piotrów, podziwiać moje mieszkanie i cieszyć się, że mam widok na odnowiony budynek znanej firmy i nie martwić się, że nie mam widoku na kalifornijskie wzgórza.

11:38, gastromat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 kwietnia 2012

Nie mam czasu gotować, pić kawy, zajmować się dziećmi, nie mam na nic czasu, ponieważ Panowie Piotrowie mają budowlane ADHD i czas się pakować na okoliczność przeprowadzki. Obejrzałam jeszcze puste mieszkanie w piątek rano, pojechałam z Kubą do IKEA, wróciłam po południu i otwierając z impetem drzwi wpadłam na ścianę. Człowiek wyjdzie na chwilę, a tu mieszkanie stoi. Praca wre. Kurz osiadł, a Pan Piotr zaczął się nawet delikatnie uśmiechać. Nie wiem czemu te ściany tak mnie szokują, niby rozumiem, że Panowie się tego uczyli, skończyli w tym kierunku jakąś szkołę, że są teraz super profile i karton gipsy. Ale jak można w jeden dzień postawić wszystkie ściany?! Jednym słowem, świat jest pełen tajemnic i tak jak nie zrozumiem działania telewizora i zmywarki, tak nie zrozumiem jak się stawia ściany. Pewnie gdzieś tam, z tyłu głowy, pozostał mi obraz robotników sprzed 100 lat, z kielnią w dłoni i kaszkietem na głowie. Więc znowu mnie ciągnie do rozmyślań nad starą Gdynią, skoro wybudowali to miasto przy pomocy kielni i kaszkietu, to musieli być wielkiego ducha. Musiał być jakiś Pan Piotr, który wiedział co robi, musiał być jakiś wywiad środowiskowy skąd się bierze cegły, jakaś droga, którą te cegły wożono. No po prostu rewelacja! I pewnie gdzieś tam siedziała jakaś Pani, która gotowała obiady na cały dzień, dawała mleko w kance i też nie miała na nic czasu. Świat się zmienia, ale pewne rzeczy pozostają niezmienione. 

Chwalę dzień przed zachodem słońca, cieszę się widokiem i zrobiłam dla Panów Piotrów super męskie kanapki z antrykotem według przepisu Jamiego Oliviera. Ba, nawet sama upiekłam ciabattę! Skorzystałam z przepisu http://www.bbc.co.uk/food/recipes/ciabatta_85453 i wyszła wspaniała. 

Nie jest to fizyka jądrowa, przepis jest prosty i pewnie popularny, ale zrobiłam wszystkim wielką radochę i sobie w sumie też. 

Potrzebujemy

Kawałek antrykotu wołowego, taki klasyczny plaster waży około 300 gram

ruccole, sałatę lodową

parę plastrów cienko pokrojonego boczku

4 łyżki musztardy

2 łyżki chrzanu

czerwoną cebulę pokrojoną w plastry

oliwę z oliwek

rozmaryn, najlepiej świeży

sok z połowy cytryny

no i oczywiście ciabattę

Antrykot rozbijamy wałkiem do ciasta, nacieramy solą i pieprzem, sokiem z cytryny i rozmarynem. Zostawiamy w lodówce na minimum godzinę. 

Ciabattę kroimy na pół, pieczemy chwilę w piekarniku, żeby się podgrzała

Antrykot smażymy na gorącej patelni i wstawiamy na 5 minut do piekarnika, w którym podgrzewa się ciabatta

Smażymy boczek

Przekrawamy ciabattę wzdłuż, polewamy oliwą

Smarujemy ciabattę musztardą, kładziemy sałatę, cebulę, mięso, boczek, smarujemy u góry chrzanem. Przygniatamy na chwilę z góry i kroimy na plastry. Wiem, że to banał, ale na nic innego nie mam czasu. Idę się pakować i przekładać mentalnie święta.

10:06, gastromat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 marca 2012

Okazało się, że z góry nikt nie spadł, rusztowanie stoi, parapety są całe tak jak i chodnik pod nami. Każdy, kto mnie zapewniał, że wyburzenie takiej ściany nie grozi śmiercią i katastrofą budowlaną, miał rację. Hałas był umiarkowany, zostało sporo cegieł rozbiórkowych, słońce świeci, jednym słowem - same plusy. Widok na Gdynię się powiększył i moim oczom ukazała się łąka krokusów. Mogłam się tego spodziewać, bo Pani która w Moim Mieście zajmuje się tak zwaną "zielenią", przypomina mi Diarmuida Gavina, oczywiście nie z wyglądu, tylko z niekonwencjonalnych rozwiązań. Pola krokusów w centrum miasta, zagony słoneczników na Różowej drodze, brzozy w donicach. Szaleństwo, szaleństwo, szaleństwo. Próbowałam namówić Panów Piotrów na głęboką rozmowę z pogranicza architektury i nowoczesnych rozwiązań, ale jedyne co usłyszałam to "no, to będzie pani miała okien do mycia!". No tak, oni przez tą dziurę widzą garaże i za dużo okien do mycia, a ja zaczęłam łączyć fakty i wyszło mi, że skoro krokusy, że mycie okien, no to wiosna. A jak wiosna to i Wielkanoc. Wojtek się uparł, że muszę sama zakwasić zakwas na żur i tak długo mi o tym przypominał, że się poddałam i nastawiłam. Zajmuje to co prawda jakieś 4 minuty, ale w ferworze walki i remontu, poddałabym się dyktatowi Pań z hali i skorzystała z ich gotowców. Nie mam pojęcia co jeszcze będę robić, ale pomyślałam dzisiaj o jajkach z pastą łososiową. I co dalej? Pewnie zestaw obowiązkowy czyli mazurek, ale tylko kajmakowy, sernik bez niczego i chyba gęś, bo skoro mamy mało gości to taka gęś będzie akurat. 

Więc specjalnie dla Wojtka zakwas na żur

700 ml przegotowanej, letniej wody wymieszaj ze szklanką mąki żytniej, dodaj dwa ząbki rozgniecionego czosnku, wodę wlewaj powoli, inaczej robią się grudy. Odstaw na parę godzin, zamieszaj i przelej do słoja, kamionki, czegokolwiek co ma ścianki i co można przykryć z wierzchu lnianą ściereczką. Postaw w ciemnym miejscu na przykład tam w rogu, za ekspresem. Powąchaj po 4 dniach, jak pachnie żurkiem to fajnie, jak nie to poczekaj jeszcze ze dwa dni. I już.

Wywar do żuru. 

1,5 litra wody

około 700-800 gram wędzonych żeberek

dwie cebule

główka czosnku

marchewka, pietruszka, kawałek selera, spora garść suszonych grzybów

łyżka stołowa albo nawet dwie, chrzanu

250 ml kwaśnej śmietany 

2 łyżki majeranku

liść laurowy, 10 ziarenek pieprzu

Wszystko razem (za wyjątkiem śmietany i chrzanu) gotujemy w mniej więcej litrze wody, aż żeberka zmiękną. Jak wywar będzie za bardzo esencjonalny, to dolejesz wody, ale pamiętaj, że dodasz jeszcze zakwas, który w sumie też jest wodą. Jak już wywar będzie gotowy, włóż do niego białą kiełbasę (myślę, że wystarczy 6-8 sztuk) tak na 10 minut i pogotuj jeszcze. Wyjmij kiełbasę, odłóż żeby ostygła. Możesz potem część kiełbasy pokroić i dodać do zupy, a pozostałą upiec w piekarniku z cebulą, jabłkiem i odrobiną octu balsamicznego. Mięso z żeberek jest dla Maja. Teraz dodajemy zakwas żuru, mniej więcej pół litra, ja lubię "zabełtać" z mąką trochę, wtedy jest taki treściwszy. Gotujemy aż mąka się ugotuje (naprawdę) i nie będzie już smakowało surowizną. To ci zajmie jakieś 10-15 minut. Dodajemy chrzan i śmietanę. Dobrze jest śmietanę ogrzać chochelką żuru, żeby się wszystko nie zwarzyło. Resztę zakwasu, zwłaszcza tę mąkę, można odstawić do lodówki i użyć ponownie do kolejnego zakwasu (szybciej się kwasi).

Łosoś do jajek

250 gram wędzonego łososia (może być sałatkowy, i tak zostanie zblendowany)

110 gram serka typu Philadelphia

2 łyżki śmietany 18%

łyżka chrzanu

sok z połowy cytryny

po łyżeczce siekanego koperku i szczypiorku

biały pieprz, trochę soli, szczypta cukru

Wszystko za wyjątkiem koperku i szczypiorku blendujemy w blenderze, ale krótko, tylko tak żeby łosoś się rozdrobnił. Dodajemy zieleninę i sprawdzamy smak. Można to odchudzić na potrzeby pilota oblatywacza, ale nie wiem czy ma to jakikolwiek sens. I tak sobie dzisiaj spróbowałam i przepis może nie jest specjalnie odkrywczy, ale z ugotowanym jajkiem smakował divine. Zrobię jeszcze pastę z pstrąga, taką jak już robiłam do mezze - powinno być super.

Idę oglądać krokusy i robić zdjęcia dziury.

15:55, gastromat
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8