Szablon: Piotr Skrzypczyk

Durszlak.pl
Kategorie: Wszystkie | kuchnia tajska | kuchnia włoska | podróże | zupy
RSS
środa, 16 maja 2012

Wstałam w sobotę skoro świt, ubrałam się ciepło i udałam spacerkiem na moją ukochaną gdyńską halę. Kupiłam pyszne szparagi "oliwki" czyli te najcieńsze, zioła, młode ziemniaki, dwie prawie żywe kaczki, i już, już miałam wracać do domu kiedy u mojej Pani "od mięsa" odkryłam, przepiękną, skrajnie cudną, idealną-polędwicę wołową.

Zweryfikowałam szybko plany obiadu komunijnego, zamieniłam łososia na wołowinę. Była 9.00, słońce świeciło, wypiłam kawę, ogarnęłam szybko sytuację i zabrałam się do gotowania. Najpierw wstawiłam rosół z pieczonych warzyw. Miałam to zrobić w piątek ale, że przyjechały moje piękne skandynawskie szkodniki, zaryzykowałam, że zrobię wszystko w sobotę. Po rosole zabrałam się za mięso i kaczki. Kaczki zrobiłam jak zwykle, cudów nie było. Obejrzałam z atencją polędwicę, nasyciłam oczy, i zabrałam się za klasycznego Wellington'a. Podparłam się przepisem Gordona Ramsey'a, i nie żałowałam. Polędwica wyszła bosko, i przy najbliższej sprzyjającej okazji zrobię ją ponownie.

Kilogram polędwicy wołowej (cieńszy koniec)

250 gram pieczarek 

garść namoczonych suszonych prawdziwków

50 gram masła

spora gałązka świeżego tymianku

100 ml. wytrawnego białego wina

12 plastrów szynki typu prosciutto, ja użyłam tej ze znanego dyskontu na "L"

opakowanie 500g mrożonego ciasta francuskiego, najlepiej takiego w rolce

3 łyżki oliwy z oliwek

2 żółtka rozmącone z dwiema łyżkami zimnej wody

trochę mąki do rozwałkowania ciasta

Opis będzie długi, ale tak naprawdę nie jest to skomplikowana potrawa, opiera się bardziej na czasie pieczenia.

Polędwicę obsmażamy dokładnie z każdej strony na rozgrzanej oliwie. Wstawiamy do gorącego piekarnika (200 stopni) na mniej więcej 15-20 minut. Polędwica powinna być różowa w środku, więc można sprawdzić, rozkrawając ją u góry czy jest gotowa. Musimy pamiętać, że w trakcie docelowego pieczenia polędwica już się nie zmieni, jedynie podgrzeje. Mięso pozostawiamy do wystygnięcia. Wyciągamy ciasto francuskie żeby się rozmroziło. Kroimy pieczarki i odsączone prawdziwki najdrobniej jak się da, i dusimy na maśle na wolnym ogniu. Solimy, czekamy parę minut aż puszczą sok. Dolewamy wino, wkładamy tymianek, czekamy aż grzyby zmiękną a wino wyparuje. Wyciągamy tymianek. Farsz powinien być dość zwarty i odparowany. Pozostawiamy do wystygnięcia. Jak już polędwica i grzyby wystygną zaczynamy operację zawijania. Rozwałkowujemy ciasto w prostokąt który (musimy to sobie wizualnie wyobrazić) po zawinięciu zakryje polędwicę (mniej więcej 18 x 30 cm), tylko nie za cienko. Brzegi ciasta smarujemy jajkiem. Na ciasto kładziemy szynkę, plaster koło plastra. Na środku szynki układamy mięso. Polędwicę również smarujemy roztrzepanym jajkiem (farsz się będzie lepiej trzymał), obkładamy grzybami. Pewną ręką i bez strachu, zawijamy ciasto z dwóch stron do góry. Musimy sobie wyobrazić mięso które po pokrojeniu w plastry, będzie otoczone szynką, grzybami i ciastem. Górne brzegi ciasta sklejamy (posmarowaliśmy je już jajkiem), musimy starać się obkleić jak najciaśniej, żeby w środku nie było wolnej przestrzeni. Zawijamy boki do góry. Jak zabraknie ciasta, możemy odkroić brakujący kawałek i po prostu dokleić go z góry. Ciasto smarujemy z wierzchu żółtkiem które nam zostało, będzie się pięknie błyszczeć po upieczeniu i wstawiamy do lodówki. Ja przetrzymałam moje do niedzielnego poranka i upiekłam po przyjściu gości, w temperaturze 190 stopni przez 30 minut, czyli do momentu kiedy ciasto było złote i rumiane. Polędwicy się nie soli przed obróbką termiczną, więc warto postawić na stole sól:).

Trzymam kciuki za wszystkie "komunistki", na pewno się uda, w końcu podejmujemy obiadem ludzi których już znamy, więc nie ma co się strachać na zapas. Spędziłam co prawda całą sobotę w kuchni, za to niedziela poszła bardzo gładko. Podgrzewanie kaczek, pieczenie w tym samym piecu polędwicy, gotowanie ziemniaków i przygotowanie sałaty oraz szparagów, zajęło mi dokładnie tyle czasu ile moim gościom zajęło zjedzenie rosołu i chwila odpoczynku. Polecam również komunijny tort dziewczyn z www.wspanialetorty.blogspot.com, był prosty, szykowny i wszystkim smakował. Ba, ja go zrobiłam! A to jest rzecz praktycznie niemożliwa!

 

środa, 09 maja 2012

Pomiędzy wyborem kolorów ścian, mierzeniem mebli i pakowaniem, muszę znaleźć czas na przygotowanie się do komunii. Co prawda z powodu niezaplanowanej majówki Panów Piotrów, szansa na obiad w nowym mieszkaniu, oddaliła się z prędkością światła ale działać trzeba. Mam już przystawkę, czas na dalszą część obiadu. Więc zupa. Wiem, że prochu nie wymyślę i zrobię po prostu rosół. Niby jest passe i aż by się chciało zaszaleć z jakimś kremem z białych warzyw, ale kto powiedział, że rosół nie może być wystrzałowy? 

Dla 15 osób potrzebujemy

4 litry wody

około 1,5-2,5 kg mięsa, ja daję połowę kurczaka rosołowego, kawałek szpondra i/albo pręgi wołowej

mały listek laurowy, 5 ziaren pieprzu, gałązka świeżego lubczyku

i teraz jest myk z warzywami

seler pokrojony w ćwiartki (seler daje ten specyficzny wytrawny posmak)

5 marchewek (marchew daje słodycz)

2 pietruszki (pietruszka daje lekkość)

jeden duży por (por daje warzywny posmak)

(obrane umyte)

2 cebule bez łupiny ale w całości (cebula daje kolor i podkreśla smak mięsa)

cała główka czosnku, nieobrana (czosnek jest zawsze dobry)

warzywa pieczemy w piekarniku, bez dodatku tłuszczu przez około 40 minut w temperaturze 200 stopni aż zbrązowieją. 

Mięso wkładamy do zimnej wody (tak żeby przykryła mięso) i gotujemy do momentu kiedy pojawi się pierwsze ścięte białko (około 20-30minut), wodę wylewamy. Dodajemy do mięsa świeżą wodę, wkładamy warzywa, listek i pieprz. Wstawiamy na najmniejszy ogień, i gotujemy dłuuuugo i po malutku, szumując z wierzchu co 15-20 minut. To zajmie przynajmniej 5-6 godzin. Gotujemy z uchyloną przykrywką, co może nie jest specjalnie ekologiczne, ale pozwoli wodzie trochę odparować, i zagęści smak. Zabójcze dla rosołu są: za wysoka temperatura gotowania i sól. Od "gotowania" a nie "migania" rosół mętniej a od soli, mięso robi się twarde na początku i nie oddaje smaku. Rosół można posolić jak jest już prawie gotowy czyli mięso jest miękkie. Ale nie później niż na pół godziny przed końcem. Lubczyk zastąpi nam jakże popularną "maggi" ale trzeba go dodać przed końcem gotowania i wyjąc po 10 minutach (jak zbrązowieje). Ponieważ rosół musi być czyściuteńki i bez skazy, przelewamy go przez sitko wyłożone gazą. Ponieważ życie bywa okrutne i zapowiadają podczas komunii burze i deszcz, proponuję wstawić rosół w sobotę, wiejska mądrość rzecze, że po burzy rosół kiśnie. Pojęcia nie mam dlaczego i czy aby na pewno, ale lepiej nie ryzykować.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Moja piękna, mała córeczka, jest na tyle duża, że za dwa tygodnie przystępuje do Pierwszej Komunii. Ponieważ ciągle działam w trybie "hurraoptymizmu", zdecydowałam niefrasobliwie, że obiad komunijny przygotuję w domu. Nie martwię się o Panów Piotrów i termin oddania mieszkania, wiem, że dadzą radę. Muszą dać, uprzedziłam ich, że w przypadku tak zwanej "obsuwy", obiad komunijny będzie miał miejsce w domu jednego z nich. Martwię się o logistykę podawania potraw. Po prostu nie chcę stać cały czas w kuchni i zerkać nerwowo na zegarek. W związku z tym, od paru dni, pieczołowicie próbuję potrawy, które będą: 

a) uniwersalne

b) spodobają się Zosi i naszym gościom

c) ich przygotowanie nie jest zbyt skomplikowane

d) mogą stać i czekać na podanie

I to wcale nie jest takie proste. Teoretycznie, mogę upiec 5 kaczek oraz zamówić tort, cały urok w tym, że obiecałam Zosi biało-różowe menu, biało-różowy stół i biało-różową atmosferę. Póki co, opracowałam przystawkę, uważam, że jest piękna i bardzo smaczna. I może stać od piątku w lodówce. Ba, ona musi stać 2 dni lodówce! Łosoś w buraczkach. 

Dla 15 osób potrzebujemy:

filet z łososia, ze skórą ale bez ości 

szklankę soli morskiej

dwie łyżki cukru trzcinowego

3 buraki, obrane i pokrojone na cieniuteńkie plastry (ok.300 gram)

50 ml wódki

cytrynę (sok plus otarta skórka)

3 łyżki stołowe utartego chrzanu, musi być surowy

Filet z łososia kładziemy skórą do dołu na folii spożywczej. Nacieramy solą morską, cukrem, chrzanem, polewamy wódką i sokiem z całej cytryny, posypujemy skórką cytrynową i burakami pokrojonymi w plastry. Nacieramy najmocniej jak się da. Owijamy szczelnie folią i na wierzch kładziemy duży talerz z obciążeniem (słoiki z dżemem, zapeklowana kaczka, no w każdym bądź razie coś bardzo ciężkiego) i wkładamy do lodówki. Po paru godzinach, odlewamy soki, uważając, żeby nie wyrzucić buraczków z dodatkami. Trzymamy w lodówce mniej więcej półtorej doby. Czyli, wstawiamy w piątek do lodówki, wyciągamy w niedzielę komunijną rano, kroimy na cieniuteńkie plasterki i podajemy z rucolą. Potem możemy nalewać zupę - rosół z pieczonych warzyw. Ale o tym za parę dni. Muszę dopracować szczegóły. A tak naprawdę, to muszę się zastanowić, czy obiad nie będzie jednak u Panów Piotrów. 

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Z powodu końcówki remontu, po raz pierwszy, od wielu wielu lat, spędzimy długi weekend majowy w mieście. Ponieważ kawa nie wyklucza herbaty, zrobimy majówkę bez majówki.  Zamiast malowania słupków na tarasie, będziemy malować meble dzieci, zamiast dosadzania krzaków, przesadzimy kwiaty po przeprowadzce. Zamiast grilla na tarasie, zrobimy "grill" w piekarniku. Widok na Gdynię zastąpi widok na jezioro. I bardzo się z tego cieszę. 

Ten pierwszy majówkowy grill, zawsze był specjalny, zwiastował lato i wszystko co najlepsze. Postaram się, odtworzyć go w centrum miasta.

Tak naprawdę, to na wsi zazwyczaj grilujemy, pewne znane kiełbaski pieprzowe, z pewnego znanego sklepu, ale na to nie potrzeba przepisu. Postanowiłam więc, zaczerpnąć ze źródełka wiedzy mistrzów czyli amerykańskiego bbq. Lektura przepisów na podstawowe sosy, zajęła mi dwa dni. Co tam się dzieje! Czyste szaleństwo! Kentucky style, Alabama style, do żeberek, do kurczaka, z sokiem jabłkowym, bez soku jabłkowego. Nie wiedziałam od czego zacząć, więc zaczęłam od początku. 

Klasyczny "Kansas city rib sauce"-mój absolutny faworyt (póki co, bo ja się dopiero rozkręcam w tej materii)

potrzebujemy

1 szklankę ketchupu, ja użyłam "Heinz first harvest"

1/4 szklanki wody

1/4 szklanki octu jabłkowego

1/4 szklanki melasy z buraków albo ciemnego cukru

3 łyżki oliwy z drugiego tłoczenia

2 łyżki słodkiej papryki 

1 łyżkę sproszkowanego chilli

1 łyżeczkę pieprzu cayenne

2-3 zgniecione ząbki czosnku

łyżeczkę soli

W garnku o grubym dnie, podsmażamy czosnek na oliwie aż się niebezpiecznie zabrązowi (ryzykowne, ale o dziwo pasuje), dodajemy resztę składników i gotujemy na wolnym ogniu przez 15 minut. Pycha!

St.Louis BBQ sauce-równie pyszny, acz delikatniejszy

potrzebujemy

2 szklanki ketczupu

1/2 szklanki wody

1/3 szklanki octu jabłkowego

1/3 szklanki brązowego cukru

2 łyżki ostrej musztardy

1 łyżkę sproszkowanej cebuli

1 łyżkę sproszkowanego czosnku

1 łyżeczkę pieprzu cayenne

Wszystkie składniki gotujemy na wolnym ogniu przez 30 minut. 

Użyłam sosów na dwa sposoby, zamarynowałam w nich skrzydełka kurcząt, zostawiłam w lodówce na parę godzin po czym piekłam w piekarniku przez 30-40 minut, potem podkręciłam temperaturę do 230 stopni, poczekałam aż się zrumienią i będą wyglądały jakbyśmy właśnie zdjęli je z ogrodowego grilla. Resztę sosów pozostawiłam do "maczania". 25 osób zjadło 1,5 kilograma skrzydełek, 3 kilogramy pieczonych ziemniaków i 3 kilogramy pomidorów z fetą i bazylią. Słońce świeciło na prowizoryczny stół, Gdynia odbijała się w oknach, deszcz pachniał wiosną, mieszkanie cekolem, kable wystawały ze ścian a na środku stałam ja, szczęśliwa i wzruszona:) Niech żyją miejskie majówki i remonty!

piątek, 13 kwietnia 2012

Po ciężkawych świętach, mąż kazał mi się "wyluzować". Spędziłam więc wtorek na kanapie, dojadając resztki mazurka i oglądając Top Chef na kuchnia.tv. Uczestnicy gotowali potrawy w jakiejś kalifornijskiej winnicy i wyglądało to bajecznie. Nie jestem w stanie nawet przypomnieć sobie co takiego przygotowali, ale byłam oszołomiona.  I nagle doznałam olśnienia, na które czekałam tyle lat! To co nas otacza, powinno być inspiracją a nie dosłownym przekazem wpędzającym nas w kompleksy. Można posłuchać tych wielkich kucharzy, zrozumieć ich kunszt i opinie krytyków, ale do głowy nam nie przyjdzie odtworzenie tych potraw w domu. Można obejrzeć wspaniałe wielkanocne stoły spod reki Marthy Stewart, ale stresowanie się, że nasz tak nie wygląda, jest bez sensu. I to jest właśnie moje wyzwolenie! Gdybym podała wczorajszą sałatkę z programu Top Chef (ugotowany burak z ugotowaną marchewką polane pesto z natki marchewki) mojej rodzinie, prędzej bym się spodziewała pytania "co to jest???" niż pytania "czy mogłabym opisać skąd moja inspiracja do użycia tak prostych acz wyrafinowanych produktów, których smak podkreśla pora dnia, a wino Pinot Grigio zamyka ten smak w spójną całość". Czymże bowiem jest sałatka z ugotowanego buraka, połączonego z ugotowaną marchewką i polana sosem ze zmiksowanej marchwianej naci. W amerykańskim programie, na tle wzgórz i zachodzącego słońca, to jest coś super. Oczywiście można się stresować, że nie umiemy przygotować musu z jeżowca z jakąś nutą, tylko po co? Można kibicować Kevinowi i podziwiać krajobrazy a w tym samym czasie ugotować barszcz babci Halinki który podziwia nasza rodzina. Kawa nie wyklucza herbaty jak mawia klasyk i nie ma co się wpędzać w kompleksy.

Ta zupa jest wspomnieniem lata, czasów kiedy mięso było na kartki a grządki buraków rosły koło wanny wypełnionej deszczówką. 

Potrzebujemy:

litr wywaru z warzyw, dosyć intensywny, ale bez dodatku przypraw typu liść laurowy

5 buraków wielkości piłek tenisowych, nieobranych i ugotowanych w całości w niewielkiej ilości wody (zajmuje to mniej więcej 45 minut i wymaga dolewania wody)

4 ziemniaki obrane i pokrojone w kostkę

2 łyżki kwaśnej śmietany

łyżka utartego czosnku

łyżka koperku

pół łyżeczki lekkiego octu lub szczypta kwasku (sok z cytryny powoduje, że zupa pachnie deserowo)

sól

Kasia lubi polać zupę rumianymi kawałkami boczku, też fajnie

Ugotowane buraki obieramy ze skórki, i jeszcze ciepłe ścieramy na tarce o dużych oczkach. Zakwaszamy buraki nie straciły koloru, dodajemy czosnek, cukier, sól i zalewamy ciepłą wodą, tak żeby przykrywała je w misce. Chodzi o to, żeby buraki oddały jeszcze trochę koloru do wody którą potem dodamy do zupy. Czekamy aż buraki wystygną. Ziemniaki gotujemy w wywarze i jak już są prawie miękkie, skręcamy ogień na minimum i dodajemy buraki razem z wodą w której leżały. I teraz są dwie szkoły, moja ciocia dodaje tylko połowę buraków i całą wodę, ja dodaję całość, wtedy zupa jest gęstsza. Wlewamy śmietanę (można dodać do niej łyżkę stołową mąki, ale to nie jest konieczne) i koperek. Wyłączamy gaz. Zupy nie wolno zagotować, bo buraki zrobią się brązowe. Ale można ją delikatnie podgrzewać. Ponieważ zupa ma bardzo intensywny kolor najlepiej podawać ją na ceracie albo jeść jak mango w wannie, bo na pewno wyleje się z talerza, zachlapie ulubioną białą bluzkę i skapnie na obrus po babci.

I tak wyluzowana idę do moich Panów Piotrów, podziwiać moje mieszkanie i cieszyć się, że mam widok na odnowiony budynek znanej firmy i nie martwić się, że nie mam widoku na kalifornijskie wzgórza.

Tagi: barszcz
11:38, gastromat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 kwietnia 2012

Nie mam czasu gotować, pić kawy, zajmować się dziećmi, nie mam na nic czasu, ponieważ Panowie Piotrowie mają budowlane ADHD i czas się pakować na okoliczność przeprowadzki. Obejrzałam jeszcze puste mieszkanie w piątek rano, pojechałam z Kubą do IKEA, wróciłam po południu i otwierając z impetem drzwi wpadłam na ścianę. Człowiek wyjdzie na chwilę, a tu mieszkanie stoi. Praca wre. Kurz osiadł, a Pan Piotr zaczął się nawet delikatnie uśmiechać. Nie wiem czemu te ściany tak mnie szokują, niby rozumiem, że Panowie się tego uczyli, skończyli w tym kierunku jakąś szkołę, że są teraz super profile i karton gipsy. Ale jak można w jeden dzień postawić wszystkie ściany?! Jednym słowem, świat jest pełen tajemnic i tak jak nie zrozumiem działania telewizora i zmywarki, tak nie zrozumiem jak się stawia ściany. Pewnie gdzieś tam, z tyłu głowy, pozostał mi obraz robotników sprzed 100 lat, z kielnią w dłoni i kaszkietem na głowie. Więc znowu mnie ciągnie do rozmyślań nad starą Gdynią, skoro wybudowali to miasto przy pomocy kielni i kaszkietu, to musieli być wielkiego ducha. Musiał być jakiś Pan Piotr, który wiedział co robi, musiał być jakiś wywiad środowiskowy skąd się bierze cegły, jakaś droga, którą te cegły wożono. No po prostu rewelacja! I pewnie gdzieś tam siedziała jakaś Pani, która gotowała obiady na cały dzień, dawała mleko w kance i też nie miała na nic czasu. Świat się zmienia, ale pewne rzeczy pozostają niezmienione. 

Chwalę dzień przed zachodem słońca, cieszę się widokiem i zrobiłam dla Panów Piotrów super męskie kanapki z antrykotem według przepisu Jamiego Oliviera. Ba, nawet sama upiekłam ciabattę! Skorzystałam z przepisu http://www.bbc.co.uk/food/recipes/ciabatta_85453 i wyszła wspaniała. 

Nie jest to fizyka jądrowa, przepis jest prosty i pewnie popularny, ale zrobiłam wszystkim wielką radochę i sobie w sumie też. 

Potrzebujemy

Kawałek antrykotu wołowego, taki klasyczny plaster waży około 300 gram

ruccole, sałatę lodową

parę plastrów cienko pokrojonego boczku

4 łyżki musztardy

2 łyżki chrzanu

czerwoną cebulę pokrojoną w plastry

oliwę z oliwek

rozmaryn, najlepiej świeży

sok z połowy cytryny

no i oczywiście ciabattę

Antrykot rozbijamy wałkiem do ciasta, nacieramy solą i pieprzem, sokiem z cytryny i rozmarynem. Zostawiamy w lodówce na minimum godzinę. 

Ciabattę kroimy na pół, pieczemy chwilę w piekarniku, żeby się podgrzała

Antrykot smażymy na gorącej patelni i wstawiamy na 5 minut do piekarnika, w którym podgrzewa się ciabatta

Smażymy boczek

Przekrawamy ciabattę wzdłuż, polewamy oliwą

Smarujemy ciabattę musztardą, kładziemy sałatę, cebulę, mięso, boczek, smarujemy u góry chrzanem. Przygniatamy na chwilę z góry i kroimy na plastry. Wiem, że to banał, ale na nic innego nie mam czasu. Idę się pakować i przekładać mentalnie święta.

wtorek, 27 marca 2012

Okazało się, że z góry nikt nie spadł, rusztowanie stoi, parapety są całe tak jak i chodnik pod nami. Każdy, kto mnie zapewniał, że wyburzenie takiej ściany nie grozi śmiercią i katastrofą budowlaną, miał rację. Hałas był umiarkowany, zostało sporo cegieł rozbiórkowych, słońce świeci, jednym słowem - same plusy. Widok na Gdynię się powiększył i moim oczom ukazała się łąka krokusów. Mogłam się tego spodziewać, bo Pani która w Moim Mieście zajmuje się tak zwaną "zielenią", przypomina mi Diarmuida Gavina, oczywiście nie z wyglądu, tylko z niekonwencjonalnych rozwiązań. Pola krokusów w centrum miasta, zagony słoneczników na Różowej drodze, brzozy w donicach. Szaleństwo, szaleństwo, szaleństwo. Próbowałam namówić Panów Piotrów na głęboką rozmowę z pogranicza architektury i nowoczesnych rozwiązań, ale jedyne co usłyszałam to "no, to będzie pani miała okien do mycia!". No tak, oni przez tą dziurę widzą garaże i za dużo okien do mycia, a ja zaczęłam łączyć fakty i wyszło mi, że skoro krokusy, że mycie okien, no to wiosna. A jak wiosna to i Wielkanoc. Wojtek się uparł, że muszę sama zakwasić zakwas na żur i tak długo mi o tym przypominał, że się poddałam i nastawiłam. Zajmuje to co prawda jakieś 4 minuty, ale w ferworze walki i remontu, poddałabym się dyktatowi Pań z hali i skorzystała z ich gotowców. Nie mam pojęcia co jeszcze będę robić, ale pomyślałam dzisiaj o jajkach z pastą łososiową. I co dalej? Pewnie zestaw obowiązkowy czyli mazurek, ale tylko kajmakowy, sernik bez niczego i chyba gęś, bo skoro mamy mało gości to taka gęś będzie akurat. 

Więc specjalnie dla Wojtka zakwas na żur

700 ml przegotowanej, letniej wody wymieszaj ze szklanką mąki żytniej, dodaj dwa ząbki rozgniecionego czosnku, wodę wlewaj powoli, inaczej robią się grudy. Odstaw na parę godzin, zamieszaj i przelej do słoja, kamionki, czegokolwiek co ma ścianki i co można przykryć z wierzchu lnianą ściereczką. Postaw w ciemnym miejscu na przykład tam w rogu, za ekspresem. Powąchaj po 4 dniach, jak pachnie żurkiem to fajnie, jak nie to poczekaj jeszcze ze dwa dni. I już.

Wywar do żuru. 

1,5 litra wody

około 700-800 gram wędzonych żeberek

dwie cebule

główka czosnku

marchewka, pietruszka, kawałek selera, spora garść suszonych grzybów

łyżka stołowa albo nawet dwie, chrzanu

250 ml kwaśnej śmietany 

2 łyżki majeranku

liść laurowy, 10 ziarenek pieprzu

Wszystko razem (za wyjątkiem śmietany i chrzanu) gotujemy w mniej więcej litrze wody, aż żeberka zmiękną. Jak wywar będzie za bardzo esencjonalny, to dolejesz wody, ale pamiętaj, że dodasz jeszcze zakwas, który w sumie też jest wodą. Jak już wywar będzie gotowy, włóż do niego białą kiełbasę (myślę, że wystarczy 6-8 sztuk) tak na 10 minut i pogotuj jeszcze. Wyjmij kiełbasę, odłóż żeby ostygła. Możesz potem część kiełbasy pokroić i dodać do zupy, a pozostałą upiec w piekarniku z cebulą, jabłkiem i odrobiną octu balsamicznego. Mięso z żeberek jest dla Maja. Teraz dodajemy zakwas żuru, mniej więcej pół litra, ja lubię "zabełtać" z mąką trochę, wtedy jest taki treściwszy. Gotujemy aż mąka się ugotuje (naprawdę) i nie będzie już smakowało surowizną. To ci zajmie jakieś 10-15 minut. Dodajemy chrzan i śmietanę. Dobrze jest śmietanę ogrzać chochelką żuru, żeby się wszystko nie zwarzyło. Resztę zakwasu, zwłaszcza tę mąkę, można odstawić do lodówki i użyć ponownie do kolejnego zakwasu (szybciej się kwasi).

Łosoś do jajek

250 gram wędzonego łososia (może być sałatkowy, i tak zostanie zblendowany)

110 gram serka typu Philadelphia

2 łyżki śmietany 18%

łyżka chrzanu

sok z połowy cytryny

po łyżeczce siekanego koperku i szczypiorku

biały pieprz, trochę soli, szczypta cukru

Wszystko za wyjątkiem koperku i szczypiorku blendujemy w blenderze, ale krótko, tylko tak żeby łosoś się rozdrobnił. Dodajemy zieleninę i sprawdzamy smak. Można to odchudzić na potrzeby pilota oblatywacza, ale nie wiem czy ma to jakikolwiek sens. I tak sobie dzisiaj spróbowałam i przepis może nie jest specjalnie odkrywczy, ale z ugotowanym jajkiem smakował divine. Zrobię jeszcze pastę z pstrąga, taką jak już robiłam do mezze - powinno być super.

Idę oglądać krokusy i robić zdjęcia dziury.

poniedziałek, 26 marca 2012

Przy akompaniamencie gruzu rozbryzgującego się o parapet i styropianowego deszczu, Panowie Piotrowie zaczęli usuwać fragment ściany pod nasze wielkie okno. Nie wiem dlaczego, ale ta część prac wywołuje u mnie przerażenie. Na nic zapewnienia mądrych tego świata, że to nie jest taka straszna operacja, i że wszystko pójdzie dobrze. Na nic kreślone przez inżynierów plany i przewidywany przebieg robót. Jedyne co widzę, to tona cegieł, która spada z 4 piętra, a za nią jeden z Piotrów uczepiony resztek rusztowania. I to wszystko na moich oczach. Z drugiej strony nie mogę doczekać się pełnego otworu i okna z widokiem na Gdynię. Znalazłam niedawno zdjęcie mojej kamienicy z majestatycznym polem pod oknami. Widziałam tych wszystkich ludzi, którzy mieszkali tu przede mną, a sympatyczny starszy Pan wytłumaczył mi kiedyś, że mieszkali tu robotnicy budujący kolej, a na tym polu rosły ziemniaki, którymi się żywili.  Myślałam o nich patrząc na 100 letnie śmieci pod drewnianą podłogą i uzmysłowiłam sobie, że Gdynia zawsze kojarzyła mi się z pracą. Moi rodzice poznali się w gdyńskim PLO, jeździli do pracy w Gdyni, większość wujków i ciotek pracowała w branży morskiej, wszyscy jeździli na halę gdyńską po gumę do żucia i niemiecką kawę. Babcia Kuby pracowała w zarządzie Portu Gdynia i wspominała statki z owocami i węglem. Moja mama pracowała krótko w firmie, która wywoływała dreszcz emocji u wszystkich dzieci, słynnym PolCargo, które odpowiadało, jeśli dobrze zrozumiałam, za kontrolę  ładunków przypływających do gdyńskiego portu. I to nie był tylko węgiel i stal, to były przede wszystkim dobra luksusowe tamtych czasów, czyli bakalie i owoce. Rewelacja! Więc naturalny podział był taki, mieszka się w Sopocie, a pracuje i robi zakupy w Gdyni. Dopiero teraz uzmysłowiłam sobie, że w Gdyni też się mieszka. Ja mieszam w Gdyni. Nie widzę już słodkich sopockich kamieniczek, widzę majestatyczne, praktyczne i jasne budynki z czasów rozwoju Gdyni i bardzo mi się ten widok podoba. Idąc wczoraj na zakupy rozmawialiśmy z Kubą o kolacji, a ponieważ mój mąż jest na granicy obłędu starając się spiąć w sensowną całość kolejne ekipy montujące cuda współczesnego świata, takie jak prąd i bieżąca woda, jedyne co mogę zrobić, to przystawać na jego zachcianki kulinarne. Oprócz makaronu z prawdziwkami, Kuba kocha polędwicę z gorgonzolą według przepisu Ryśków. Od słowa do słowa, zeszło na babcię, powiedziała kiedyś przy kolacji, że na M/S Stefan Batory przypłynęła gorgonzola. Było to dla niego równie klarowne, jakby powiedziała coś po koreańsku.

A teraz proszę bardzo, wiadomo czym ten ser jest i z czym się go je. Z polędwiczką wieprzową. Ta sympatyczna potrawa, może stać w piekarniku i czekać na gości. Można ją serwować z dodatkami, ale można też saute. W dużym naczyniu jak i w malutkich kamionkach i wtedy wygląda po prostu fantastycznie. Ciężko podać proporcje, bo polędwica polędwicy nierówna więc stosujemy podział matematyczny. Na plaster polędwiczki o grubości 3 cm, "wchodzi" różyczka brokuła, plaster pomidora i hojna łyżka gorgonzoli. 

Dla 4 osób, potrzebujemy:

dwie polędwiczki wieprzowe pokrojone na 3 cm plastry i rozgniecione palcami

3-4 pomidory pokrojone na 0,5 cm plastry

dwa brokuły krótko obgotowane na parze

300 gram gorgonzoli albo innego niebieskiego sera, wymieszane na w miarę gładką masę ze 100 gramami majonezu

łyżkę stołową soli selerowej

Plastry polędwicy obsmażamy krótko na patelni, solimy solą selerową, przekładamy do żaroodpornego naczynia (musi nam wyjść jedna warstwa)

Na to kładziemy brokuły, na brokuły pomidory, na pomidory masę serową i pieczemy w temperaturze 200 stopni około 30 minut. Można ją potrzymać dłużej w piekarniku, tak aż brokuły się rozpadną i zagęszczą sos serowy, a można (ja tak preferuję) doprowadzić tylko do rozpuszczenia sera i zachowania warzyw w zwartej formie. Trzeba wtedy uważać na "surowość" polędwicy, bo wieprzowina musi być upieczona i żadne tam krwiste kawałki nie wchodzą w grę. 

Idę dalej myśleć o Gdyni.

czwartek, 22 marca 2012

Musiałam zrobić coś dobrego w poprzednim życiu, bo prace na strychu przebiegają prawie gładko. Nie to żebym chwaliła dzień przed zachodem słońca i mówiła hop przed skokiem, ale tfu tfu odpukać, nie jest źle. Ekipa Piotrów uwija się jak w ukropie kując, szpachlując i dźwigając. Piotr od elektryki ma twórcze podejście do tematu i stosuje ciekawe rozwiązania. Sąsiedzkie emocje opadły, system mycia klatki opanowany został do perfekcji i nawet nowatorska metoda ocieplania pianką, zdała egzamin. Nie obeszło się bez tradycyjnych narzekań i tarć między wykonawcami, że elektryk mógł zacząć od drugiej ściany a hydraulicy zostawili bałagan, ale to są naprawdę detale. Patrząc przez okno i widząc słońce, zaczynam się nawet cieszyć, że to wszystko się już dzieje. Pewnie, że wolałabym ekipę z Extreme Makeover Home Edition, która zabierze mi klucz od strychu, wyśle na karaibskie wakacje, a potem pokaże gotowe cuda wianki oraz podaruje samochód, ale i tak nie mam prawa narzekać. W związku z tym, postanowiłam poświęcić więcej czasu na sprawy kuchenne, i zrobić potrawę której przygotowanie zajmie mi więcej czasu niż odgrzanie babcinych pierogów czyli gołąbki. Poza tym lubię gołąbki. To jest mój i Królewny soul food. Moje gołąbki przygotowywała mama, przykryte z wierchu spieczonymi liśćmi kapusty, te jego gotowały ciotki z Sosnowca, w sosie pomidorowym serwowane z ziemniakami. Jest jeszcze jeden powód dla którego zamieszczam ten przepis, on nie zawiera ryżu, więc idealnie nadaje się na obiad przy diecie niskowęglowodanowej, a na takiej właśnie, jest mój dobry duch z Lipowej, który każe mi myć podłogi jak mam doła. 

Najlepiej przygotować sobie wszystko na dzień przed gotowaniem, żeby nie parzyć rąk.

Potrzebujemy sporą główkę włoskiej kapusty (biała kapusta ma liście które lubią pękać, więc te karbowane liście włoskiej są praktyczniejsze) i obgotowujemy partiami. Czyli, usuwamy głąb, wkładamy kapustę do garnka z gotującą się wodą i jak liście z wierzchu zmiękną, wyciągamy, odkrawamy miękkie liście i dalej gotujemy, wyciągamy za jakiś czas odkrawamy kolejne miękkie liście i tak do momentu jak się nam skończy kapusta. Odkładam na durszlak, żeby troszkę obciekły. Łatwiej się je potem zawija. Musimy uważać, żeby nie rozgotować kapusty przed dalszą obróbką, i pamiętać, że one spędzą jeszcze trochę czasu w piekarniku. Głąb dzielimy sprawiedliwe na 4 części i 3 oddajemy rodzinie do pochrupania, jedną część chrupiemy same.

Teraz farsz. Ponieważ jest bez ryżu, potrzebujemy oprócz mięsa trochę grzybów. Na pół kilograma mielonej wieprzowiny, ja daję 30 dkg pieczarek pokrojonych w kosteczkę i uduszonych z jedną cebulą na maśle. Mieszam mięso z grzybami, solę, pieprzę i dodaję siekany koperek. Mniej więcej łyżeczkę.

Do tego dodaję dwa plastry wędzonego boczku, pokrojonego w kosteczkę i usmażonego.

Z każdego liścia "skrawam" z góry tą łodyżkę u nasady liścia. Nie wykrawam jej w całości, tylko tak skrawam żeby była cieńsza, unikniemy tym samym problemów przy zawijaniu i liść nie będzie "sprężynował". Patent babci Halinki.

Ponieważ nie umiem zobrazować jak się zawija gołąbki, mogę tylko założyć, że każdy widział jak robią to nasze matki i babki.

Najlepiej zacząć od największych liści, żeby się trochę "rozruszać". Zawinięte gołąbki obsmażamy partiami na patelni. I teraz są dwie szkoły. Mama Hania układała je w brytfannie i zalewała kombinacją rosołu i sosu sojowego w proporcjach - 3 szklanki rosołu i pół szklanki sosu sojowego. Do tego wrzucała trochę suszonych grzybów. Zalewała tym płynem gołąbki i piekła w 180 stopniach przez około 45 minut. I to jest fantastyczny przepis.

Ja robię je jeszcze w wersji klasycznej, dla Królewny, czyli obsmażone wkładam do naczynia żaroodpornego, pokrywam posoloną passatą pomidorową i piekę również przez 45 minut w 180 stopniach.

Najlepiej podać oba rodzaje, obiad nie będzie taki monotonny. Z gotowaniem jest tak jak z muzyką, wszystkie hity już powstały, ale to nic, u mnie w domu hasło "zrobiłam gołąbki" działa jak zaproszenie na bal do Opery Wiedeńskiej, wszyscy przyjdą, każdy zje i poczuje się wyjątkowo. 

niedziela, 18 marca 2012

Jako matka z 8 letnim stażem, mam dwie wąskie specjalizacje - rosół i pieczony kurczak. Rosół jak to rosół, w każdym domu jest inny i podawanie przepisu jest herezją i bezczelnym wkraczaniem w cudzą prywatność, bo ta wiedza przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. U nas w domu, dodaje się na przykład kiszony koperek. Czy ktoś używa kiszonego kopru w domu? My tak. Za to kurczak jest potrawą otwartą kulturowo i dosyć mocno eksploatowaną w naszym domu. Po pierwsze, unikam tym samym grymaszenia przy stole i rozmów z cyklu "Mamo co to jest? Mięso. A jakie? Wołowina. A dlaczego ono jest takie ciemne? Bo mięsko wołowe jest ciemniejsze niż kurczak. A dlaczego? Nie wiem, po prostu jest. A dlaczego nie ma kurczaka? I tak w kółko. Dlatego piekę tego kurczaka, gotuję ryż, piekę ziemniaki, daję bułkę i jest cisza. Dla mnie kurczak jest jak kaszmirowy szary sweter, zawsze elegancki i do wszystkiego pasuje. 

Wczoraj Zosia wyprawiała urodzinową kolację dla ciotek i wujków, więc pozwoliłam jej ułożyć menu. Po drobnych perturbacjach i tłumaczeniu, że kanapki z nutellą oraz racuchy z cukrem pudrem niespecjalnie nadają się dla dorosłych, stanęło na drobiu. Nawet mi to pasowało, bo ciągle siedzę psychicznie na budowie i najchętniej jadłabym w kółko zupę ogórkową, i to od babci, żeby nie musieć gotować. Ponieważ zakupy spożywcze zostały sprytnie wplecione w zakupy w Castoramie, musiałam udać się na nie z mężem. Chodzenie z mężem po sklepie kojarzy mi się parą, która przemierza hipermarketowo/halowe alejki w pewien charakterystyczny sposób. Układ jest mniej więcej taki sam - Pan stoi z koszykiem na szczycie regału, opiera się przedramieniami o poręcz wózka, a w głębi półek stoi Pani i się "konsultuje". Pan ma nieobecny wzrok, jest ciut znudzony i pooglądałby Kowalczyk na Jedynce, za to Pani, traktuje (tak jak i ja) całą sprawę bardzo poważnie. Taka randka "na siłę".Dlatego nie chodzę z mężem do sklepów, bo ktoś tak samo może pomyśleć o nas i pisze teraz na jakimś innym blogu, że widział parę w sklepie składającą się z koszykarza i krasnoludkowej, która odchodząc na dwa kroki, słyszała za plecami "Po co idziesz? Po makaron. Ale przecież jest makaron w domu! Jesteś pewien, że jest, bo chyba nie ma? Na pewno jest! No to jak nie będzie, to wyjdziesz i kupisz pod domem ok? W sumie to teraz nie wiem czy jest, to może weź ten makaron". 

Przeleciałam szybko listę zakupów i wyczytałam spomiędzy 3 x Cekol, 2 x pusz. z gruntem, 3 kurczaki z Podlasia i Gęś z postawionym obok pytajnikiem, omijając  zgrabnie pozycje z 30xpłyt osb i gips, zapr. tynk. reczny Goldband, globall taśm.pak.akryl.brąz, doczytałam, że brakuje w domu mleka, a zaraz za stelaż.podtynk 2,60 m znalazłam enigmatyczne, "coś do kolacji" i grzyby, które napisane z dużej litery wydawały mi się przez chwilę, preparatem na grzyby ścienne. Wzięłam eko kury, gęsi nie było, kaczki nie było, więc się chciałam skonsultować z mężem, czy brać coś w zamian, na co on, patrząc w sufit, stwierdził, że nie wie, że zje sobie jakąś kanapkę, bo przecież ON KUR NIE JADA! Jezu, przecież on nie jada kur! Zarżnęłam go tą kurą przez te 8 lat, wychodzi mu już dziurkami w nosie! Woli zjeść kanapki niż kury! Rozwód! Po krótkich pertraktacjach i używaniu często magicznego słowa "Kochanie", zaczarowałam go makaronem z prawdziwkami, który Kuba może jeść zawsze i wszędzie i nie rozumie dlaczego nie jemy go codziennie. Ba, dlaczego inni ludzie nie jedzą go codziennie! Przepis na żelazne danie mojego męża już się tu pojawiło, więc podam na tylko przepis kurkę.

Musiałam jakoś oszukać gości i zracjonalizować fakt, że będą sałaty z włoskim winegretem, który zrobiły Gosia z Kerry, rucola z parmezanem i oliwą, pieczone ziemniaki z czosnkiem, kurczak z cytryną i do tego.... makaron z grzybami. Nie pamiętam jak to zrobiłam, bo dużo się działo ale chyba nikt nie zwrócił na to uwagi. 

Kurczak z cytryną

Pół kostki masła, utarte/zmiksowane z otartą skórką z jednej cytryny, dwoma ząbkami czosnku i łyżeczką soli, trzeba wepchnąć pomiędzy skórę a mięso. Nie wiem, czy to klarownie brzmi, ale trzeba po prostu włożyć palce pod skórę na piersiach i oderwać takie małe ścięgienka (?) i w tą pustą przestrzeń nawpychać w miarę równo masło z czosnkiem. Nacieramy solą skórę, i już. Do środka kurczaka wkładamy połowę cytryny i dwie gałązki bazylii.

Kurczak z summakiem

Pisałam już, że od czasu kiedy Paulina zdradziła mi summak, jako magiczny dodatek do hummusu, ja dodaję go do wszystkiego. Po prostu oszalałam na jego punkcie! Więc bierzemy drugiego kurczaka, nic nie odrywamy, tylko nacieramy go obficie z wierzchu summakiem i solą morską. Tu również wkładamy połówkę cytryny i dwie gałązki mięty. Prawda, że proste? 

Pieczemy kurczaki, w temperaturze nie przekraczającej 130-150 stopni przez jakieś 2-3 godziny, w zależności od wielkości kurczaków, podlewając tym co się z niego wytopiło jak się nam przypomni, potem kolejne 15 minut w 180 stopniach, żeby skórka się zrumieniła. 

 

Ponieważ tak surowy jak i pieczony kurczak są mało fotogeniczne, Bogu dziękowałam, że zdjęć nie robił Piotr, bo umarłby chyba z braku koncepcji i weny twórczej. Dlatego umieściłam przykładowe zdjęcia kurczaka z summakiem i genialny tort od dziewczyn z www.wspanialetorty.blogspot.com, który został zjedzony w 30 sekund! Nie wiem czy tak wygląda klasyczny kinderbal, ale nasz był fajny. Teraz muszę zebrać siły na jutrzejsze potyczki budowlane, więc idę zażyć codzienną porcję neospasminy.

 
1 , 2 , 3 , 4