Szablon: Piotr Skrzypczyk

Durszlak.pl

Wpisy z tagiem: chilli

piątek, 13 stycznia 2012

Po paru dniach gotowania w tajskim stylu, odkryłam, że dodanie do czegokolwiek chilli, kolendry, cebuli dymki, sosu rybnego i oleju sezamowego, czyni to coś tajskim daniem. Kupiłam więc papier ryżowy i zrobiłam pierożki. Takie dim sumy. Po paru próbach odkryłam, że po pierwsze, papier musi mieć najmniejszą średnicę (16cm), trzeba robić małe kulki do nadzienia, i że chiński koszyczek do gotowania na parze, był zakupem roku. Pierożki wyszły takie śliczne i smaczne, że nawet Piotr, który na zmianę z moim mężem, robi wszystkie piękne zdjęcia na tego bloga (te mniej piękne robię ja) i zazwyczaj klnie, że coś jest niefotogeniczne, teraz się chyba nawet uśmiechał pod nosem. No po prostu są cudne!

Ponieważ dopiero się z nimi mierzyłam, potraktowałam je jako przystawkę. 

Zanim zaczniemy cokolwiek robić, musimy zmoczyć wszystkie dostępne w domu ścierki, i przy ich pomocy namoczyć płaty papieru. Nie wiem jak mam opisać ten skomplikowany proces. Może tak. Moczymy ściereczkę (czystą), kładziemy w pionie na blacie, na górze układamy płat papieru i przykrywamy tą częścią która jest wolna. Na górę już zawiniętej pierwszej ściereczki,kładziemy kolejny płat papieru. Na to kładziemy kolejną ściereczkę i na jej górnej części kładziemy papier, zawijamy wolną częścią i tak dalej. Papier się moczy około 10 minut i w tym czasie możemy przygotować nadzienie.

0.5 kilograma mielonej łopatki wieprzowej

łyżka oleju sezamowego

łyżka sosu rybnego

dwie łyżki jasnego sosu sojowego

posiekana papryczka chilli

dwie posiekane cebule dymki

garść posiekanej kolendry

garść posiekanych białych części od kapusty pekińskiej

3 posiekane grzyby shitake

zgnieciony ząbek czosnku

sparzone zielone części cebuli dymki do zawiązania pierożków u góry

Sos do maczania (można zrobić na początku, żeby składniki pięknie się zmacerowały)

2 łyżki sosu rybnego

1 łyżka octu ryżowego

4 łyżeczki wody

2 łyżeczki cukru

łyżka sosu sojowego

1 posiekana papryczka chilli

posiekany ząbek czosnku

wszystko razem mieszamy, odstawiamy na trochę

I teraz musimy pamiętać o dwóch ważnych rzeczach. Papier ryżowy jest bardzo cienki i delikatny, więc kuleczki mięsa muszą być malutkie, żeby zdążyły się ugotować, zanim ciasto się rozpadnie. Gotują się mniej więcej 7 minut, ale to tak naprawdę jest bardziej kwestia oceny wzrokowej w trakcie gotowania. Na przykład Patka wszystkie dostała na wpół surowe :)

Mieszamy mięso ze wszystkimi składnikami, za wyjątkiem papieru ryżowego. Ściereczki z zawartością papieru, cyrkowym ruchem, odwracamy do góry nogami, tak, żeby te płaty które są na dole, były na górze (chodzi o stopień rozmięknięcia).

Bierzemy płat papieru, układamy na środku małą kuleczkę z mięsa (piłeczka od ping-ponga jest optymalną wielkością) zawijamy ciasto do góry, zakręcając je delikatnie i zawiązujemy u góry szczypiorkiem. Wkładamy do koszyczka w którym będziemy je gotować, stawiamy do woka na którym już się gotuje woda i parujemy pod przykryciem 7 minut. Zestawiamy na talerz i czekamy na jęk zachwytu i dowody uznania.

esz... jutro też zrobię

Zdjęcia: Piotr Skrzypczyk

wtorek, 10 stycznia 2012

Doczekałam się dnia, kiedy własna babka, przywitała mnie słowami: "i co wnusiu, czas się poodchudzać?" Spodziewałam się takiego komentarza od moich sióstr, Patki, albo zniechęconego męża, ale od własnej babci??? No trudno, widać osiągnęłam masę krytyczną, żarty się skończyły, kobyłka stanęła u płota, a mleko rozlało. Szybko zweryfikowałam noworoczne postanowienia i zamiast ograniczenia palenia, ograniczeniu wina oraz byciu milszą dla domowników, stanęło na odchudzaniu.

Jest jeden problem, bo jest takie słowo, którego nienawidzę i które powoduje u mnie wysypkę i ogólne zniesmaczenie, to słowo to "musisz". Więc na nic diety od Pani Agaty, diety Atkinsa, Dukana i gwiazd Hollywood, na które "musiałabym" przejść na 17 miesięcy. Na nic radosne truchtanie po parku. W grę wchodzi tylko coś super extra cool. I coś dietetycznego z natury.Tajskie jedzenie. 

Na pierwszy ogień, poszła klasyczna zupa Tom Yum. Tylko nie jakieś fafarafa z mleczkiem kokosowym i na paście "Blue Dragon", ale zrywająca trzy warstwy z języka i niszcząca kubki smakowe zupa, której przepis wygląda, jak receptura organicznego środka chwastobójczego. Jest wspaniała, prawdziwie tajska, surowa i pachnąca. I ma 3 kalorie, bo składa się głównie z octu i chilli.

Dla 4 osób potrzebujemy:

2 świeże, posiekane, czerwone chilli z nasionami oczywiście

6 łyżek octu ryżowego

litr wywaru z warzyw albo kurczaka

2 laski świeżej trawy cytrynowej, potłuczone 

4 łyżki stołowe jasnego sosu sojowego

1 łyżka cukru trzcinowego

sok z połowy lemonki

2 łyżki oleju 

jedną pierś z kurczaka (drobno pokrojoną) albo/i 10 krewetek

400 gram pokrojonych grzybów, mogą być małe pieczarki, shitake, boczniaki

pęczek posiekanej cebuli dymki 

3 garście posiekanej kapusty pekińskiej (która będzie udawała bok/pak choi)

Zaczynamy od zalania chilli octem ryżowym. Odstawiamy do lodówki na godzinę w kwasoodpornym naczyniu.

W garnku gotujemy wywar, z trawą cytrynową, sosem sojowym, cukrem i sokiem z lemonki/limonki. Przez 30 minut.

Na patelni, albo na woku, podsmażamy szybko kurczaka i krewetki jeżeli są surowe. 

Do gotującego się wywaru dodajemy chilli z octem, grzyby, połowę posiekanej dymki i gotujemy kolejne 10 minut. 

Dodajemy zawartość woka.

Przed podaniem dodajemy krewetki - jeżeli kupiliśmy gotowane, kapustę pekińską i pozostałą dymkę.

Jedyną osobą przy stole, która się nie zakrztusiła i nie zaczęła jęczeć " Jessssuuu, jakie to ostre!!!" była Patka. Żelazna Patka.

Zdjęcia: Piotr Skrzypczyk

poniedziałek, 21 listopada 2011

Mam dwie siostry i brata. Z bratem utrzymuję kontakty stosunkowo letnie, za to z siostrami, nad wyraz gorące. Jak w każdej szanującej się rodzinie, od wzmianki w kronice kryminalnej, ratuje nas fakt, że rozmawiamy głównie przez telefon. Kultywujemy wielopokoleniową tradycję kłócenia się w kółko o to samo. Są też oczywiście okresy dobre, w których nie możemy bez siebie żyć i te na szczęście występują zdecydowanie częściej.

Nasza najmłodsza siostra, wyjechała parę lat temu do słonecznej Skandynawii. Bardzo lubię Oslo, sama kiedyś tam mieszkałam, uznałam więc, że czas najwyższy, pokazać to niewiarygodnie piękne miejsce, mojej córce. Nasza najstarsza, super zajęta siostra, znalazła parę dni wolnego w swoim napiętym kalendarzu i spotkałyśmy się wszystkie nad fiordami.

Ciężko mi ocenić, czy Oslo jako miasto, zmieniło się przez te parę lat. Była taka mgła, że miałyśmy problem ze znalezieniem własnych dzieci na podwórku a co dopiero mówić o urokach architektury i krajobrazu. 

Za to miłym zaskoczeniem były sklepy z jedzeniem. Nie to żeby kiedyś, nie można było kupić jedzenia, problem w tym, że było go niewiele. Pamiętam, że szybko nauczyłam się obchodzić na przykład bez mięsa. Nie zrobiłam tego dla zdrowia, tym bardziej dla ideologii. Po prostu to, co można było kupić, było tak ohydne, że nie dało się tego jeść. Sztuczne wędliny w kolorze malinowym i napompowane mięso, wyglądające jak pomalowane farbami. Można było dostać tylko sznycle i białe kurczaki, w modnym kolorze "arktyczna świeżość". Rynek nabiałowy był zmonopolizowany przez jedną firmę - Tine. Były dwa rodzaje mleka, dwa rodzaje śmietany, jogurt truskawkowy i ser który smakował jak wędzone mydło. Z warzyw i owoców dostępne były głównie hiszpańskie ziemniaki oraz bezsmakowe, nowozelandzkie jabłka z naklejką. Po roku wróciłam chuda jak patyk i z objawami niedoboru żelaza we krwi. Za to miałam boskie włosy i fantastyczną cerę. Wszystko to zasługa ryb i owoców morza, które z wymienionych wyżej powodów - jadałam na śniadanie, obiad i kolacje. Nie piłam też wina ani żadnych innych alkoholi, ponieważ każdy kto był kiedykolwiek w Oslo, wie, że sklepy monopolowe są chyba dwa, otwarte przez 4 godziny dziennie i to dwa razy w tygodniu. 

Teraz jest szałowo.

Emigranci, którzy tam tłumnie przybyli, zwabieni bogactwem ropy naftowej, przywieźli ze sobą, całe dobro tego świata. A to, w połączeniu z dobrami natury zastanymi na miejscu, przeobraziło to pustkowie w coś na kształt kulinarnego Nowego Jorku.

W sklepie z radosnym hindusem za ladą, zobaczyłam skrzynki z kapustą bok choi, 50 rodzajów chilli, dojrzałe żółtawe mango wielkości arbuza i rzeczy o których nie miałam pojęcia, że są hodowane na świecie. W sklepie rybnym, rumiana norweżka, nienaganną, angielszczyzną, tłumaczyła subtelne różnice pomiędzy wielkością odwłoków w krewetkach.  Czyste szaleństwo. Czułam się jak Makłowicz w podróży. 

 

Na pierwszą kolację upiekłyśmy, mało oryginalnie- łososia. Był tak wspaniały, że można go było spokojnie zjeść na surowo popijając wodą z kranu. 



Za to drugiego dnia, na sławnym nabrzeżu Aker Brygge, kupiłyśmy dorsza. Ale nie takiego zwykłego dorsza którego pamiętamy z kotletów rybnych w przedszkolu. To był kawał ryby z głową. Pan rybak nie walczył z Unią Europejską, nie odławiał 20 centymetrowych dorszyków które właśnie odłączyły się od mamy. Za to miał kombinezon Helly Hansen i czapkę z dużym rondem. Koszt dorsza - 30 złotych. 

Po krótkiej wymianie zdań, dwóch kłótniach i butelce wina, zrobiłyśmy do niego marynatę z oliwy, soku z limonki, świeżego chilli, imbiru, czosnku i soli morskiej.

Włożyłyśmy go po prostu do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni, na 20 minut i zjadłyśmy widelcem, oszczędzając sobie ceregiele z talerzami i bon tonem. 

Teraz, kiedy moje siostry doprowadzają mnie do takiego szału, że mam ochotę zabić najpierw jedną a potem drugą, posiedziałabym na zamglonym tarasie i zjadła z nimi dorsza.