Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
poniedziałek, 26 marca 2012

Przy akompaniamencie gruzu rozbryzgującego się o parapet i styropianowego deszczu, Panowie Piotrowie zaczęli usuwać fragment ściany pod nasze wielkie okno. Nie wiem dlaczego, ale ta część prac wywołuje u mnie przerażenie. Na nic zapewnienia mądrych tego świata, że to nie jest taka straszna operacja, i że wszystko pójdzie dobrze. Na nic kreślone przez inżynierów plany i przewidywany przebieg robót. Jedyne co widzę, to tona cegieł, która spada z 4 piętra, a za nią jeden z Piotrów uczepiony resztek rusztowania. I to wszystko na moich oczach. Z drugiej strony nie mogę doczekać się pełnego otworu i okna z widokiem na Gdynię. Znalazłam niedawno zdjęcie mojej kamienicy z majestatycznym polem pod oknami. Widziałam tych wszystkich ludzi, którzy mieszkali tu przede mną, a sympatyczny starszy Pan wytłumaczył mi kiedyś, że mieszkali tu robotnicy budujący kolej, a na tym polu rosły ziemniaki, którymi się żywili.  Myślałam o nich patrząc na 100 letnie śmieci pod drewnianą podłogą i uzmysłowiłam sobie, że Gdynia zawsze kojarzyła mi się z pracą. Moi rodzice poznali się w gdyńskim PLO, jeździli do pracy w Gdyni, większość wujków i ciotek pracowała w branży morskiej, wszyscy jeździli na halę gdyńską po gumę do żucia i niemiecką kawę. Babcia Kuby pracowała w zarządzie Portu Gdynia i wspominała statki z owocami i węglem. Moja mama pracowała krótko w firmie, która wywoływała dreszcz emocji u wszystkich dzieci, słynnym PolCargo, które odpowiadało, jeśli dobrze zrozumiałam, za kontrolę  ładunków przypływających do gdyńskiego portu. I to nie był tylko węgiel i stal, to były przede wszystkim dobra luksusowe tamtych czasów, czyli bakalie i owoce. Rewelacja! Więc naturalny podział był taki, mieszka się w Sopocie, a pracuje i robi zakupy w Gdyni. Dopiero teraz uzmysłowiłam sobie, że w Gdyni też się mieszka. Ja mieszam w Gdyni. Nie widzę już słodkich sopockich kamieniczek, widzę majestatyczne, praktyczne i jasne budynki z czasów rozwoju Gdyni i bardzo mi się ten widok podoba. Idąc wczoraj na zakupy rozmawialiśmy z Kubą o kolacji, a ponieważ mój mąż jest na granicy obłędu starając się spiąć w sensowną całość kolejne ekipy montujące cuda współczesnego świata, takie jak prąd i bieżąca woda, jedyne co mogę zrobić, to przystawać na jego zachcianki kulinarne. Oprócz makaronu z prawdziwkami, Kuba kocha polędwicę z gorgonzolą według przepisu Ryśków. Od słowa do słowa, zeszło na babcię, powiedziała kiedyś przy kolacji, że na M/S Stefan Batory przypłynęła gorgonzola. Było to dla niego równie klarowne, jakby powiedziała coś po koreańsku.

A teraz proszę bardzo, wiadomo czym ten ser jest i z czym się go je. Z polędwiczką wieprzową. Ta sympatyczna potrawa, może stać w piekarniku i czekać na gości. Można ją serwować z dodatkami, ale można też saute. W dużym naczyniu jak i w malutkich kamionkach i wtedy wygląda po prostu fantastycznie. Ciężko podać proporcje, bo polędwica polędwicy nierówna więc stosujemy podział matematyczny. Na plaster polędwiczki o grubości 3 cm, "wchodzi" różyczka brokuła, plaster pomidora i hojna łyżka gorgonzoli. 

Dla 4 osób, potrzebujemy:

dwie polędwiczki wieprzowe pokrojone na 3 cm plastry i rozgniecione palcami

3-4 pomidory pokrojone na 0,5 cm plastry

dwa brokuły krótko obgotowane na parze

300 gram gorgonzoli albo innego niebieskiego sera, wymieszane na w miarę gładką masę ze 100 gramami majonezu

łyżkę stołową soli selerowej

Plastry polędwicy obsmażamy krótko na patelni, solimy solą selerową, przekładamy do żaroodpornego naczynia (musi nam wyjść jedna warstwa)

Na to kładziemy brokuły, na brokuły pomidory, na pomidory masę serową i pieczemy w temperaturze 200 stopni około 30 minut. Można ją potrzymać dłużej w piekarniku, tak aż brokuły się rozpadną i zagęszczą sos serowy, a można (ja tak preferuję) doprowadzić tylko do rozpuszczenia sera i zachowania warzyw w zwartej formie. Trzeba wtedy uważać na "surowość" polędwicy, bo wieprzowina musi być upieczona i żadne tam krwiste kawałki nie wchodzą w grę. 

Idę dalej myśleć o Gdyni.

12:07, gastromat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 marca 2012

Musiałam zrobić coś dobrego w poprzednim życiu, bo prace na strychu przebiegają prawie gładko. Nie to żebym chwaliła dzień przed zachodem słońca i mówiła hop przed skokiem, ale tfu tfu odpukać, nie jest źle. Ekipa Piotrów uwija się jak w ukropie kując, szpachlując i dźwigając. Piotr od elektryki ma twórcze podejście do tematu i stosuje ciekawe rozwiązania. Sąsiedzkie emocje opadły, system mycia klatki opanowany został do perfekcji i nawet nowatorska metoda ocieplania pianką, zdała egzamin. Nie obeszło się bez tradycyjnych narzekań i tarć między wykonawcami, że elektryk mógł zacząć od drugiej ściany a hydraulicy zostawili bałagan, ale to są naprawdę detale. Patrząc przez okno i widząc słońce, zaczynam się nawet cieszyć, że to wszystko się już dzieje. Pewnie, że wolałabym ekipę z Extreme Makeover Home Edition, która zabierze mi klucz od strychu, wyśle na karaibskie wakacje, a potem pokaże gotowe cuda wianki oraz podaruje samochód, ale i tak nie mam prawa narzekać. W związku z tym, postanowiłam poświęcić więcej czasu na sprawy kuchenne, i zrobić potrawę której przygotowanie zajmie mi więcej czasu niż odgrzanie babcinych pierogów czyli gołąbki. Poza tym lubię gołąbki. To jest mój i Królewny soul food. Moje gołąbki przygotowywała mama, przykryte z wierchu spieczonymi liśćmi kapusty, te jego gotowały ciotki z Sosnowca, w sosie pomidorowym serwowane z ziemniakami. Jest jeszcze jeden powód dla którego zamieszczam ten przepis, on nie zawiera ryżu, więc idealnie nadaje się na obiad przy diecie niskowęglowodanowej, a na takiej właśnie, jest mój dobry duch z Lipowej, który każe mi myć podłogi jak mam doła. 

Najlepiej przygotować sobie wszystko na dzień przed gotowaniem, żeby nie parzyć rąk.

Potrzebujemy sporą główkę włoskiej kapusty (biała kapusta ma liście które lubią pękać, więc te karbowane liście włoskiej są praktyczniejsze) i obgotowujemy partiami. Czyli, usuwamy głąb, wkładamy kapustę do garnka z gotującą się wodą i jak liście z wierzchu zmiękną, wyciągamy, odkrawamy miękkie liście i dalej gotujemy, wyciągamy za jakiś czas odkrawamy kolejne miękkie liście i tak do momentu jak się nam skończy kapusta. Odkładam na durszlak, żeby troszkę obciekły. Łatwiej się je potem zawija. Musimy uważać, żeby nie rozgotować kapusty przed dalszą obróbką, i pamiętać, że one spędzą jeszcze trochę czasu w piekarniku. Głąb dzielimy sprawiedliwe na 4 części i 3 oddajemy rodzinie do pochrupania, jedną część chrupiemy same.

Teraz farsz. Ponieważ jest bez ryżu, potrzebujemy oprócz mięsa trochę grzybów. Na pół kilograma mielonej wieprzowiny, ja daję 30 dkg pieczarek pokrojonych w kosteczkę i uduszonych z jedną cebulą na maśle. Mieszam mięso z grzybami, solę, pieprzę i dodaję siekany koperek. Mniej więcej łyżeczkę.

Do tego dodaję dwa plastry wędzonego boczku, pokrojonego w kosteczkę i usmażonego.

Z każdego liścia "skrawam" z góry tą łodyżkę u nasady liścia. Nie wykrawam jej w całości, tylko tak skrawam żeby była cieńsza, unikniemy tym samym problemów przy zawijaniu i liść nie będzie "sprężynował". Patent babci Halinki.

Ponieważ nie umiem zobrazować jak się zawija gołąbki, mogę tylko założyć, że każdy widział jak robią to nasze matki i babki.

Najlepiej zacząć od największych liści, żeby się trochę "rozruszać". Zawinięte gołąbki obsmażamy partiami na patelni. I teraz są dwie szkoły. Mama Hania układała je w brytfannie i zalewała kombinacją rosołu i sosu sojowego w proporcjach - 3 szklanki rosołu i pół szklanki sosu sojowego. Do tego wrzucała trochę suszonych grzybów. Zalewała tym płynem gołąbki i piekła w 180 stopniach przez około 45 minut. I to jest fantastyczny przepis.

Ja robię je jeszcze w wersji klasycznej, dla Królewny, czyli obsmażone wkładam do naczynia żaroodpornego, pokrywam posoloną passatą pomidorową i piekę również przez 45 minut w 180 stopniach.

Najlepiej podać oba rodzaje, obiad nie będzie taki monotonny. Z gotowaniem jest tak jak z muzyką, wszystkie hity już powstały, ale to nic, u mnie w domu hasło "zrobiłam gołąbki" działa jak zaproszenie na bal do Opery Wiedeńskiej, wszyscy przyjdą, każdy zje i poczuje się wyjątkowo. 

11:33, gastromat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 marca 2012

Jako matka z 8 letnim stażem, mam dwie wąskie specjalizacje - rosół i pieczony kurczak. Rosół jak to rosół, w każdym domu jest inny i podawanie przepisu jest herezją i bezczelnym wkraczaniem w cudzą prywatność, bo ta wiedza przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. U nas w domu, dodaje się na przykład kiszony koperek. Czy ktoś używa kiszonego kopru w domu? My tak. Za to kurczak jest potrawą otwartą kulturowo i dosyć mocno eksploatowaną w naszym domu. Po pierwsze, unikam tym samym grymaszenia przy stole i rozmów z cyklu "Mamo co to jest? Mięso. A jakie? Wołowina. A dlaczego ono jest takie ciemne? Bo mięsko wołowe jest ciemniejsze niż kurczak. A dlaczego? Nie wiem, po prostu jest. A dlaczego nie ma kurczaka? I tak w kółko. Dlatego piekę tego kurczaka, gotuję ryż, piekę ziemniaki, daję bułkę i jest cisza. Dla mnie kurczak jest jak kaszmirowy szary sweter, zawsze elegancki i do wszystkiego pasuje. 

Wczoraj Zosia wyprawiała urodzinową kolację dla ciotek i wujków, więc pozwoliłam jej ułożyć menu. Po drobnych perturbacjach i tłumaczeniu, że kanapki z nutellą oraz racuchy z cukrem pudrem niespecjalnie nadają się dla dorosłych, stanęło na drobiu. Nawet mi to pasowało, bo ciągle siedzę psychicznie na budowie i najchętniej jadłabym w kółko zupę ogórkową, i to od babci, żeby nie musieć gotować. Ponieważ zakupy spożywcze zostały sprytnie wplecione w zakupy w Castoramie, musiałam udać się na nie z mężem. Chodzenie z mężem po sklepie kojarzy mi się parą, która przemierza hipermarketowo/halowe alejki w pewien charakterystyczny sposób. Układ jest mniej więcej taki sam - Pan stoi z koszykiem na szczycie regału, opiera się przedramieniami o poręcz wózka, a w głębi półek stoi Pani i się "konsultuje". Pan ma nieobecny wzrok, jest ciut znudzony i pooglądałby Kowalczyk na Jedynce, za to Pani, traktuje (tak jak i ja) całą sprawę bardzo poważnie. Taka randka "na siłę".Dlatego nie chodzę z mężem do sklepów, bo ktoś tak samo może pomyśleć o nas i pisze teraz na jakimś innym blogu, że widział parę w sklepie składającą się z koszykarza i krasnoludkowej, która odchodząc na dwa kroki, słyszała za plecami "Po co idziesz? Po makaron. Ale przecież jest makaron w domu! Jesteś pewien, że jest, bo chyba nie ma? Na pewno jest! No to jak nie będzie, to wyjdziesz i kupisz pod domem ok? W sumie to teraz nie wiem czy jest, to może weź ten makaron". 

Przeleciałam szybko listę zakupów i wyczytałam spomiędzy 3 x Cekol, 2 x pusz. z gruntem, 3 kurczaki z Podlasia i Gęś z postawionym obok pytajnikiem, omijając  zgrabnie pozycje z 30xpłyt osb i gips, zapr. tynk. reczny Goldband, globall taśm.pak.akryl.brąz, doczytałam, że brakuje w domu mleka, a zaraz za stelaż.podtynk 2,60 m znalazłam enigmatyczne, "coś do kolacji" i grzyby, które napisane z dużej litery wydawały mi się przez chwilę, preparatem na grzyby ścienne. Wzięłam eko kury, gęsi nie było, kaczki nie było, więc się chciałam skonsultować z mężem, czy brać coś w zamian, na co on, patrząc w sufit, stwierdził, że nie wie, że zje sobie jakąś kanapkę, bo przecież ON KUR NIE JADA! Jezu, przecież on nie jada kur! Zarżnęłam go tą kurą przez te 8 lat, wychodzi mu już dziurkami w nosie! Woli zjeść kanapki niż kury! Rozwód! Po krótkich pertraktacjach i używaniu często magicznego słowa "Kochanie", zaczarowałam go makaronem z prawdziwkami, który Kuba może jeść zawsze i wszędzie i nie rozumie dlaczego nie jemy go codziennie. Ba, dlaczego inni ludzie nie jedzą go codziennie! Przepis na żelazne danie mojego męża już się tu pojawiło, więc podam na tylko przepis kurkę.

Musiałam jakoś oszukać gości i zracjonalizować fakt, że będą sałaty z włoskim winegretem, który zrobiły Gosia z Kerry, rucola z parmezanem i oliwą, pieczone ziemniaki z czosnkiem, kurczak z cytryną i do tego.... makaron z grzybami. Nie pamiętam jak to zrobiłam, bo dużo się działo ale chyba nikt nie zwrócił na to uwagi. 

Kurczak z cytryną

Pół kostki masła, utarte/zmiksowane z otartą skórką z jednej cytryny, dwoma ząbkami czosnku i łyżeczką soli, trzeba wepchnąć pomiędzy skórę a mięso. Nie wiem, czy to klarownie brzmi, ale trzeba po prostu włożyć palce pod skórę na piersiach i oderwać takie małe ścięgienka (?) i w tą pustą przestrzeń nawpychać w miarę równo masło z czosnkiem. Nacieramy solą skórę, i już. Do środka kurczaka wkładamy połowę cytryny i dwie gałązki bazylii.

Kurczak z summakiem

Pisałam już, że od czasu kiedy Paulina zdradziła mi summak, jako magiczny dodatek do hummusu, ja dodaję go do wszystkiego. Po prostu oszalałam na jego punkcie! Więc bierzemy drugiego kurczaka, nic nie odrywamy, tylko nacieramy go obficie z wierzchu summakiem i solą morską. Tu również wkładamy połówkę cytryny i dwie gałązki mięty. Prawda, że proste? 

Pieczemy kurczaki, w temperaturze nie przekraczającej 130-150 stopni przez jakieś 2-3 godziny, w zależności od wielkości kurczaków, podlewając tym co się z niego wytopiło jak się nam przypomni, potem kolejne 15 minut w 180 stopniach, żeby skórka się zrumieniła. 

 

Ponieważ tak surowy jak i pieczony kurczak są mało fotogeniczne, Bogu dziękowałam, że zdjęć nie robił Piotr, bo umarłby chyba z braku koncepcji i weny twórczej. Dlatego umieściłam przykładowe zdjęcia kurczaka z summakiem i genialny tort od dziewczyn z www.wspanialetorty.blogspot.com, który został zjedzony w 30 sekund! Nie wiem czy tak wygląda klasyczny kinderbal, ale nasz był fajny. Teraz muszę zebrać siły na jutrzejsze potyczki budowlane, więc idę zażyć codzienną porcję neospasminy.

piątek, 16 marca 2012

Rano poczułam się jak w XIX wiecznym Paryżu. Wiosna za oknem, kawa na stole, a w tle-budowa wieży Eiffle'a. 

Ponieważ pozbawiamy naszą kamienicę fragmentu ściany szczytowej, celem wmontowania fantastycznej szklanej powierzchni, wywołującej zachwyt u naszych gości, trzeba było zamówić wzmocnienia stropów. Aby uniknąć sytuacji, w której doprowadzamy do największej katastrofy budowlanej ostatniego ćwierćwiecza, mąż zadzwonił do chorwackich przemytników (naprawdę) i zamówił dwie 360 kilogramowe sztaby. Pan Piotr z Panem Piotrem uznali, że dźwig jest dla mięczaków i oni sami je wniosą, ot tak po prostu, po schodach na 4 piętro. Przecież 130 lat temu, jakiś Pierre, dźwigał stalowe elementy na wieżę i nie miał do dyspozycji żurawia, a wieża stoi do dziś i ma się dobrze. Wiadomo, że na męską dumę i polskie "co? ja nie dam rady?", po prostu nie ma sposobu, więc spuściliśmy pokornie głowy i nawet zadeklarowaliśmy, że pomożemy. Okazało się, że samo zdjęcie szyn z samochodu przekraczało możliwości Pana Piotra, ale do odważnych świat należy i po dwóch dziurach w chodniku, udało im się "zwalić" (ciężko to nazwać zniesieniem) ustrojstwo z paki. Po konsultacjach z naszą panią konstruktor, co to wygląda jak Ania Rubik, dostaliśmy jej zgodę na przepołowienie szyn i wniesienie ich partiami. Uff. "Uff" trwało godzinkę bo okazało się, że nawet przepołowiona szyna waży ciut za dużo. Wyjrzałam z grzeczności przez drzwi, życząc powodzenia i z przerażeniem odkryłam, że ta gigantyczna masa stali została obwiązana czymś, co przypominało raczej niebieski bandaż, a nie poważny sznur, który udźwignie 150 kilogramów. Próżno było szukać jakichś bloczków czy kasków na głowach, a jedynym zabezpieczeniem, był  stojący na dole praktykant, który jak rozumiem, miał chyba złapać spadającą 360 kilogramową masę. Sądząc po okrzykach przerażenia, bandaż się rwał, Pan Piotr wykrzykiwał coś o szaleńcach i dam sobie rękę uciąć, że słyszałam przez chwilę płacz i szlochanie. Po godzinie walenia, w zabytkowe tralki na klatce, udało im się jakoś dotachać całość na górę i zapanowała cisza. W międzyczasie, przyszedł Pan z elektrowni zaplombować licznik więc chcąc nie chcąc, poczłapałam na górę. Podarte nitki bandaża fruwały majestatycznie w powietrzu, na potłuczonych schodach leżały resztki balustrady, a ze ścian spływała krew pomieszana z potem. Na strychu stała grupa sapiących mężczyzn, a w ich oczach czaił się strach. Drżącym głosem zapytałam Pana Piotra czy już skończyli i czy praktykant żyje. Na co Pan Piotr tryumfalnie oznajmił "no i jak Pani Kierowniczko? Da się? Da się!" po czym dodał uspokajające "Pani się nie martwi, to się zaszpachluje i nic nie będzie widać". Teraz czekam na nasze sąsiadki i samowładczych kierowników budowy, będą mieli tematy do rozmów na cały weekend.

Ponieważ miał być to blog kulinarny, dodam na koniec, że jutro Zosia ma urodzinowy obiad dla koleżanek, kolację dla dorosłych oraz śniadanie dla Ryśków w niedzielę. Więc się nagotuję po kokardy i może nawet zdejmę to aparatem.

18:13, gastromat
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 marca 2012

Parę lat temu, obiecałam sobie, że już nigdy, przenigdy, nawet za milion lat, nie będę już adaptować żadnego strychu, komórki, piwnicy, no po prostu niczego co wymaga choćby jednego zezwolenia i fachowców. Miałam plan, że raz na rok, pomaluję nasze mieszkanie (sama), na świeży i modny kolor, i to by było na tyle. Pojawienie się dzieci, zweryfikowało nasze potrzeby lokalowe, i rok temu, po wielkich bojach, przypominających jako żywo awanturę o krzyż smoleński, kupiliśmy strych nad nami.

W teorii, moja sytuacja życiowa jest inna niż 12 lat temu, kiedy po raz pierwszy adaptowałam strych. Teraz mam już męża,  pewną praktykę w "adaptacji pomieszczeń niemieszkalnych na mieszkalne",  jestem "otrzaskana" w przepisach, procedurach i pułapkach remontowo-budowlanych. W praktyce, po zaledwie 8 dniach od rozpoczęcia budowy, znowu mam 22 lata i kołyszę się nerwowo co wieczór, plując sobie w brodę i obgryzając paznokcie.

Przez pierwszy rok, bawiliśmy się z sąsiadami w złego i dobrego mieszkańca. Oni nas sądem i wieczną pokutą, my ich racjonalnymi argumentami, że skoro się zgodzili, to już trochę "po ptakach" i zawsze mogą się odwołać. I, że mimo wszystko ich lubimy. Po drodze pojawiła się Unia Europejska i jej "nowe dyrektywy" dotyczące składu farby, koloru i rozstawu poręczy, ilości robotników na budowie oraz ich zróżnicowania religijno-etnicznego. Na koniec doszła straż pożarna, która po 5 miesiącach audytu p-poż, kazała zburzyć naszą przedwojenną kamienicę, ponieważ ona nie spełnia absolutnie żadnych standardów i pali się żywym płomieniem od samego patrzenia. Jedynie Urząd Miasta i Pan Konserwator, zachowywali się ludzko i godnie. 

Plan był świetny, zakładaliśmy mariaż naszych dotychczasowych doświadczeń remontowych, ze świetnym gustem i dyscypliną finansową. Podczas wesołych kolacji z architektem, przy lampce wina, oglądaliśmy, szwajcarskie projekty loftów, zastanawiając się, czy Nowy Jork, już jest passe czy jeszcze nie.

Z każdym kolejnym miesiącem zamienialiśmy kolejno, podłogi z eukaliptusa na sosnę, meble z Mesmetric'a na Ikea, a farby Benjamin Moore, na Duluxa w promocji. Ze 100 calowego tv "Bang&Olufsen" przerzuciliśmy się na pożyczenie od teściów Unitry oraz radiobudzika.

Dlatego od 8 dni, o 8.00 rano, stają w moich drzwiach panowie z przyklejonym na stałe papierosem, pustym wiadrem na wodę i kablem od przedłużacza oraz obowiązkowym "dzień dobry pani kierowniczko". Zaraz po nich, pojawiają się sąsiedzi z pretensją, że po pierwsze zabrałam im strych który oni mieli "od powojnia" i na domiar złego, przeprowadzam tam remont. Około 10.00 pojawia się grupa ciekawskich pod oknem, która głośno komentuje jakość robót, naszą ekipę oraz postęp prac. Potem dzwonią Panowie "od gruzu" i każą przestawiać wszystkie samochodu na podwórku, bo nie mogą wjechać. Potem dzwonią śmieciarze, że teraz oni nie mogą wjechać.  Około 13.00 wymykam się chyłkiem po dzieci i traktując je jako żywe tarcze, wracam na pole bitwy wysłuchując głośnych komentarzy i pokrzykiwań na chodniku. Następnie wraca Kuba, z przyklejonym telefonem do ucha, i dzwoni do Panów "od gruzu", żeby zabrali samochód, bo nikt nie może wjechać. Dzień kończymy wizytą "pana kierownika ekipy budowlanej", który uzbrojony w specyficzny wyraz twarzy, przynosi kolejne faktury na jakieś absurdalne kwoty. Zamiast kolacji jest mycie schodów, zamiast lampki wina jest lampka neospasminy, zamiast oglądania tv, zastanawianie się czy potrzebujemy tak pilnie bieżącej wody, bo ludzie kiedyś jej nie mieli i, jakoś żyli. Po tych 8 dniach, odnoszę również wrażenie, że wszyscy nazywają się "Pan Piotr" i to do niego można się zgłosić z wnioskami, albo po wiadro.

Ponieważ wiemy, że jak przy każdym szanującym się remoncie, zaraz skończą nam się pieniądze, cierpliwość i wzajemny szacunek, jadę dzisiaj do babci Halinki, która przeżyła okupację, więc może podrzuci mi 10 sposobów na "tanie i smaczne potrawy z buraka i ziemniaka".

10:00, gastromat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 marca 2012

Pozostawiona sama sobie, na calutkie 26 dni, jadłam głównie chińskie zupki i suchy chleb, ale jak mąż powrócił z zaśnieżonych Bałkanów, a dzieci  z polarnych  ferii u dziadków, trzeba było zaopatrzyć lodówkę i przypomnieć sobie gdzie są garnki. Ponieważ Kuba oszalał, i przywiózł 18 kilo parmezanu, sto salami, wiadro oliwek i paletę wina, nie dało się inaczej jak tylko gotować po włosku. Do tego wszystkiego, przyszedł jeszcze Piotr F, który nie dość, że jest zdolnym architektem, to jeszcze się ściga, ma włoskie korzenie i skład wina pod peżotem. Ale nie jakieś tam merloty, tylko rubinowe cuda, do których konieczny był dekanter, skupienie i mlaskanie. Jeżeli zew podróży, porwie kogoś na Sardynie (ja się nie wybieram, bo się boję wysp, no chyba, że chodzi o wyspy z palmami wtedy przełamuję opór) to proszę sobie, nawet nie kupić, tylko nakupować, tego oto wina: http://www.sellaandmosca.com/sella-and-mosca-marchese-di-villamarina.asp#.Tzjm1Od6WRE.facebook. To będzie najlepiej wydane ileśtam euro w Waszym życiu. Więc z takim winem, z takimi przyjaciółmi i z taką zawartością lodówki, zabrałam się za gotowanie włoskich zrazów, czyli braciole. 

Nie jest to jakoś specjalnie skomplikowana potrawa, ale przepisy się różnią i ciężko się na coś zdecydować. Były takie z jednego kawałka mięsa, były takie co miały prosciutto, piniole i miętę. Zrobiłam więc dwie wersje, zaprosiłam zestaw obowiązkowy gości i czekałam na opinie. Niczego mądrego się nie dowiedziałam, bo Wojtek wolał gotowane, Piotr F wolał pieczone, mój tato był w szoku że umiem gotować, Piotr L jadł to pierwszy raz w życiu, a Kubie było obojętnie, jadł i kiwał głową, że super. Ja się skłaniam bardziej do opinii Piotra F, że chyba lepsze pieczone. Ale w sumie, te gotowane też były pyszne, nie wiem, nie wiem, ciężki wybór. Jedno jest pewne, super smakowały z focaccią i rucolą. No i z winem. Okazja była idealna, bo oprócz powrotu męża, Jasiek miał urodziny. Zaskoczył mnie tym, że w styczniu miał 7 miesięcy a 3 marca kończył 4 lata i gotował razem ze mną. Niebywała rzecz. 

Dla 5 rosłych mężczyzn i jednej mnie, potrzebujemy

2 puszki pomidorów w całości, bez skórki

4 kartoniki pomidorów pokrojonych w kostkę

4 cebule

główkę czosnku (pół do sosu drugie pół do nadzienia)

patyczki albo inny przyrząd do zatrzymania zrazików w jednym kawałku 

kilogram wołowiny zrazowej pokrojonej na plastry i rozbitej do granic możliwości

dwie szklanki  nadzienia które robi się mniej więcej tak 

30-40 cm bagietki "z wczoraj" miksujemy w blenderze ze szklanką parmezanu albo peccorino romano (mało czuć różnicę), dwiema czubatymi łyżkami natki pietruszki i 10 listkami świeżej bazylii. Na koniec dodajemy (już nie miksujemy) utarty z oliwą czosnek (sporo tego czosnku, ja dałam 6 ząbków, bo teraz czosnek jest ciut bez smaku). Miksujemy tak, żeby bułka się rozdrobniła i połączyła z serem a zioła pozostały w małych kawałeczkach. 

Na każdym plastrze wołowiny rozsmarowujemy nadzienie z bułki, zawijamy jak zrazy albo w rulonik jeśli plaster jest za mały (ja tak miałam) i spinamy wykałaczką/obwiązujemy sznurkiem/nie robimy nic i się modlimy żeby się nie rozpadły

Obsmażamy na patelni (bo niby na czym mamy obsmażać)

W duuuuużym garnku, szklimy na oliwie czosnek i cebulę, dodajemy wszystkie puszki i kartoniki z pomidorami (najlepiej otwarte), dodajemy sól i cukier. Nie wiem ile, na oko 2 łyżki soli i łyżkę cukru, ale jest szansa, że dałam więcej. Trzeba próbować i tyle. Gotujemy sos 5 minut i wkładamy do niego (bardzo ostrożnie) zrazy, gotujemy na mini ogniu aż będą miękkie (1-1.5 godziny). Dolałam trochę wody w trakcie gotowania, ale nie wiem czy to jest konieczne. Dolałam i już.

Jeżeli bliższa wam jest wersja Piotra F, z pieczeniem, to trzeba te zraziki przełożyć do żaroodpornego naczynia, polać sosem z dużego garnka, przykryć folią, i piec przez około godzinę w 190 stopniach.

Chciałam w tym miejscu przeprosić moich fanów "gotowania i picia wina w tym samym czasie", że mało ostatnio pisałam o potrawach z winem. Możemy się umówić, że potrzebujemy do tego sosu lampkę carmenery którą dodajemy na początku gotowania. A z pozostałą ilością można zrobić dowolne rzeczy. Ponieważ jednak, czerwone wino nie powinno stać otwarte dłużej niż parę godzin....

 

poniedziałek, 06 lutego 2012

Egzotyczny miesiąc, wlókł się niemożebnie. Potykałam się co chwilę, a to o brak odpowiednich produktów, naczyń i wiarygodnych przepisów, a to o brak świeżej kolendry i konieczność gotowania osobnych potraw dla dzieci. Zweryfikowałam mnóstwo smaków, przyzwyczajeń kulinarnych i musiałam w sumie, nauczyć się na nowo gotować. Bałam się, że wok się pali, że chilli może nas zabić i musiałam się bronić przed zrobieniem curry dla Patki, bo ja po prostu nie przepadam za mlekiem kokosowym. 

Mam jednak parę wolnych wniosków.

Po pierwsze:  Wszystko co zrobiłam, było w sumie bardzo łatwe i szybko można "załapać" co z czym i po co. Po paru przepisach, odkryłam, jaki smak daje świeże, a jakie, tłuczone chilli, po co się dodaje ocet, i dlaczego gotowce do smażenia na woku, są totalnie beznadziejne w smaku.

Po drugie: Znalazłam bardzo fajne sklepy internetowe, bez których byłoby mi bardzo ciężko. Pierwszy z nich to www.kuchniachinska.pl, w którym kupiłam boski wok i koszyczki do gotowania na parze. Drugi to www.przepisychinskie.pl który pomógł mi znaleźć przyprawy, octy i oleje, rzadko spotykane w polskich sklepach. Na pewno będę tam zaglądać. Zwłaszcza, że wszystko co kupiłam wystarcza na "paręnaście" gotowań, i teraz zarówno ja jak i Patka, w której kuchni to wszystko się dzieje, możemy po prostu otworzyć lodówkę i powiedzieć "dzisiaj będzie pad thai", i już.

Po trzecie: Potrawy były bardzo piękne, i nawet wybredny Piotr, który robi im zdjęcia, po raz pierwszy nie wywracał oczami, przy kolejnych miseczkach. 

Po czwarte: Jako jedyna nie schudłam! Po miesiącu jadania 5 minutowych potraw,  Patka wygląda jak Kate Moss, Kuba jak Sam Worthington, Piotr jak Bradzia Picia, a ja ciągle wyglądam jak Magda Gessler. Zaczynam poważnie zastanawiać się nad kokainą z rana albo opaską gastryczną.

Po piąte: Jedynym powodem, dla którego odstawiłabym teraz, palenie, wino, i przełożyła kosztowny remont, jest nieprzeparta wprost chęć powrotu do Tajlandii. Zwłaszcza teraz, kiedy moi ukochani podróżnicy-Kasia i Rafał, wrócili z kolejnej azjatyckiej wyprawy i przywieźli mi piękne zdjęcia, które tu zamieszczam za ich zgodą i błogosławieństwem.

Dzisiaj, podaję ostatni planowany przepis, niestety bez zdjęcia finalnej potrawy. Po prostu była tak genialna, że zjedliśmy ją, zanim Piotr zdążył powiedzieć "idę po aparat". 

Tradycyjnie dla 4 osób. Kate, Sama, Brada i Magdy

6 pojedynczych piersi z kurczaka, albo 8 wyfiletowanych bioderek (czerwone mięso jest według mnie o niebo lepsze) pokrojonych w kosteczkę 2,5 cm na 2,5 cm.

7,5 cm świeżego utartego imbiru (imbir można mrozić, nawet się lepiej trze i zawsze jest pod ręką)

2 łyżki oleju sezamowego

4 łyżki oleju arachidowego

1 cebula lub dwie szalotki, pokrojone w piórka

2 ząbki zgniecionego czosnku

6 małych pieczarek

łyżeczka soli

połowa małej albo 1/4 dużej kapusty pekińskiej, posiekanej

pęczek posiekanej cebulki dymki

4 łyżki jasnego sosu sojowego

po łyżeczce sosu rybnego i cukru palmowego

50 gram orzechów nerkowcach, uprażonych

ryż albo makaron ryżowy

Marynujemy kurczaka z imbirem i olejem sezamowym, wstawiamy do lodówki na 2-3 godziny

 

Na woku podgrzewamy olej, dodajemy cebulę i czosnek i smażymy szybko na średnim ogniu, tak żeby czosnek się nie spalił. Dodajemy kurczaka, podkręcamy ogień i smażymy kolejne 3 minuty. Dodajemy grzyby, sól, połowę kapusty pekińskiej i połowę dymki. Smażymy kolejne 4 minuty. Potem polewamy sosem sojowym, sosem rybnym, posypujemy cukrem i smażymy prze 2-3 minuty. Na końcu dodajemy orzechy i pozostałą część dymki. Proste, pyszne, chyba moje ulubione. 

 

 

14:05, gastromat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 lutego 2012

 

Przyszedł czas na klasyk nad klasykami. Sławne tajskie pad thai, które jest potrawą tyle łatwą, co bardzo trudną. Składniki są tak proste jak się da i w związku z tym, diabeł tkwi w szczegółach. W tym wypadku, ten szczegół, to makaron. Okazało się, że makaron ryżowy, też można rozgotować, można kupić taki, który jest słabej jakości. Można przesmażyć go na woku, doprowadzając całość, do konsystencji brei. Im dłużej czytałam rady innych blogowiczów, na temat tej potrawy, tym bardziej czułam się bezradna. W sumie, jedyne co łączyło przepisy, był wyżej wymieniony, gruby makaron, jajka i surowe orzeszki ziemne. Tak jak w polskim bigosie, niby tylko kapusta, mięso i grzyby - ale co dom to inna potrawa i sekretne dodatki. 

 

Wybrałam przepis z "Thai kitchen" dla M&S, ale to nie jest moje ostatnie słowo, bo chodzi mi po głowie pad thai z blogu: http://www.shesimmers.com/2011/05/pad-thai-recipe-part-one-pan-and.html. Jak zrobię, to napiszę coś więcej. Póki co, przepis basic.

Tradycyjnie-dla 4 osób

duże opakowanie makaronu ryżowego wstążki, namoczonego na 10 minut w wrzątku

2 łyżki oleju arachidowego

4 posiekane cebule dymki

2 rozgniecione ząbki czosnku

2 posiekane papryczki chilli (użyłam czerwonych i zostawiłam pestki)

pokrojona w paseczki polędwiczka wieprzowa (moja miała około 300 gram)

250 gram ugotowanych krewetek bez pancerza

sok z jednej limonki

2 łyżki sosu rybnego

2 rozmącone jajka

garść  zblanszowanej zielonej fasolki (można opuścić, dziury w niebie nie będzie)

szklanka obranych, surowych, orzeszków ziemnych, posiekanych

garść posiekanej kolendry

 

Na gorącym oleju smażymy przez 2 minuty cebule, czosnek i chilli. Nie mają się usmażyć, bardziej olej ma przejść ich smakiem. Dodajemy polędwicę i smażymy kolejne parę minut aż leciutko zbrązowieje. Dodajemy krewetki, sok z limonki, sos rybny i jajka. Mieszamy energicznie i smażymy aż jajka się zetną i pokryją cuda w woku. Dodajemy odsączony makaron, orzeszki i smażymy przez kolejne 30 sekund. Posypujemy kolendrą. Proste, pyszne, bardzo klasyczne. Jednak chodzi mi po głowie, ten przepis z "shesimmers", a tam jest pasta z tamandarynowca, więc smak będzie inny. No nic zobaczymy. Chciałam od razu ucałować, moją grupę podróżników, która utknęła w śniegu, w dalekiej Malej Losinj. U nas nie jest  lepiej! I obiecuję, że poprawię gatunek drzewa i jego odległość od działa.


poniedziałek, 16 stycznia 2012

 

Ostatnie gotowania, wyglądają jak żywcem wyjęte, z "Kuchni pełnej niespodzianek" duetu Mann i Materna. Niby wiem czego mogę się spodziewać, ale na końcu zawsze jest drapanie po głowie, i pytanie "czy ja to lubię?". W całej tej masie przepisów, które przerabiamy, są hity i kity. Wczoraj na przykład była wieprzowina z winem ryżowym i sama nie wiem, czy ja to lubię? Dlatego kity, z oczywistych względów, pomijam. Skupię się na hitach. 

 Jednym z nich, jest przepis na wołowinę z zieloną fasolą. Zresztą umówmy się, wszystko co zawiera w sobie polędwicę wołową, musi być świetne. I już i koniec i kropka. W oryginale, serwowana jest ze swoistego rodzaju ostrym ryżem, ale ilość chilli, przyswojona przez nas, w ostatnich 2 tygodniach, dawno przekroczyła jakiekolwiek normy. To prawdziwy cud, że oprócz zatartych oczu, nie ma innych strat w organiźmie. 

 

Potrzebujemy

350 gram polędwicy wołowej, pociętej w cieniutkie paseczki

2 łyżki oleju arachidowego do smażenia

1 słodką cebulę, pokrojoną na ćwiartki

1 czerwoną paprykę, pokrojoną w paski

4 zielone fasole mamut, pokrojone na 4 cm paski i zblanszowane przez parę minut w gorącej wodzie

2.5 cm imbiru, obranego ze skórki i posiekanego

kolby mini kukurydzy

6 łyżek sosu ostrygowego

2 łyżki jasnego sosu sojowego

1 łyżeczka cukru trzcinowego

świeża kolendra

 

Na gorącym woku, smażymy przez pół minuty cebulę, paprykę, kukurydzę, fasolę i imbir, potem dodajemy wołowinę i smażymy kolejne 3-4 minuty, aż mięso się zrumieni. Dodajemy sos ostrygowy, sojowy, cukier i smażymy kolejne 3 minuty.  Do tego ryż (jaśminowy oczywiście) i świeża kolendra.

 

Tak, to jest hit.


piątek, 13 stycznia 2012

 

Po paru dniach gotowania w tajskim stylu, odkryłam, że dodanie do czegokolwiek chilli, kolendry, cebuli dymki, sosu rybnego i oleju sezamowego, czyni to coś tajskim daniem. Kupiłam więc papier ryżowy i zrobiłam pierożki. Takie dim sumy. Po paru próbach odkryłam, że po pierwsze, papier musi mieć najmniejszą średnicę (16cm), trzeba robić małe kulki do nadzienia, i że chiński koszyczek do gotowania na parze, był zakupem roku. Pierożki wyszły takie śliczne i smaczne, że nawet Piotr, który na zmianę z moim mężem, robi wszystkie piękne zdjęcia na tego bloga (te mniej piękne robię ja) i zazwyczaj klnie, że coś jest niefotogeniczne, teraz się chyba nawet uśmiechał pod nosem. No po prostu są cudne!

Ponieważ dopiero się z nimi mierzyłam, potraktowałam je jako przystawkę. 

 

Zanim zaczniemy cokolwiek robić, musimy zmoczyć wszystkie dostępne w domu ścierki, i przy ich pomocy namoczyć płaty papieru. Nie wiem jak mam opisać ten skomplikowany proces. Może tak. Moczymy ściereczkę (czystą), kładziemy w pionie na blacie, na górze układamy płat papieru i przykrywamy tą częścią która jest wolna. Na górę już zawiniętej pierwszej ściereczki,kładziemy kolejny płat papieru. Na to kładziemy kolejną ściereczkę i na jej górnej części kładziemy papier, zawijamy wolną częścią i tak dalej. Papier się moczy około 10 minut i w tym czasie możemy przygotować nadzienie.

 

0.5 kilograma mielonej łopatki wieprzowej

łyżka oleju sezamowego

łyżka sosu rybnego

dwie łyżki jasnego sosu sojowego

posiekana papryczka chilli

dwie posiekane cebule dymki

garść posiekanej kolendry

garść posiekanych białych części od kapusty pekińskiej

3 posiekane grzyby shitake

zgnieciony ząbek czosnku

sparzone zielone części cebuli dymki do zawiązania pierożków u góry

 

Sos do maczania (można zrobić na początku, żeby składniki pięknie się zmacerowały)

2 łyżki sosu rybnego

1 łyżka octu ryżowego

4 łyżeczki wody

2 łyżeczki cukru

łyżka sosu sojowego

1 posiekana papryczka chilli

posiekany ząbek czosnku

wszystko razem mieszamy, odstawiamy na trochę

 

I teraz musimy pamiętać o dwóch ważnych rzeczach. Papier ryżowy jest bardzo cienki i delikatny, więc kuleczki mięsa muszą być malutkie, żeby zdążyły się ugotować, zanim ciasto się rozpadnie. Gotują się mniej więcej 7 minut, ale to tak naprawdę jest bardziej kwestia oceny wzrokowej w trakcie gotowania. Na przykład Patka wszystkie dostała na wpół surowe :)

Mieszamy mięso ze wszystkimi składnikami, za wyjątkiem papieru ryżowego. Ściereczki z zawartością papieru, cyrkowym ruchem, odwracamy do góry nogami, tak, żeby te płaty które są na dole, były na górze (chodzi o stopień rozmięknięcia).

 

Bierzemy płat papieru, układamy na środku małą kuleczkę z mięsa (piłeczka od ping-ponga jest optymalną wielkością) zawijamy ciasto do góry, zakręcając je delikatnie i zawiązujemy u góry szczypiorkiem. Wkładamy do koszyczka w którym będziemy je gotować, stawiamy do woka na którym już się gotuje woda i parujemy pod przykryciem 7 minut. Zestawiamy na talerz i czekamy na jęk zachwytu i dowody uznania.

esz... jutro też zrobię


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8