Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS
poniedziałek, 20 września 2010

Tak się szczęśliwie składa, że mój tato ma ex narzeczoną w Prato. Bardzo się z Małgosią lubimy więc wynajęliśmy od niej mieszkanie na dwa tygodnie. Zabraliśmy ze sobą zaprzyjaźnioną parę i ruszyliśmy w podróż życia.

Wszyscy nasi znajomi jeżdżą do Toskanii.  Znają ją jak własną kieszeń a, że są już troche znudzeni, więc przerzucają się opowieściami o odwiedzonych miasteczkach o coraz mniejszej ilości mieszkńców, takimi do których nie ma drogi, nie widziano tam nigdy nikogo spoza lokalnej parafii a wino sprzedaje się w okurzonych butelkach, po 2 euro za skrzynkę.

Próbowaliśmy wyciągnąć przed wyjazdem jakieś użyteczne informacje. Niestety przypominało to rozmowę z wytrawnym grzybiarzem na temat jego ulubionych prawdziwkowych terenów. Każdy patrzył się pod nogi i mamrotał coś o tym, że "najlepiej jechać samemu, bez mapy, i jeść w lokalnych knajpach" i o tym, że Florencja jest przereklamowana. No trudno, jedziemy w ciemno.

Podróż z Gdyni do Szczecina zajęła nam 9 godzin. Trasa Kołbaskowo- Berlin kolejne 8.

Po roku byliśmy na granicy austriacko - włoskiej. Skonani, brudni i z perspektywą spędzenia kolejnych 10 godzin gdzieś w szczerym polu, bo klucz od mieszkania Malgosi byl do odebrania dopiero po 16.00. Koszmar. 

Co było robić, jezioro Garda piękne, Werona urzekająca, małe miasteczka mijane po drodze- urocze. Na zegarkach 8.00 rano. Do Prato zostalo nam 5 kilometrow i 8 godzin do spożytkowania.

Mieszkanie Małgosi przypominalo kombinację cerkwii i wnętrz rodem z Miami Vice. Nic to, dojechaliśmy! Można się było odprężyć i pojechać gdzieś "bez mapy". Najpierw trzeba było coś zjeść, zapełnić lodówkę, rozejrzeć się po okolicy.

Czego się spodziewa człowiek wchodząc do włoskich delikatesów? Prosciutto, sera Gran Padano i pomidorów. Było wszystko, w nadmiarze. Zrozumiałam jak wiele mi brakuje do prawdziwego smakosza, takiego który zjada mortadele i rozróżnia skomplikowane rozszerzenia na gomułkach sera. Na szczęście Kury okazały się purytanami i nie oczekiwały od nas spożywania 30 letnich serów i dziwnych wędlin o konsystencji skóry dzika. Jedliśmy głównie bagietki z serem Provolone, lokalne salami, pomidory San Marzano, na kolacje makaron z pomidorami. Odkryliśmy szybko, że jedzenie jest tylko dodatkiem do wina. Wino było cudowne, w każdej winnicy upijaliśmy się i w końcu i tak lądowalismy z winem z kartonu. Ale za to z jakim!

I'll be back!

15:09, gastromat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 czerwca 2010

Lotnisko w  Beauvais wygląda jak lotnisko Rębiechowo w czasach gdy funcjonował na nim  Pewex. Port Meillot jeszcze gorzej.

Po ultra inteligentnej rozmowie z Kokardą która stała po jednej stronie budynku a ja po wręcz przeciwnej, dotarłyśmy do domu. Zawsze myślałam o Paryżu w kategoriach miejsca do którego jeżdżą amerykańscy emeryci w podróż życia.

Potem siedzą pół roku przy papierowych talerzach i opowiadają jakie to stare tam mają budynki i jakie te francuzki szczupłe, a przecież jedzą bagietki cały dzień i nie słyszały nigdy o diecie Atkinsa.

Myliłam się, i to bardzo. Paryż był wszystkim tym czym czym nie było żadne inne znane mi miasto. Widziałam ludzi od których zaczęła się epopeja kulinarna wszystkich kucharzy świata   ( może za wyjątkiem mistrzów sushi ) i zrozumiałam dlaczego tak się działo. Dlaczego ta francuska kuchnia tak głęboko zakorzeniła się w naszych umysłach jako archetyp tego co dobre i wykwintne. Nie chodzi o przepisy, bardziej o to, że oni lubią jeść w taki piękny sposób. Wino przed południem, dobre mięso, małe porcje, wszystko proste, dla ludzi. Bosko.

Każda odwiedzona przez mnie knajpa w porze lunchu już nic nie miała. Antrykot? Nie ma. Polędwica? Brak. Zupy dnia nie ma, nie ma dania dnia, nic nie ma. Jest ryba, z frytkami. Ale jaka! Ja dziewczyna z północy, która zęby zjadła na rybach, która spotykała się rybakami o 6 rano na plaży, kupując ryby które jeszcze niedawno pływały wokół wraków poniemieckich torepdowców, ja, która w Oslo miałam za sąsiadów handlarzy krewetkami, nie jadałam takiego łososia. Ten łosoś na rogu paryskiej ulicy, podany w dziwnym sosie pesto, był tak dobry, że nie potrzebował przepisu. Dam sobie rękę obciąć, że upiekli go z masłem i solą. Frytki z surowych ziemniaków, majonez domowej roboty. Chablis.

Tego dnia, po tym posiłku, wiedziałam że w kuchni trzeba mieć jeden dobry składnik i starać się go nie spierdzielić. I mieć towarzystwo i Chablis.

La meme chose!

 

 

 

12:15, gastromat
Link Dodaj komentarz »

Chłopcy. Lubię z nimi być. Podróż do Barcelony była taka inna. Plotki przy kawie, palenie papierosów o 8.00 rano, wspólne jedzenie na plaży. Wiedziałam, że będzie pięknie, ale nie sądziłam, że aż tak. Gadaliśmy i gadaliśmy, bez końca.

Przebojem kulinarnym były katalońskie anchovies, z kawałkiem bagietki i wino, duuuuużo wina.

W domu najbardziej lubię częstować ich kaczką. Zapach kaczki jest zapachem zachęcającym.

Do tego koniecznie ziemniaki gratine i pieczone warzywa albo zwykła sałata ze śmietaną. Taka wariacja na temat niedzielnego obiadu.

Kaczka powinna być świeża. Kupuję duże kaczki, bardzo duże, takie po 2.5 kilograma. Jak mawia babcia Halina - to jest  głupi obiad - dwoje jej nie zje, a troje się nie naje. My dajemy radę! Wojtek je mało, więc się  nie liczy.

W moździerzu robię gęsty sos z czosnku,soli, odrobiny oliwy i majeranku. 

Smaruję kaczkę mazidłem z moździerza, do środka zamiast nadzienia, którego nikt nie je, wkładam całe mango, nacinam mu skórkę i już.

Może być kontrowersyjne jabłko. Chodzi o to, żeby kaczka nie była pusta, bo wyschnie.

Idelanie jak kaczka poleży dobę w marynacie, ale że nic nie jest idealne, możemy ją piec od razu.

Nacinam skórę na piersiach w romby, tłuszcz się szybciej wytopi, przeniknie do środka a poza tym, kaczka wygląda fikuśnie a my wyglądamy, że wiemy co robimy w kuchni.

Wkładam kaczkę do bardzo gorącego piekarnika (maksymalna temperatura u mnie to 250 stopni). Zawsze mi się wydawało, że to zadziała jak obsmażanie przed pieczeniem - zamknie pory w mięsie i uchroni przed wysychaniem. Po 10 minutach zmniejszam temperaturę na jakieś 170 stopni i piekę powoli aż będzie miękka. Jak nie ufasz sobie, trzeba kupić termometr do pieczenia mięsa, my możemy się mylić - on nie. Jeżeli kaczka jest tłusta, to odlewam raz na jakiś czas tłuszcz do słoiczka.Piekę w przezroczystym naczyniu, mango się pięknie karmelizuje, i już, jesteśmy gotowi.

Przepieczemy kaczkę po mniej więcej 5 godzinach w  temperaturze 200 stopni. Wiem, bo gadałyśmy kiedyś z Gośką Lalou (która sama bosko gotuje) czekając na chłopców i wyszły wióry.

Gdzie kucharek 6 tam cycków 12. 

Chłopcy i tak zjedli!!!!!


11:27, gastromat
Link Dodaj komentarz »
1 ... 6 , 7 , 8