Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
wtorek, 10 stycznia 2012

 

Doczekałam się dnia, kiedy własna babka, przywitała mnie słowami: "i co wnusiu, czas się poodchudzać?" Spodziewałam się takiego komentarza od moich sióstr, Patki, albo zniechęconego męża, ale od własnej babci??? No trudno, widać osiągnęłam masę krytyczną, żarty się skończyły, kobyłka stanęła u płota, a mleko rozlało. Szybko zweryfikowałam noworoczne postanowienia i zamiast ograniczenia palenia, ograniczeniu wina oraz byciu milszą dla domowników, stanęło na odchudzaniu.

Jest jeden problem, bo jest takie słowo, którego nienawidzę i które powoduje u mnie wysypkę i ogólne zniesmaczenie, to słowo to "musisz". Więc na nic diety od Pani Agaty, diety Atkinsa, Dukana i gwiazd Hollywood, na które "musiałabym" przejść na 17 miesięcy. Na nic radosne truchtanie po parku. W grę wchodzi tylko coś super extra cool. I coś dietetycznego z natury.Tajskie jedzenie. 

 

Na pierwszy ogień, poszła klasyczna zupa Tom Yum. Tylko nie jakieś fafarafa z mleczkiem kokosowym i na paście "Blue Dragon", ale zrywająca trzy warstwy z języka i niszcząca kubki smakowe zupa, której przepis wygląda, jak receptura organicznego środka chwastobójczego. Jest wspaniała, prawdziwie tajska, surowa i pachnąca. I ma 3 kalorie, bo składa się głównie z octu i chilli.

 

Dla 4 osób potrzebujemy:

2 świeże, posiekane, czerwone chilli z nasionami oczywiście

6 łyżek octu ryżowego

litr wywaru z warzyw albo kurczaka

2 laski świeżej trawy cytrynowej, potłuczone 

4 łyżki stołowe jasnego sosu sojowego

1 łyżka cukru trzcinowego

sok z połowy lemonki

2 łyżki oleju 

jedną pierś z kurczaka (drobno pokrojoną) albo/i 10 krewetek

400 gram pokrojonych grzybów, mogą być małe pieczarki, shitake, boczniaki

pęczek posiekanej cebuli dymki 

3 garście posiekanej kapusty pekińskiej (która będzie udawała bok/pak choi)

 

Zaczynamy od zalania chilli octem ryżowym. Odstawiamy do lodówki na godzinę w kwasoodpornym naczyniu.

W garnku gotujemy wywar, z trawą cytrynową, sosem sojowym, cukrem i sokiem z lemonki/limonki. Przez 30 minut.

Na patelni, albo na woku, podsmażamy szybko kurczaka i krewetki jeżeli są surowe. 

Do gotującego się wywaru dodajemy chilli z octem, grzyby, połowę posiekanej dymki i gotujemy kolejne 10 minut. 

Dodajemy zawartość woka.

Przed podaniem dodajemy krewetki - jeżeli kupiliśmy gotowane, kapustę pekińską i pozostałą dymkę.

 

Jedyną osobą przy stole, która się nie zakrztusiła i nie zaczęła jęczeć " Jessssuuu, jakie to ostre!!!" była Patka. Żelazna Patka.


20:51, gastromat , zupy
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 grudnia 2011

Nadszedł ten dzień! Dzisiaj trzeba namoczyć grzyby, których wywar, przemieni zakwas w barszcz. Na litr zakwasu, wystarczą dwie, spore, garście suszonych grzybów, ale można namoczyć więcej. Trzeba je opłukać i namoczyć na noc w wodzie, tak, żeby przykrywała grzyby. I teraz są dwie szkoły. Ja je gotuję, w tej samej wodzie w której się moczyły, dolewam tylko szklankę świeżej. Trochę to trwa, ale nie wymaga doglądania. Miękkie grzyby, można, a nawet trzeba zużyć do uszek, pierogów z kapustą, albo postnego bigosu. Ponieważ ja sama suszę grzyby, w pyle i igliwiu, przecedzam dla spokoju wywar przez gazę. Zakwas łączymy powoli z wywarem z grzybów. Ponieważ każdemu wyjdzie trochę inaczej, trzeba dolewać powoli i próbować, czy już jest pyszny i pachnący. U nas tego barszczu się nie zakwasza. Żadne tam octy ze śliwek i inne cuda. To jest barszcz zen. Tam jest sól i zapach wigilii. Po prostu nie wolno go zagotować, przez chwilę podgrzewamy na małym ogniu. Barszcz będzie pachniał ziemią i świętami. Całuję i Wesołych Świąt.

08:45, gastromat
Link Dodaj komentarz »

 

Lalou poprosiła mnie o dipy, które mogłaby wykorzystać na imprezach. Traktowałam je do tej pory, jako coś, co robię, kiedy Królewna jest na diecie i jemy tylko surowe warzywa. Pozostałym przy stole, co akurat się nie odchudzają, podaję je, żeby nie umarli z głodu. A pisząc o głodzie, przypomina mi się, opowieść Sobowtóra Bohdana Smolenia. Po 4 dniach w samochodzie, zeszło Panom na rozmowy o starych czasach. Ponieważ każdy z nich kiedyś pływał, były to oczywiście morskie opowieści. Ciężko złapać ich język, ale i tak płakałam ze śmiechu. Dodam jeszcze, że tonacja opowieści była utrzymana w tonie wykładu z fizyki. Lata były 70-dziesiąte. A było to tak...

"Poszedłem kiedyś pływać, na Pewexy (zagraniczna bandera). Załoga była arabska, ale byli bardzo grzeczni, tylko stary był angolem. Tzn. był grekiem, ale mieszkał w Anglii. Też był grzeczny. Wypływaliśmy z Casablanki i szliśmy na Kanary. Siedziałem sobie w maszynowni, w samych szortach i pepegach, bo upał straszny. Jak już mi się kończyła nocna wachta, to zacząłem wypełniać papiery. I to było dziwne, bo zawsze papiery wypełniałem na górze, u siebie. Teraz wiem, że to mi uratowało życie. I wychodząc, słyszę straszny huk. Ciemno się zrobiło, bo czasy były takie, że przepiąłem akumulatory i światła na pokładzie nie było. Czuję, że leje się woda przez burtę. Lecę do siebie na górę, otwieram drzwi do kajuty a tam dziura. Nie ma nic, tylko dziób intruza (statek z którym doszło do kolizji). Dlatego siedząc na dole, żyję. Zostało tylko biurko. Więc ja hyc do szuflady, złapałem dokumenty i lecę budzić załogę i na mostek do starego. Pobudziłem towarzystwo, woda się leje, my po kolana w tej wodzie, ja w tych pepegach. Wspinam się na górę, otwieram drzwi, a tam stary leży. Pewnie od tego uderzenia, upadł i walnął się w głowę. No to ja go cucę, lecę znowu na dół, i patrzę, a te araby, wracają po swoje rzeczy, bo nie po to tyle pracowali, i nakupowali tych pierdół, żeby to teraz zostawić. Ja krzyczę, toniemy, oni krzyczą coś do mnie. Udało nam się w końcu dotrzeć na pokład, ale jak tu teraz nadać s.o.s, jak nie ma akumulatorów? Na szczęście jakiś Kanadyjczyk nas zauważył i zaalarmował straż. Okazało się, że załoga na tym intruzie, pijana była i przywalili w nas, bo my w sumie po ciemku szliśmy. No bo te akumulatory wyłączone. No dobra, co tu robić. Udało nam się z kambuza, wyjąć puchę maki. Mąka była sucha, beczka metalowa, więc te araby wpadły na pomysł i zrobił z tej beczki taki piec, ja skombinowałem taką podstawę z metalu, żebyśmy statku nie podpalili i dawaj tą mąkę z wodą, i takie z niej placki smażyli. I my te placki jedliśmy. I te placki, to w sumie, bardzo dobre były. I tak je jedliśmy, przez dwa tygodnie. I cały czas staliśmy szczepieni z tym intruzem, bo nie mieli nas jak rozdzielić".

Potem były dalsze perypetie, opowieść o handlu wymiennym z turkami, ze statku obok, i że nikt im nie chciał pomóc. Że jak już ich zdjęli, to zaaresztowali ich w hotelu. Że bankiet były w polskiej ambasadzie, i on w tych pepegach i szortach na ten bankiet. Że co prawda Pani Konsul dała mu pieniądze na nowe ubranie, ale on jej kupił za to kwiaty, bo mu się wydawało, że nie wypada z pustymi rękoma przyjść. Że potem kazali im wrócić na ten statek i oni płyną taką wielką łodzią wojskową, i jak dopływali do "jednostki" to ona zaczęła tonąć. I, że on zadzwonił do żony i mówi jej "nasz statek zatonął ale ja nie". Myślałam, że umrę. 

I jak teraz myślę, o tych plackach, to tak sobie myślę, że jakby mieli pasty, to mogliby z tymi plackami zaszaleć.

Pasta z grochu. Jest bardzo podobna w smaku do hummusu, choć przepis jest z Cypru.

 

Szklankę suchego grochu moczymy w wodzie przez noc. Wodę wylewamy, dolewamy świeżą tak żeby przykryła groch, wkładamy całą cebulę, listek laurowy, solimy i gotujemy do miękkości, dolewając wodę co jakiś czas. Jak groch będzie miękki, cebula rozgotowana, to miksujemy wszystko z łyżeczką oliwy i łyżeczką soku z cytryny. Przepis tyle banalny, co genialny. Jadłam to cudo u Joanny Lawson i biło hummus na głowę.

Pasta z pstrąga. Pyszna, można jeść z plackiem na statku, ale cudowna jest z surowymi warzywami pokrojonymi w słupki.

 

125 gram wędzonego pstrąga miksujemy z 50 gramami serka Philadelphia, łyżeczką chrzanu, 2 łyżeczkami soku z cytryn, 2 łyżeczkami oliwy i szczyptą białego pieprzu.  To też kradzione od Joanny.

Pasta z niebieskiego sera. Ostra i nie do końca smakuje jak pasta z sera. Najlepsza z tortillą.

 

125 gram niebieskiego sera rozgniatamy widelcem ze 100 gramami serka Philadlephia, dodajemy 100 ml kwaśnej śmietany i 35 gram posiekanych drobno papryczkek Jalapenos. I już. Pyszne i ostre.

 

Muszę jeszcze kiedyś napisać o Ogniomistrzu Kurasiu. Ale do tego będę potrzebować przepisu na zestrzeloną choinkę. Zestrzeloną z 4 kilometrów.


08:09, gastromat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 grudnia 2011



„Słuchaj, to może chociaż powiesz jakie miałeś przezwisko w szkole? Nie miałem. No to powiedz nam na przykład, co najbardziej lubisz jeść? Hmmmmm...nie wiem, ale chyba lobstera. A co to jest lobster? Ja wiem, ja wiem, to taka polędwica! Nie, lobster to taki duży rak. Łeeeeee, ja tam z owoców morza najbardziej lubię śledzie.”

To zapis, kultowej już, rozmowy, pomiędzy moimi przyjaciółkami a tajemniczym milionerem, który startował do mnie w konkury. Miała miejsce 127 lat temu, ale tego lobstera zapamiętam sobie do końca życia.

Zapamiętam go jeszcze (lobstera, nie milionera), jako smak cudownej zupy, którą kiedyś jadłam, nie pamiętam tylko gdzie.

Ponieważ w Lidlu jest tydzień produktów luksusowych i gotowany homar, kosztuje tyle co nic, postanowiłam olśnić moich przyjaciół i samą siebie.

W większości przepisów które znalazłam, lobster musiał żywy (odpada z wielu powodów), musiało być go dużo albo trzeba było mieć koniak, który miał się palić żywym ogniem (taaaaaaa). Połączyłam więc parę przepisów w jeden i wyszła mi delikatna, pachnąca zupa.

Nawet Szprocia jadła!

 

 

Na wyszukaną zupę potrzebujemy

lobstera (ja miałam już ugotwanego)

litr bulionu z kurczaka lub warzyw

dwie puszki pomidorów

garść świeżej bazylii

dwie szalotki, albo jedną cebulę

dwa ząbki czosnku

kieliszek wytrawnego białego wina

200 ml śmietanki kremówki

sól, pieprz 

W bulionie gotujemy ugotowanego lobstera, ponieważ jest już ugotowany, gotujemy go tylko 30 minut. Gdyby jednak nie był ugotwany, gotujemy 1,5 godziny, aż się ugotuje.

Na patelni, na odrobinie oliwy, smażymy pokrojoną cebulę i czosnek. Mają się udusić a nie usmażyć. Dolewamy wino (resztę, tradycyjnie wypijamy, dlatego nie wyobrażam sobie akcji z płonącym koniakiem), czekamy 5 minut aż wyparuje. Dodajemy pomidory, bazylię i gotujemy 30 minut. 

Łączymy pomidory z wywarem z lobstera. Czerwonego raka, rozcinamy wzdłuż, wyobrażając sobie, że jesteśmy Gordonem Ramsey'em. Wyciągamy mięso z odwłoka. Rozłupujemy szczypce. I teraz rada za milion dolarów. Nigdy, ale to przenigdy, nie wolno walić z impetem, młotkiem do mięsa, w szczypce! No chyba, że macie w planach mycie głowy, ścian, wszystkich sprzętów kuchennych oraz pranie.

Zupę miksujemy, dodajemy śmietankę, i mięso z lobstera. Robimy szybciutko grzanki z oliwą, i jemy z nabożnością. Po uwagach męża, że zupa smakuje jak lepsza pomidorowa tylko, że z rybą, strzelamy focha na 3 dni.

 

22:24, gastromat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 grudnia 2011

To było moje drugie podejście do zupy Pho. Mogłabym spokojnie stanąć na rogu i ją sprzedawać. 

Kości pieczonej kaczki, kurczaka, mogą być też kości od pieczonego rostbefu, no po prostu jakieś kości, zalewasz litrem wody.

Dodajesz anyż (ja dałam dwie gwiazdki), cynamon (ale korę, nie jest wtedy taki deserowy), upieczoną jak do rosołu cebulę, upieczony imbir (tak z 5 cm), wkładasz całą limonkę, posiekane chilli (ja dałam czerwone i jeszcze nie mogłam się oprzeć i spróbowałam czy dość ostre - błąd), znalazłam jeszcze zamrożone shitake i też dodałam.

Gotujesz aż wszystko się rozpadnie. Dodaj jeszcze sos rybny. Na oko łyżkę. Próbujesz jakie pyszne, jak nie, to dzwonisz do mnie. Jak nie jest dość słone, to dodaj sos sojowy. Jak nie jest dość słodkie, sos chilli.

Za pierwszym razem usmażyłam pierś kaczki na krwisto i cienko pokrojoną dodałam do miseczek z zupą. Wczoraj zrobiłam wersję z polędwicą. Pokroiłam ją na przezroczyste plastry, moim super bajeranckim nożem i włożyłam surową na 5 minut do gotującej się jeszcze zupy. 

Ugotowałam makaron ryżowy. Posiekałam kapustę pekińską. Kolendrę i dymkę. Wszystko razem do miseczki. Kochana, bajka! Czułam się jakbyśmy znowu siedziały, wiesz gdzie. Buziaki! Widzimy się za niedługo!

10:01, gastromat
Link Dodaj komentarz »

 

Jestem w tym tygodniu Elżbietą Dzikowską i podróżuję z moim Tonym przez Europę.

Tak naprawdę, to siedzę głównie w samochodzie i oglądam autostrady, ale i tak jest fajnie. Mogę potem powiedzieć, że Zagłębie Ruhry o tej porze roku, prezentuje się wyjątkowo atrakcyjnie a Walonia, wygląda majestatycznie we mgle. Wczorajszy wieczór, spędziłam w uroczym hotelu przy autostradzie, starając się odgadnąć gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. Piłam całkiem niezłe Chablis z kubka do mycia zębów i oglądałam film o pomocach domowych w powojennej Ameryce. W tym momencie Tony przeciął ciszę stwierdzeniem „aaa, nieeee to luz, przecież ja wiozę rolki popychaczy, a nie głowice!". Po chwilowej konsternacji, domyśliłam się, że chodziło o określenie czasu jaki mamy do wykorzystania w Paryżu. My czyli ja. Nie opłaca mi się jechać do centrum, więc spędzę ten czas na grze w kulki. Ale zawsze będę mogła powiedzieć, że ZNOWU byłam w Paryżu. Po paru dniach mogę powiedzieć, że byłam również w Bawarii, Karyntii, Słowenii i Włoszech. To nic, że tylko przejazdem.

Mamy przyjaciół którzy dużo podróżują, egzotycznie, samodzielnie, i w ogóle tak, że nic tylko usiąść i zazdrościć. Problem w tym, że oni totalnie się nie nadają do opowiadania relacji z podróży! Są dyskretni, wyważeni i zawsze na miejscu. Do głowy by im nie przyszło, nawet wspomnieć o tym, że byli na lotnisku pod Paryżem. Oni wracają z 4 tygodniowej podróży po Indiach, i opowiadają o tym, że spotkali tam znajomych, że ładnie, dobra kuchnia, zróżnicowany krajobraz etc.. I po dwóch godzinach, pod koniec kolacji, jak już rozmowa zeszła na telefony komórkowe, Kasia mówi do Rafała „o to taki sam telefon jak ten, którym wzywaliśmy pomoc, jak nas napadli w górach Nepalu”. Zapadła cisza, którą przerwał odgłos widelców wypadających z dłoni, brzęk tłuczonego szkła i okrzyki „jak to???” „kiedy???”. Wtedy dopiero, następuje prawidłowa opowieść o wyprawie do Azji, że ich napadli, grozili kałasznikowem i maczetą, żądali pieniędzy, straszyli że wrócą po wschodzie słońca i jak nie będzie dolarów to kaput. Teraz pojechali do Indonezjii, ale coś czuję, że jak wrócą to opowiedzą nam o tym, jakie pyszne było jedzenie, widoki, i, że ludzie mili. Ale tego, że na przykład Kasia, spadła z wodospadu i nurt rzeki porwał ją do sąsiedniej wsi nie opowiedzą. Powiedzą o tym za rok, przy okazji spotkania na wsi, jak któreś z dzieci poślizgnie się i wpadnie do dmuchanego basenu.

W związku z częstymi podróżami, Kasia jest mistrzynią kuchni azjatyckiej, z naciskiem na kuchnie tajską, i robi genialnego kurczaka z sambal oelek. 

Do tej bajecznie świeżej i pachnącej potrawy potrzebujemy:

0,5 kilograma czerwonego mięsa z kurczaka ( pierś jest trochę bez smaku ) który marynujemy z łyżeczką utartego imbiru

2 ząbki roztartego czosnku

4 posiekane cebule dymki

1 czerwoną paprykę

500 gram posiekanej kapusty pekińskiej ( powinna być bok choi, ale niestety ciężko ją dostać )

3 łyżki soku z limonek

100 ml. sosu chilli

1 łyżkę sosu rybnego

2 łyżeczki brązowego cukru

2 łyżki sosu sojowego

1 łyżkę sambal oelek

świeżą kolendrę i mięte

 

1. na gorącej patelni lub woku podsmażamy szybko kurczaka z imbirem ( w celu uniknięcia spalenia siebie i kuchni, trzeba dodać trochę oleju, najlepiej palmowego, albo orzechowego )

2. dodajemy czosnek i paprykę, podsmażamy 2 minutki ( wskazane jest mieszanie )

3. dodajemy sok z limonek, sos chilli, sos rybny, sambal oelek, sos sojowy ( mieszamy, mieszamy, jeszcze minutkę )

4. dodajemy kapustę ( ja dodałam jeszcze 2 pieczarki, wydawało mi się, że poprawię smak, ale to chyba nie było konieczne )

5. posypujemy kolendrą i dymką

Trzeba odrzucić wszystkie uprzedzenia i nie bać się krótkiego czasu przygotowywania. Oprócz mięsa, wszystkie pozostałe produkty, powinny pozostać praktycznie surowe. W przeciwny wypadku, uzyskamy brunatną masę, z fragmentami ciągnącej się rozgotowanej kapusty. A tego byśmy nie chcieli.

 

09:30, gastromat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 grudnia 2011



Podróż przez Europę, z mężem i sobowtórem Bogdana Smolenia, polega głównie na siedzeniu w samochodzie i jedzeniu na stacjach benzynowych.

Za to dzisiaj, już na miejscu, poczułam się jak dziedziczka fortuny. Jak Ivana Trump na Capri. Jest grudzień, 15 stopni, a ja siedzę na tarasie, w luksusowym hotelu. Mam widok na morze, wart milion dolarów. Tak naprawdę, to morze jest zaraz pode mną, co jest doświadczeniem tyle pięknym ile przerażającym. Zwłaszcza jak się ma, lęk wysokości. To nic, patrzę na horyzont i jest dobrze.

Jest 9.23 a ja już jestem po śniadaniu, które ktoś dla mnie przygotował i piję sławną w okolicy -Bakarską Wodicę, którą sama sobie przygotowałam. Jest pięknie.

Moja ukochana wróżka Stefania, powiedziała mi kiedyś, że idealny zawód dla mnie to Królowa. Teraz rozumiem, o co jej chodziło. Jest coś magicznego w podróżowaniu, zwłaszcza w luksusie i nie dziwię się, że tyle osób na całym świecie, rzuca wszystko, sprzedaje dom, zostawia dobrze płatną pracę w banku i zaczyna wędrówkę po winnicach Toskanii. Babcia Helenka, pytana o wspomnienia z młodości, powiedziała mi, „ Jedyne co pamiętam z czasów wojny, to to, że majątek jest pozorny, ubrania się niszczą, dzieła sztuki palą, a jedyne co zostaje, to to, co zobaczysz, zjesz i pokochasz.”

Nie wiem ile kosztowała moja suknie ślubna, ale wiem, ile zapłaciłam, za owoce morze w Savonnie.

Idąc wczoraj na zakupy, do lokalnego centrum, nie szukałam nowych butów, za to z uporem maniaka, studiowałam etykiety na serach. Poświęciłam cały wieczór, na wyszukanie lokalnych win. Dlatego wyglądam jak źle ubrana Nigella Lawson, ale jestem szczęśliwa.

Oprócz Bakarskiej Wodicy, odkryłam w Chorwacji, fantastyczny chleb! Każdy jeden, którego próbowałam był wyjątkowy.

 

Kiedy dywagujemy z Kubą, co byśmy zrobili z wygraną w Lotto, u mnie na pierwszym miejscu, jest wypicie butelki Petrusa (caaaaaałej) i wyjazd do Tajlandii, celem zjedzenia wszystkiego co jest tam dostępne. Potem dopiero pojawiają się rzeczy tak przyziemne jak, mieszkanie, dość duże, żeby pomieścić naszych przyjaciół i samochód, którym pewnie, zawinę się na pierwszym napotkanym drzewie. Skoro Cliówką wyciągam zawrotne prędkości, to strach pomyśleć, jak będę jeździła czymś porządniejszym i szybszym.

Kiedy chcę się poczuć jak kobieta luksusowa, a nie czekam na pieniądze z Lotto, kupuję polędwicę wołową i smażę ją na maśle, do tego wino - Primitivo Pietrafina. I jestem Ivaną Trump, tyle, że w Gdyni.

 

18:35, gastromat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 listopada 2011

 

Wieść gminna niesie, że jestem leniwa. Do 30-stki starałam się walczyć z tą opinią, w końcu się poddałam. Natury nie oszukasz. 

Potrafię wstać 2 godziny przed wszystkimi, tylko po to, żeby się polenić. Potrafię ugotować obiad w 20 minut, a potem udawać, że ciągle się gotuje i znowu się polenić. Nauczyłam dzieci sprzątać i wmówiłam im, że to niezła zabawa. Męża chwalę za gruntowne porządki i potem patrzę jak odkurza za meblami. Pracując ze sławną siostrą, potrafię łazić po planie filmowym, w błocie, przez 18 godzin, tylko po to, żeby potem bezkarnie odpoczywać (czyli się lenić). Tylko, że leniem trzeba umieć być. Wymaga to organizacji i przygotowania. I odpowiedniej dawki trików. W innym wypadku, umarlibyśmy z głodu pod stertą prania i brudnych naczyń.

Podstawą jest tajemniczy rozkład dnia, tak żeby nikt nie był w stanie zweryfikować co właściwie robimy. Można wtedy spokojnie ukraść dla siebie godzinę czy pięć. Warto jest urządzić mieszkanie tak, żeby ciężko było zweryfikować czy jest czysto czy też może jednak nie. Odpadają podłogi na wysoki połysk i ciemne kafle. Nie można też, mieć zbyt pustych wnętrz, bo to wymaga odkurzania raz na parę dni, a tak wystarczy odkurzać przy okazji świąt. Cudownie sprawdzają się wszelkiego rodzaju kosze i pojemniki. Można w 5 minut wszystko tam wepchnąć i już. Posprzątane.

Pranie robię codziennie i wtedy wszyscy wiedzą, że zajmuję się domem. Kwestie prasowania ograniczyłam do minimum, a to co zostaje, zawożę do pralni i tłumaczę mężowi, że tak jest taniej i lepiej. Zdarza mi się przygotować banalną kolację dla znajomych i zwalić brak pomysłów i czasu na własne dzieci. Nawet jeżeli one w tym czasie, przebywają u dziadków. Więc jest to sztuka, którą ja opanowałam do perfekcji. Piszę o tym ze spokojem, bo tak naprawdę, na koniec dnia, wszystko i tak jest zrobione, załatwione, ugotowane i ogarnięte. 

Po powrocie Kuby z Chorwacji, zrobiłam u Piotra i Patrycji kolację, na którą zaprosiłam naszych przyjaciół, a oni swoich i Shreka. 

 

 

Kuba przywiózł z podróży delikatesy, miałam więc bazę w postaci fantastycznych włoskich salami, świeżego prosciutto, serów z Chorwacji i wina z Biedronki. I jedyne słuszne piwo na taki wieczór - Birra Moretti.

 

Żeby nie było tak biednie i bez inicjatywy, i żeby nie przeginać z wygodnictwem, postanowiłam, że przygotuję focaccie. Kiedyś piekłam je namiętnie, dla ciężarnej Majki, uznałam więc, że zrobię je z zamkniętymi oczami. I takie właśnie wyszły. Pośmialiśmy się nad płaskim plackiem, przyznałam się z gracją, że dałam ciała, więc Patka upiekła swoją i do tego quiche z pieczarek. Wspaniale prawda? Zrobiło mi się głupio, więc przygotowałam kolejną. Ta na szczęście wyszła. I tym oto sposobem, przyjęłam gości (nie u siebie w domu), wybawiłam się, nagadałam, poznałam Shreka, napiłam wina po kokardy, a to wszystko za cenę przygotowania włoskiego chlebka.

 

 

Na foccacie potrzebujemy:

kilogram mąki

pół litra ciepłej wody

opakowanie suchych drożdży ( 7 gramów )

czubatą łyżkę soli

łyżkę oliwy z oliwek

Na wierzch focacci potrzebujemy:

2 łyżki oliwy z oliwek

łyżkę wody

W kwestii smaku, mamy nieskończone możliwości. Ja zrobiłam z rozmarynem i solą morską, ale możemy dodać płatki chilli, czarny pieprz, pomidorki koktajlowe, bazylię, oliwki, etc.

 

W dużej misce mieszamy mąkę, drożdże, sól i wodę, wyrabiamy ciasto. Minimum 10 minut. W sumie to im dłużej tym lepiej, bo gluten z mąki się wytrąca, ciasto zyskuje na lekkości i ma lepszą strukturę. Odstawiamy na godzinę w ciepłe miejsce, żeby drożdże się nakarmiły i rozrosły w koloniach. Wyrabiamy jeszcze raz, żeby usunąć nadmiar powietrza. Smarujemy blachę oliwą, nakładamy ciasto. Patka robi małe placki, a ja kierowana lenistwem, jeden duży. Zostawiamy jeszcze na 40 minut, aż ciasto znowu urośnie. Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Ugniatamy focaccie palcami, tak żeby na wierzchu pojawiły małe wgłębienia. Wstawiamy do piekarnika. Pieczemy przez około 20 minut, ale lepiej się skupić (poleniuchować) i wpatrywać w ciasto, czy się aby nie przypala. Teraz w miseczce przygotowujemy mieszankę oliwy z wodą, najlepiej roztrzepać je razem, tak żeby uzyskać mleczną emulsję. Zaraz po wyjęciu, gorące ciasto smarujemy miksturą, posypujemy solą morską, rozmarynem, albo tym na co mamy ochotę.  

 

Ponieważ jest to w sumie czasochłonna ale nie pracochłonna potrawa, można w tym czasie pić wino albo kawę, siedzieć przed komputerem i oglądać House'a, rozmawiać na gadu z Madziulą. Po prostu morze możliwości, jak to się u nas w Gdyni mawia.

Aż się ciśnie na usta, "nie mogę spać, bo trzymam kredens"


19:12, gastromat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 listopada 2011

Mam dwie siostry i brata. Z bratem utrzymuję kontakty stosunkowo letnie, za to z siostrami, nad wyraz gorące. Jak w każdej szanującej się rodzinie, od wzmianki w kronice kryminalnej, ratuje nas fakt, że rozmawiamy głównie przez telefon. Kultywujemy wielopokoleniową tradycję kłócenia się w kółko o to samo. Są też oczywiście okresy dobre, w których nie możemy bez siebie żyć i te na szczęście występują zdecydowanie częściej.

Nasza najmłodsza siostra, wyjechała parę lat temu do słonecznej Skandynawii. Bardzo lubię Oslo, sama kiedyś tam mieszkałam, uznałam więc, że czas najwyższy, pokazać to niewiarygodnie piękne miejsce, mojej córce. Nasza najstarsza, super zajęta siostra, znalazła parę dni wolnego w swoim napiętym kalendarzu i spotkałyśmy się wszystkie nad fiordami.

Ciężko mi ocenić, czy Oslo jako miasto, zmieniło się przez te parę lat. Była taka mgła, że miałyśmy problem ze znalezieniem własnych dzieci na podwórku a co dopiero mówić o urokach architektury i krajobrazu. 

Za to miłym zaskoczeniem były sklepy z jedzeniem. Nie to żeby kiedyś, nie można było kupić jedzenia, problem w tym, że było go niewiele. Pamiętam, że szybko nauczyłam się obchodzić na przykład bez mięsa. Nie zrobiłam tego dla zdrowia, tym bardziej dla ideologii. Po prostu to, co można było kupić, było tak ohydne, że nie dało się tego jeść. Sztuczne wędliny w kolorze malinowym i napompowane mięso, wyglądające jak pomalowane farbami. Można było dostać tylko sznycle i białe kurczaki, w modnym kolorze "arktyczna świeżość". Rynek nabiałowy był zmonopolizowany przez jedną firmę - Tine. Były dwa rodzaje mleka, dwa rodzaje śmietany, jogurt truskawkowy i ser który smakował jak wędzone mydło. Z warzyw i owoców dostępne były głównie hiszpańskie ziemniaki oraz bezsmakowe, nowozelandzkie jabłka z naklejką. Po roku wróciłam chuda jak patyk i z objawami niedoboru żelaza we krwi. Za to miałam boskie włosy i fantastyczną cerę. Wszystko to zasługa ryb i owoców morza, które z wymienionych wyżej powodów - jadałam na śniadanie, obiad i kolacje. Nie piłam też wina ani żadnych innych alkoholi, ponieważ każdy kto był kiedykolwiek w Oslo, wie, że sklepy monopolowe są chyba dwa, otwarte przez 4 godziny dziennie i to dwa razy w tygodniu. 

Teraz jest szałowo.

Emigranci, którzy tam tłumnie przybyli, zwabieni bogactwem ropy naftowej, przywieźli ze sobą, całe dobro tego świata. A to, w połączeniu z dobrami natury zastanymi na miejscu, przeobraziło to pustkowie w coś na kształt kulinarnego Nowego Jorku.

W sklepie z radosnym hindusem za ladą, zobaczyłam skrzynki z kapustą bok choi, 50 rodzajów chilli, dojrzałe żółtawe mango wielkości arbuza i rzeczy o których nie miałam pojęcia, że są hodowane na świecie. W sklepie rybnym, rumiana norweżka, nienaganną, angielszczyzną, tłumaczyła subtelne różnice pomiędzy wielkością odwłoków w krewetkach.  Czyste szaleństwo. Czułam się jak Makłowicz w podróży. 

 

Na pierwszą kolację upiekłyśmy, mało oryginalnie- łososia. Był tak wspaniały, że można go było spokojnie zjeść na surowo popijając wodą z kranu. 



Za to drugiego dnia, na sławnym nabrzeżu Aker Brygge, kupiłyśmy dorsza. Ale nie takiego zwykłego dorsza którego pamiętamy z kotletów rybnych w przedszkolu. To był kawał ryby z głową. Pan rybak nie walczył z Unią Europejską, nie odławiał 20 centymetrowych dorszyków które właśnie odłączyły się od mamy. Za to miał kombinezon Helly Hansen i czapkę z dużym rondem. Koszt dorsza - 30 złotych. 

Po krótkiej wymianie zdań, dwóch kłótniach i butelce wina, zrobiłyśmy do niego marynatę z oliwy, soku z limonki, świeżego chilli, imbiru, czosnku i soli morskiej.

Włożyłyśmy go po prostu do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni, na 20 minut i zjadłyśmy widelcem, oszczędzając sobie ceregiele z talerzami i bon tonem. 

Teraz, kiedy moje siostry doprowadzają mnie do takiego szału, że mam ochotę zabić najpierw jedną a potem drugą, posiedziałabym na zamglonym tarasie i zjadła z nimi dorsza.

 

 

 

 

21:55, gastromat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 listopada 2011

 

No i po Beaujolais nouveau. W tym roku, wino było równie straszne jak w poprzednich latach. 

Tak się wczoraj złożyło, że Patka z Piotrem obchodzili 17(!) rocznicę ślubu, a Kuba wracał z zagranicznych wojaży, więc powodów do świętowania było aż nadto. Prawda jest taka, że nam niewiele trzeba, żeby siedzieć razem, pić wino i gotować, ale wczorajszy dzień był naprawdę wyjątkowy.

 

Po pierwsze, uważam, że to wspaniałe, że ludzie w tak młodym wieku, po tylu latach bycia razem, ciągle tak bardzo się kochają, maja dużo ładnych dzieci, fantastycznie wyglądają i są dla mnie niebywałym wsparciem i inspiracją. Jest to powód do radości i świętowania.

Po drugie, nie lubię jak mój mąż wyjeżdża. Głównie dlatego, że się denerwuję, bardzo tęsknię i niestety, trochę mu zazdroszczę. Za to uwielbiam jak wraca, w lodówce pojawia się szampan, prosciutto, parmezan, marcepan i inne różności. Pod ścianą stoi wino w ilościach hurtowych a dzieci siedzą obłożone słodyczami i wyglądają jakby miały kolejną wigilię w tym roku. To również jest powód do radości i świętowania.

Po takim wieczorze, kiedy ciężko się wstaje doświadczając skutków świętowania, wołowina w winie staje się potrawą magiczną. Jest trochę jak staropolskie remedium na kaca. Czym się strułeś tym się lecz. 

Ilości które podam, pozwolą nakarmić 4 osoby i jeszcze zostanie trochę do podjadania na zimno, z kawałkiem bułeczki.

 

Kilogram wołowiny pokrojonej w sporą kostkę, najlepiej takiej z tłuszczykiem. Ja użyłam udźca.

Kilogram szalotek albo czerwonej cebuli

3 łodygi selera naciowego

Puszka pomidorów

Łyżeczka koncentratu pomidorowego

Wołowina powinna się marynować co najmniej 6 godzin, idealnie jak poleży w lodówce przez noc.

 

Marynata:

duża szklanka czerwonego wina, nie ma co żałować

1/5 szklanki octu z czerwonego wina 

3 kawałki cynamonu

4 goździki

2 liście laurowe

4 ziarenka ziela angielskiego

łyżeczka gałki muszkatułowej

pieprz

wszystko pięknie razem mieszamy, zalewamy wołowinę i czekamy.

Jak wołowina się zamarynuje, odsączamy ją z winnej marynaty (płynu nie wylewać!) 

Na gorącej patelni obsmażamy ją partiami, przekładamy do garnka o grubym dnie.

 

Na tej samej patelni podsmażamy na maśle z odrobiną oliwy, cebulę i pokrojony seler, to również przekładamy do garnka.

Zalewamy wszystko czerwoną marynatą, dodajemy puszkę pomidorów i koncentrat.

Garnek przykrywamy, i gotujemy na wolnym ogniu przez prawie 2 godziny. 

Pod koniec solimy. Mięso wchłonie wino, cebula się rozpadnie zagęszczając sos, seler doda świeżości a cynamon spowoduje, że smak będzie intensywny. Poezja.

 

Dobrym remedium na kaca, jest poranny telefon od przyjaciółki, że jest w okolicy i wpada na kawę. Idę doprowadzić się do porządku!


08:44, gastromat
Link Dodaj komentarz »