Szablon: Piotr Skrzypczyk

Durszlak.pl

Wpisy z tagiem: tajlandia

poniedziałek, 06 lutego 2012

Egzotyczny miesiąc, wlókł się niemożebnie. Potykałam się co chwilę, a to o brak odpowiednich produktów, naczyń i wiarygodnych przepisów, a to o brak świeżej kolendry i konieczność gotowania osobnych potraw dla dzieci. Zweryfikowałam mnóstwo smaków, przyzwyczajeń kulinarnych i musiałam w sumie, nauczyć się na nowo gotować. Bałam się, że wok się pali, że chilli może nas zabić i musiałam się bronić przed zrobieniem curry dla Patki, bo ja po prostu nie przepadam za mlekiem kokosowym. 

Mam jednak parę wolnych wniosków.

Po pierwsze:  Wszystko co zrobiłam, było w sumie bardzo łatwe i szybko można "załapać" co z czym i po co. Po paru przepisach, odkryłam, jaki smak daje świeże, a jakie, tłuczone chilli, po co się dodaje ocet, i dlaczego gotowce do smażenia na woku, są totalnie beznadziejne w smaku.

Po drugie: Znalazłam bardzo fajne sklepy internetowe, bez których byłoby mi bardzo ciężko. Pierwszy z nich to www.kuchniachinska.pl, w którym kupiłam boski wok i koszyczki do gotowania na parze. Drugi to www.przepisychinskie.pl który pomógł mi znaleźć przyprawy, octy i oleje, rzadko spotykane w polskich sklepach. Na pewno będę tam zaglądać. Zwłaszcza, że wszystko co kupiłam wystarcza na "paręnaście" gotowań, i teraz zarówno ja jak i Patka, w której kuchni to wszystko się dzieje, możemy po prostu otworzyć lodówkę i powiedzieć "dzisiaj będzie pad thai", i już.

Po trzecie: Potrawy były bardzo piękne, i nawet wybredny Piotr, który robi im zdjęcia, po raz pierwszy nie wywracał oczami, przy kolejnych miseczkach. 

Po czwarte: Jako jedyna nie schudłam! Po miesiącu jadania 5 minutowych potraw,  Patka wygląda jak Kate Moss, Kuba jak Sam Worthington, Piotr jak Bradzia Picia, a ja ciągle wyglądam jak Magda Gessler. Zaczynam poważnie zastanawiać się nad kokainą z rana albo opaską gastryczną.

Po piąte: Jedynym powodem, dla którego odstawiłabym teraz, palenie, wino, i przełożyła kosztowny remont, jest nieprzeparta wprost chęć powrotu do Tajlandii. Zwłaszcza teraz, kiedy moi ukochani podróżnicy-Kasia i Rafał, wrócili z kolejnej azjatyckiej wyprawy i przywieźli mi piękne zdjęcia, które tu zamieszczam za ich zgodą i błogosławieństwem.

Dzisiaj, podaję ostatni planowany przepis, niestety bez zdjęcia finalnej potrawy. Po prostu była tak genialna, że zjedliśmy ją, zanim Piotr zdążył powiedzieć "idę po aparat". 

Tradycyjnie dla 4 osób. Kate, Sama, Brada i Magdy

6 pojedynczych piersi z kurczaka, albo 8 wyfiletowanych bioderek (czerwone mięso jest według mnie o niebo lepsze) pokrojonych w kosteczkę 2,5 cm na 2,5 cm.

7,5 cm świeżego utartego imbiru (imbir można mrozić, nawet się lepiej trze i zawsze jest pod ręką)

2 łyżki oleju sezamowego

4 łyżki oleju arachidowego

1 cebula lub dwie szalotki, pokrojone w piórka

2 ząbki zgniecionego czosnku

6 małych pieczarek

łyżeczka soli

połowa małej albo 1/4 dużej kapusty pekińskiej, posiekanej

pęczek posiekanej cebulki dymki

4 łyżki jasnego sosu sojowego

po łyżeczce sosu rybnego i cukru palmowego

50 gram orzechów nerkowcach, uprażonych

ryż albo makaron ryżowy

Marynujemy kurczaka z imbirem i olejem sezamowym, wstawiamy do lodówki na 2-3 godziny

Zdjęcie: Piotr Skrzypczyk

Na woku podgrzewamy olej, dodajemy cebulę i czosnek i smażymy szybko na średnim ogniu, tak żeby czosnek się nie spalił. Dodajemy kurczaka, podkręcamy ogień i smażymy kolejne 3 minuty. Dodajemy grzyby, sól, połowę kapusty pekińskiej i połowę dymki. Smażymy kolejne 4 minuty. Potem polewamy sosem sojowym, sosem rybnym, posypujemy cukrem i smażymy prze 2-3 minuty. Na końcu dodajemy orzechy i pozostałą część dymki. Proste, pyszne, chyba moje ulubione.