Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | drób | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | remont | warzywa | zupy
RSS

kuchnia włoska

wtorek, 17 września 2013

Dzieci wróciły do szkoły, nudzi mi się. Powinnam sprzątać, pisać i gotować, ale tak strasznie mi się nudzi, że nic mi się nie chce. Powinnam pojechać na grzyby, pakować się do Warszawy, odrobić zaległości wszelakie. Ale nic z tego, nuda. W kuchni to samo, wszystko już było, nuda. Pal pies, jak jest bałagan w mieszkaniu, mąż nie uważa, że jestem sprzętem AGD. Ale już nuda i bałagan emocjonalny na kolacjach dla przyjaciół to jest skandal.

Z pomocą przyszła maszynka do makaronu, Ale Gośka i świeże grzyby od taty. Gosia zagniotła ciasto, ja zrobiłam prawdziwkowy sos, i zaczęło się. Ten chce kręcić korbą, Rafałowi zabrakło ściereczek, dzieci chcą kroić na paski. Cudo! Przez dwie godziny, każdy miał zajęcie, mężczyźni się uaktywnili, dzieci sypały mąką i co najważniejsze-wszystko inne było bez znaczenia. Ten makaron wszedł nam w krew, robią go sąsiedzi, kobiety i dzieci. Nieistotny jest stan konta, upodobania kulinarne i pora dnia. Wyszło nam kulinarne darcie pierza, praca u podstaw, mnóstwo śmiechu i zabawy. I wiecie co, taki makaron to wolność, staropolskie radzenie sobie po kobiecemu w każdej sytuacji. Baza do pierogów i podłoże do testowania nowej oliwy.

Musimy tylko ignorować artykuły o szkodliwości glutenu, porównania do białej śmierci i wypierać świadomość, że od samego patrzenia rosną biodra a narządy wewnętrzne szwankują. Mówi się trudno i je dużo buraków. 





Przepis od Gino Di'Campo. 

400 gram mąki (super jest semolina)

3 jajka

szczypta soli

dwie łyżki oliwy

ciepła woda aż zabierze ciasto

silne dłonie męża albo Ale Gośka

Ciasto wyrabiamy i chowamy na 20 minut do lodówki



Wyciągamy cudowną maszynkę," rozkminiany" ją w godzinę, wołamy dzieci, robimy nie za cienkie płaty. Ciasto trzeba podsypywać mąką, i wysuszyć. Idealny moment na wykończenie dodatków i zagotowanie wody. Makaron gotuje się bardzo krótko, i nie smakuje jak Barilla. Jest polskim makaronem od babci, pachnącym jajkami. 

Dodam, że z nudów i braku rozsądku przygarnęłam dwa kotki :) 

czwartek, 16 sierpnia 2012

Wszystko się popsuło. Winda się popsuła a za nią schody ruchome. Domofon się popsuł i zmywarka. Popsuło się czoło Igiego a Franek to się wogóle cały popsuł. Popsuło się lotnisko i kazali nam stać pod ścianą. Majce popsuł się głos a Kasi konto. Popsułam się też ja, bo jestem o rok starsza a każdy rok to kolejne straty w zdrowiu i urodzie. Ale nic to, bo cała reszta działała bez zarzutu. Co prawda był chaos i wariactwo, ale wyszło i się udało. Okres imprez urodzinowych, przeżyłam dzięki pomocy przyjaciół, wyrozumiałości dzieci i fantastycznej książce o makaronach spod pióra Gino D'acampo którą dostałam od Pani Złotej. 

Wiem, makaron jest banalną potrawą, ale ciężko zaserwować prosię w mandarynach jak każdy oczekuje węglowodanów, rucoli i wypoczętej jubilatki. Przez tydzień zjedliśmy tort i tartę śliwkową od Małgosi, brownie od Pauliny, 5 paczek rucoli, 5 kilogramów pomidorów, litr oliwy, 8 opakowań makaronu, 400 gram parmezanu, wina nie liczę, bo wstyd. W niedzielę zastrajkowałam i goście zjedli pizze na wynos. Był jeszcze wieczór sushi, który zrobili panowie, i śniadanie z Gretą Garbo. Gdynia była ciepła i wakacyjna, mąż wyrozumiały, dzieci rozbawione a ludzie kochani jak zawsze. Były tańce i rozmowy do rana o tym, że Polska jest zagłębiem uprawy karczocha i przetwórstwa mozarelli, a obiektyw w aparacie sam się nie połamał. Kto by pomyślał.

Z książki "Włoskie dania makaronowe" zaczerpnęłam przepis na Tagiatalle z karczochami i szynką parmeńską. Genialna sprawa. 

Dla 4 osób (u nas raz 3) potrzebujemy:

6 łyżek oliwy

2 czerwone cebule pokrojone w piórka

10 plastrów szynki parmeńskiej pociętych szerokie paski

10 serc karczochów w oleju

100 ml białego wytrawnego wina

3 łyżki posiekanej natki pietruszki 

500 g makaronu tagiatalle (użyłam ukochanego bavette, bo taki miałam i pięknie wyszło)

szklanka albo i więcej utartego świeżego parmezanu

sól pieprz

Wstawiamy wodę na makaron. Na oliwie smażymy cebulę z szynką. Po 5 minutach dodajemy karczochy, doprawiamy solą i pieprzem i smażymy kolejne 3 minuty. Woda się już powinna gotować a w niej nasz makaron. Do cebuli, szynki karczochów wlewamy wino i podgrzewamy minutę, żeby alkohol odparował. Odcedzamy ugotowany makaron, wkładamy go z powrotem do garnka, dodajemy sos, natkę pietruszki i już na talerzach posypujemy parmezanem. Proste, pyszne, towarzyskie. 

Jeszcze raz wszystkim dziękuję. Dzieciom, za to, że są śliczne, mądre i zdrowe. Kubie za miłość. Gosi za przyjaźń, ciasta i przytomność umysłu. Dziewczynom za poranne kawy, plotki i drożdżówki. Majce za stawianie do pionu i szkodniki. Rafałowi i Ani za magie rodziny i dwutlenek cyrkonu. Kiciusiom za wakacje i wariactwa. Łolczakowi za rozmowy o tym jak to było jak wszystko działało. Oli za rurę i kupę śmiechu. Golinie za cudo na ścianę i warkocz jak marzenie. Piotrowi i Oli za rajdy, zabawy i wino z dzikiem. Wszystkim dziękuję za zmywanie na zmianę, kalafiory, ziemniaki z fasolką, leżenie na plaży, leżenie na podłodze i materacach.

Hance dziękuję za szybowanie i szczypanie w ramiona! Bacci!

niedziela, 18 marca 2012

Jako matka z 8 letnim stażem, mam dwie wąskie specjalizacje - rosół i pieczony kurczak. Rosół jak to rosół, w każdym domu jest inny i podawanie przepisu jest herezją i bezczelnym wkraczaniem w cudzą prywatność, bo ta wiedza przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. U nas w domu, dodaje się na przykład kiszony koperek. Czy ktoś używa kiszonego kopru w domu? My tak. Za to kurczak jest potrawą otwartą kulturowo i dosyć mocno eksploatowaną w naszym domu. Po pierwsze, unikam tym samym grymaszenia przy stole i rozmów z cyklu "Mamo co to jest? Mięso. A jakie? Wołowina. A dlaczego ono jest takie ciemne? Bo mięsko wołowe jest ciemniejsze niż kurczak. A dlaczego? Nie wiem, po prostu jest. A dlaczego nie ma kurczaka? I tak w kółko. Dlatego piekę tego kurczaka, gotuję ryż, piekę ziemniaki, daję bułkę i jest cisza. Dla mnie kurczak jest jak kaszmirowy szary sweter, zawsze elegancki i do wszystkiego pasuje. 

Wczoraj Zosia wyprawiała urodzinową kolację dla ciotek i wujków, więc pozwoliłam jej ułożyć menu. Po drobnych perturbacjach i tłumaczeniu, że kanapki z nutellą oraz racuchy z cukrem pudrem niespecjalnie nadają się dla dorosłych, stanęło na drobiu. Nawet mi to pasowało, bo ciągle siedzę psychicznie na budowie i najchętniej jadłabym w kółko zupę ogórkową, i to od babci, żeby nie musieć gotować. Ponieważ zakupy spożywcze zostały sprytnie wplecione w zakupy w Castoramie, musiałam udać się na nie z mężem. Chodzenie z mężem po sklepie kojarzy mi się parą, która przemierza hipermarketowo/halowe alejki w pewien charakterystyczny sposób. Układ jest mniej więcej taki sam - Pan stoi z koszykiem na szczycie regału, opiera się przedramieniami o poręcz wózka, a w głębi półek stoi Pani i się "konsultuje". Pan ma nieobecny wzrok, jest ciut znudzony i pooglądałby Kowalczyk na Jedynce, za to Pani, traktuje (tak jak i ja) całą sprawę bardzo poważnie. Taka randka "na siłę".Dlatego nie chodzę z mężem do sklepów, bo ktoś tak samo może pomyśleć o nas i pisze teraz na jakimś innym blogu, że widział parę w sklepie składającą się z koszykarza i krasnoludkowej, która odchodząc na dwa kroki, słyszała za plecami "Po co idziesz? Po makaron. Ale przecież jest makaron w domu! Jesteś pewien, że jest, bo chyba nie ma? Na pewno jest! No to jak nie będzie, to wyjdziesz i kupisz pod domem ok? W sumie to teraz nie wiem czy jest, to może weź ten makaron". 

Przeleciałam szybko listę zakupów i wyczytałam spomiędzy 3 x Cekol, 2 x pusz. z gruntem, 3 kurczaki z Podlasia i Gęś z postawionym obok pytajnikiem, omijając  zgrabnie pozycje z 30xpłyt osb i gips, zapr. tynk. reczny Goldband, globall taśm.pak.akryl.brąz, doczytałam, że brakuje w domu mleka, a zaraz za stelaż.podtynk 2,60 m znalazłam enigmatyczne, "coś do kolacji" i grzyby, które napisane z dużej litery wydawały mi się przez chwilę, preparatem na grzyby ścienne. Wzięłam eko kury, gęsi nie było, kaczki nie było, więc się chciałam skonsultować z mężem, czy brać coś w zamian, na co on, patrząc w sufit, stwierdził, że nie wie, że zje sobie jakąś kanapkę, bo przecież ON KUR NIE JADA! Jezu, przecież on nie jada kur! Zarżnęłam go tą kurą przez te 8 lat, wychodzi mu już dziurkami w nosie! Woli zjeść kanapki niż kury! Rozwód! Po krótkich pertraktacjach i używaniu często magicznego słowa "Kochanie", zaczarowałam go makaronem z prawdziwkami, który Kuba może jeść zawsze i wszędzie i nie rozumie dlaczego nie jemy go codziennie. Ba, dlaczego inni ludzie nie jedzą go codziennie! Przepis na żelazne danie mojego męża już się tu pojawiło, więc podam na tylko przepis kurkę.

Musiałam jakoś oszukać gości i zracjonalizować fakt, że będą sałaty z włoskim winegretem, który zrobiły Gosia z Kerry, rucola z parmezanem i oliwą, pieczone ziemniaki z czosnkiem, kurczak z cytryną i do tego.... makaron z grzybami. Nie pamiętam jak to zrobiłam, bo dużo się działo ale chyba nikt nie zwrócił na to uwagi. 

Kurczak z cytryną

Pół kostki masła, utarte/zmiksowane z otartą skórką z jednej cytryny, dwoma ząbkami czosnku i łyżeczką soli, trzeba wepchnąć pomiędzy skórę a mięso. Nie wiem, czy to klarownie brzmi, ale trzeba po prostu włożyć palce pod skórę na piersiach i oderwać takie małe ścięgienka (?) i w tą pustą przestrzeń nawpychać w miarę równo masło z czosnkiem. Nacieramy solą skórę, i już. Do środka kurczaka wkładamy połowę cytryny i dwie gałązki bazylii.

Kurczak z summakiem

Pisałam już, że od czasu kiedy Paulina zdradziła mi summak, jako magiczny dodatek do hummusu, ja dodaję go do wszystkiego. Po prostu oszalałam na jego punkcie! Więc bierzemy drugiego kurczaka, nic nie odrywamy, tylko nacieramy go obficie z wierzchu summakiem i solą morską. Tu również wkładamy połówkę cytryny i dwie gałązki mięty. Prawda, że proste? 

Pieczemy kurczaki, w temperaturze nie przekraczającej 130-150 stopni przez jakieś 2-3 godziny, w zależności od wielkości kurczaków, podlewając tym co się z niego wytopiło jak się nam przypomni, potem kolejne 15 minut w 180 stopniach, żeby skórka się zrumieniła. 

 

Ponieważ tak surowy jak i pieczony kurczak są mało fotogeniczne, Bogu dziękowałam, że zdjęć nie robił Piotr, bo umarłby chyba z braku koncepcji i weny twórczej. Dlatego umieściłam przykładowe zdjęcia kurczaka z summakiem i genialny tort od dziewczyn z www.wspanialetorty.blogspot.com, który został zjedzony w 30 sekund! Nie wiem czy tak wygląda klasyczny kinderbal, ale nasz był fajny. Teraz muszę zebrać siły na jutrzejsze potyczki budowlane, więc idę zażyć codzienną porcję neospasminy.

poniedziałek, 05 marca 2012

Pozostawiona sama sobie, na calutkie 26 dni, jadłam głównie chińskie zupki i suchy chleb, ale jak mąż powrócił z zaśnieżonych Bałkanów, a dzieci  z polarnych  ferii u dziadków, trzeba było zaopatrzyć lodówkę i przypomnieć sobie gdzie są garnki. Ponieważ Kuba oszalał, i przywiózł 18 kilo parmezanu, sto salami, wiadro oliwek i paletę wina, nie dało się inaczej jak tylko gotować po włosku. Do tego wszystkiego, przyszedł jeszcze Piotr F, który nie dość, że jest zdolnym architektem, to jeszcze się ściga, ma włoskie korzenie i skład wina pod peżotem. Ale nie jakieś tam merloty, tylko rubinowe cuda, do których konieczny był dekanter, skupienie i mlaskanie. Jeżeli zew podróży, porwie kogoś na Sardynie (ja się nie wybieram, bo się boję wysp, no chyba, że chodzi o wyspy z palmami wtedy przełamuję opór) to proszę sobie, nawet nie kupić, tylko nakupować, tego oto wina: http://www.sellaandmosca.com/sella-and-mosca-marchese-di-villamarina.asp#.Tzjm1Od6WRE.facebook. To będzie najlepiej wydane ileśtam euro w Waszym życiu. Więc z takim winem, z takimi przyjaciółmi i z taką zawartością lodówki, zabrałam się za gotowanie włoskich zrazów, czyli braciole. 

Nie jest to jakoś specjalnie skomplikowana potrawa, ale przepisy się różnią i ciężko się na coś zdecydować. Były takie z jednego kawałka mięsa, były takie co miały prosciutto, piniole i miętę. Zrobiłam więc dwie wersje, zaprosiłam zestaw obowiązkowy gości i czekałam na opinie. Niczego mądrego się nie dowiedziałam, bo Wojtek wolał gotowane, Piotr F wolał pieczone, mój tato był w szoku że umiem gotować, Piotr L jadł to pierwszy raz w życiu, a Kubie było obojętnie, jadł i kiwał głową, że super. Ja się skłaniam bardziej do opinii Piotra F, że chyba lepsze pieczone. Ale w sumie, te gotowane też były pyszne, nie wiem, nie wiem, ciężki wybór. Jedno jest pewne, super smakowały z focaccią i rucolą. No i z winem. Okazja była idealna, bo oprócz powrotu męża, Jasiek miał urodziny. Zaskoczył mnie tym, że w styczniu miał 7 miesięcy a 3 marca kończył 4 lata i gotował razem ze mną. Niebywała rzecz. 

Dla 5 rosłych mężczyzn i jednej mnie, potrzebujemy

2 puszki pomidorów w całości, bez skórki

4 kartoniki pomidorów pokrojonych w kostkę

4 cebule

główkę czosnku (pół do sosu drugie pół do nadzienia)

patyczki albo inny przyrząd do zatrzymania zrazików w jednym kawałku 

kilogram wołowiny zrazowej pokrojonej na plastry i rozbitej do granic możliwości

dwie szklanki  nadzienia które robi się mniej więcej tak 

30-40 cm bagietki "z wczoraj" miksujemy w blenderze ze szklanką parmezanu albo peccorino romano (mało czuć różnicę), dwiema czubatymi łyżkami natki pietruszki i 10 listkami świeżej bazylii. Na koniec dodajemy (już nie miksujemy) utarty z oliwą czosnek (sporo tego czosnku, ja dałam 6 ząbków, bo teraz czosnek jest ciut bez smaku). Miksujemy tak, żeby bułka się rozdrobniła i połączyła z serem a zioła pozostały w małych kawałeczkach. 

Na każdym plastrze wołowiny rozsmarowujemy nadzienie z bułki, zawijamy jak zrazy albo w rulonik jeśli plaster jest za mały (ja tak miałam) i spinamy wykałaczką/obwiązujemy sznurkiem/nie robimy nic i się modlimy żeby się nie rozpadły

Obsmażamy na patelni (bo niby na czym mamy obsmażać)

W duuuuużym garnku, szklimy na oliwie czosnek i cebulę, dodajemy wszystkie puszki i kartoniki z pomidorami (najlepiej otwarte), dodajemy sól i cukier. Nie wiem ile, na oko 2 łyżki soli i łyżkę cukru, ale jest szansa, że dałam więcej. Trzeba próbować i tyle. Gotujemy sos 5 minut i wkładamy do niego (bardzo ostrożnie) zrazy, gotujemy na mini ogniu aż będą miękkie (1-1.5 godziny). Dolałam trochę wody w trakcie gotowania, ale nie wiem czy to jest konieczne. Dolałam i już.

Jeżeli bliższa wam jest wersja Piotra F, z pieczeniem, to trzeba te zraziki przełożyć do żaroodpornego naczynia, polać sosem z dużego garnka, przykryć folią, i piec przez około godzinę w 190 stopniach.

Chciałam w tym miejscu przeprosić moich fanów "gotowania i picia wina w tym samym czasie", że mało ostatnio pisałam o potrawach z winem. Możemy się umówić, że potrzebujemy do tego sosu lampkę carmenery którą dodajemy na początku gotowania. A z pozostałą ilością można zrobić dowolne rzeczy. Ponieważ jednak, czerwone wino nie powinno stać otwarte dłużej niż parę godzin....